Chiny wygrały bitwę, ale jeszcze nie wojnę

AIIB to nowa jakość w przekuwaniu przez Pekin swojej potęgi gospodarczej w siłę polityczną. Odbywa się to przy publicznym sprzeciwie Stanów Zjednoczonych, co tworzy wrażenie ich bezsilności

AIIB to nowa jakość w przekuwaniu przez Pekin swojej potęgi gospodarczej w siłę polityczną. Odbywa się to przy publicznym sprzeciwie Stanów Zjednoczonych, co tworzy wrażenie ich bezsilności

Gdy najludniejsze państwo świata przeżywa okres bezprecedensowego rozwoju, kwestią czasu jest rzucenie rękawicy innemu, dominującemu aktualnie mocarstwu. Wielu przewidywało, że za tym wyzwaniem dojdzie do zbrojeń, wyścigu gospodarczego i prób korekty ładu międzynarodowego – faktycznego rozkładu sił i jego instytucjonalnej nadbudowy. Wydarzenia wokół Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB) pokazują, że wspomniane prognozy zaczynają się spełniać. Chiny zaczynają podważać pax americana – na razie nie poprzez bezpośrednią konfrontację, ale pokazywanie innym państwom alternatywy.

Pekin stworzył instytucję, do której garną się nie tylko biedniejsze państwa regionu czy tradycyjni przyjaciele pokroju Pakistanu. Chcąc być w awangardzie, na początku marca akces stania się udziałowcem zgłosiła Wielka Brytania, najbliższy sojusznik Stanów Zjednoczonych. Lawina ruszyła, w następnych dniach pospiesznie analogicznie deklaracje składały Niemcy, Francja i Włochy. Wśród chętnych znalazły się również takie kraje jak Polska, Izrael czy Korea Południowa. Obecność amerykańskich sojuszników w tym projekcie dobitnie pokazuje, że największa potęga naszych czasów znalazła godnego konkurenta. Rozgrywka między nimi dopiero się rozpoczyna, ale Chiny już zdążyły pokazać, że umieją grać ofensywnie.

Czym jest AIIB?

Pierwsze głosy na temat nowego banku wspomagającego inwestycje w transport, energię i infrastrukturę pojawiły się w Chinach w 2013 roku. Pomysł szybko zaczął zdobywać popularność. Podobne instytucje o zasięgu globalnym jak Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy są zdominowane przez Stany Zjednoczone. W największym regionalnym podmiocie tego typu, czyli Azjatyckim Banku Rozwoju (ADB), pierwsze skrzypce gra zaś Japonia. Chińskie próby aktywniejszego zaangażowania w tych organizacjach spotykały się z twardymi odmowami.

AIIB przybliża realizację projektu, którym Chińczycy chcą ostatecznie zaznaczyć swój mocarstwowy status, czyli Nowy Jedwabny Szlak

Trudno się dziwić, że w czerwcu 2014 roku Chińczycy wystąpili oficjalnie z propozycją utworzenia nowego banku. Docelowo budżet ma wynosić 100 miliardów dolarów. Jednocześnie zaprosili do udziału w przedsięwzięciu drugiego azjatyckiego giganta, również niedocenionego na różnych forach międzynarodowych, czyli Indie. W październiku tego samego roku 21 państw azjatyckich podpisało memorandum o utworzeniu Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych. Znalazły się pośród nich państwa różniące się poziomem rozwoju gospodarki, ustrojem politycznym, a także stanem stosunków z Pekinem. Od bliskiego Pakistanu, po obawiające się wojny o sporne wyspy Filipiny. Żadne z nich nie chciało jednak pozostać poza sztandarowym projektem chińskiego rządu, który ma być współfinansowany przez AIIB. Mowa o Nowym Jedwabnym Szlaku – wielkiej sieci połączeń transportowych pomiędzy Europą i Azją.

Pomysł utworzenia nowego banku od samego początku budził gniew Stanów Zjednoczonych. Zgłaszały one zastrzeżenia względem tego, czy planowana instytucja zdoła osiągnąć równie „wysokie standardy” jak istniejące już Bank Światowy czy ADB. Waszyngton podejmował już w 2014 próby przekonania rządów Australii i Korei Południowej do pozostania poza nową organizacją. Nieskuteczne negocjacje miały się również toczyć z rządami innych krajów. Ostatecznie jedynym znaczącym partnerem, który nie zdecydował się wejść do AIIB (choć widoczne było chwilowe wahanie), pozostała Japonia.

Obnażając ograniczenia Ameryki

Według oficjalnych deklaracji składanych przez chiński rząd Azjatycki Bank Inwestycji Infrastrukturalnych ma jedynie uzupełniać działalność istniejących już organizacji jak ADB czy Bank Światowy. Pekin doskonale zdaje sobie jednak sprawę z tego, że promuje wygraną na wstępie sprawę. Chińczycy nieprzypadkowo zaangażowali się w projekt nowego banku akurat w ciągu ostatniego roku. Ma on częściowo zrównoważyć straty wizerunkowe poniesione poprzez demonstracje „twardej siły”: spory terytorialne w rejonie Pacyfiku, intensywne zbrojenia czy stworzenie tzw. strefy identyfikacyjnej obrony powietrznej (ADIZ – air defence indentification zone) na Morzu Wschodniochińskim.

AIIB przybliża realizację projektu, którym Chińczycy chcą ostatecznie zaznaczyć swój mocarstwowy status, czyli Nowy Jedwabny Szlak. Jego budowa będzie nie tylko bliżej wiązać handlowo Chiny i Unię Europejską. Istnieją plany budowy połączeń zahaczających o Bliski Wschód, zaś niektóre z nich będą musiały biec przez Azję Centralną. Wszędzie tam aktywność Pekinu może być czynnikiem potencjalnie stabilizującym, a więc przez wielu pożądanym.

Utworzenie tak szerokiej organizacji międzynarodowej bez udziału Amerykanów to osiągnięcie samo w sobie. Jest ono doniosłe, bo odniesione w momencie, gdy powszechnie upatruje się w Chinach głównego konkurenta Stanów Zjednoczonych do światowego przywództwa. Co więcej, Pekin ma w tej konkurencji swoich kibiców, którzy nie zawsze racjonalnie (jak Rosja), ale za to chętnie nagłaśniają podobne wydarzenia.

Wreszcie trzeba oddać Chińczykom, że odpowiednio skonstruowali swoją ofertę. Azja powszechnie uchodzi za przyszłe gospodarcze centrum świata. Jej dynamicznemu rozwojowi zagrażają bardzo poważnie problemy z siecią transportową. Do 2020 roku kontynent potrzebuje ośmiu bilionów dolarów inwestycji w infrastrukturę. Zagrożone są więc potencjalne zyski wszystkich państw zainteresowanych kawałkiem tego wielkiego tortu, na czele z Chinami. Te zaś, łącząc zyski wizerunkowe i prawdopodobnie ekonomiczne, wchodzą w rolę „konstruktywnego” lidera proponującego rozwiązanie.

Piłka w grze

Sukces wizerunkowy jest oczywisty, ale na tym etapie trudno powiedzieć, czy pójdą za nim znaczące korzyści gospodarcze. Na razie obserwujemy kształtowanie się samej organizacji. Pekin stara się sprawiać wrażenie, że panuje nad sytuacją, np. wyraźnie zaznaczając termin zgłaszania się nowych udziałowców. Pojawiają się przy tym doniesienia, że dołączenie do inicjatywy państw zachodnioeuropejskich zostało okupione przez Chiny zgodą na zrzeczenie się przez nie prawa weta w decyzjach przyszłego banku. Nowa instytucja wcale nie musi być bezwolnym przedmiotem chińskiej polityki zagranicznej.

Realizacja jej celów poprzez AIIB może być utrącana choćby przez całkiem liczną grupę udziałowców pozostających z Pekinem w nienajlepszych stosunkach politycznych. Nowy bank nie będzie mógł prowadzić tak samodzielnej polityki przekazywania środków, jak dotychczas robił to chiński rząd samodzielnie. Po co więc Państwu Środka zaangażowanie poważnych sum w taki projekt? Wygląda na to, że jakaś forma międzynarodowej współpracy przy inwestycjach infrastrukturalnych może być Chinom coraz bardziej niezbędna. Nie tylko po to, aby przyciągnąć fundusze z zewnątrz. Odbiorcy chińskiej pomocy finansowej i inwestycji zaczynają się orientować, że idzie za tym szybko postępujące uzależnienie i zagrożenie dla sterowności państwa. Chęć zdystansowania się do potężnego brata z północy przejawia oficjalnie komunistyczny Wietnam. W podobnym celu z międzynarodowej izolacji zaczyna wychodzić Birma. Nowy prezydent Sri Lanki ogłosił w styczniu, że zawarte przez poprzednie władze umowy o chińskich inwestycjach i pożyczkach wymagają ponownego przejrzenia i prawdopodobnie częściowego unieważnienia. Chiny zdają się widzieć horyzont jednostronnego umacniania wpływów poprzez własne inwestycje, dotacje i kredyty.

Rozważając potencjalne multilateralne projekty w regionie Pacyfiku i Azji Południowo-Wschodniej, można dostrzec, że Amerykanie wciąż mogą szybko osiągnąć przewagę poprzez wystosowanie „kontroferty”. Waszyngton robi wszystko, aby szybko przejść nad ostatnią porażką i nie przykładać do niej zbyt dużej wagi. W odbiorze publicznym – logika rywalizacji została mu już narzucona. W Stanach Zjednoczonych oczekuje się przyspieszenia negocjacji nad Trans-Pacific Partnership (TPP). Porozumienie to ma ułatwiać handel w regionie Pacyfiku, rzecz jasna, pomijając Chiny. Niewykluczone, że AIIB zmotywuje prezydenta Obamę do zwiększenia presji na Kongres ws. przyznania TPP tzw. statusu szybkiej ścieżki (fast track), który ułatwiłby przyspieszone wynegocjowanie umowy. Biały Dom może znaleźć niespodziewanego sojusznika we wspierających umowy o wolnym handlu Republikanach.

Nowa instytucja wcale nie musi być bezwolnym przedmiotem chińskiej polityki zagranicznej

Niezależnie od istnienia korzystnych ofert współpracy handlowej czy inwestycyjnej, w Azji wciąż rośnie waga sfery bezpieczeństwa. Choć nowy bank jest przykładem tego, że kooperacja z Chinami jest możliwa, nie zmienia zasadniczo percepcji wielu państw członkowskich, takich jak Filipiny, Tajwan, Indie czy Korea Południowa. One wciąż postrzegają ChRL tak, jak realistycznie powinno się postrzegać odbudowujące się po latach mocarstwo z rosnącym budżetem zbrojeniowym, rozbudzonym nacjonalizmem i roszczeniami terytorialnymi – jako potencjalny zapalnik. Dopóki ta percepcja się nie zmieni, naturalnym sojusznikiem mniejszych azjatyckich graczy pozostaną Stany Zjednoczone.

Sami Amerykanie, pomimo ledwo skrywanej złości, starają się też zachowywać racjonalnie i ustami prezesa Banku Światowego deklarują już chęć nawiązania jakiejś formy współpracy z nowymi strukturami. Powstanie AIIB można wręcz uznać za element procesu, który od dłuższego czasu dyplomaci z Foggy Bottom antycypują, postulując wzięcie przez Pekin „większej odpowiedzialności” za współtworzenie ładu międzynarodowego.

AIIB a interes polski

Powstanie AIIB i szybkie ustawienie się doń długiej kolejki nie jest, jak niektórzy wieszczą, końcem pax americana – ten przyjdzie raczej w wyniku procesu, a nie jednostkowego przełomu. Ostatnie wydarzenia zwiastują jednak coś istotnego. To nowa jakość w przekuwaniu przez Chiny swojej potęgi gospodarczej w siłę polityczną, a konkretnie poprzez tworzenie własnych, ogólnodostępnych instytucji międzynarodowych. Odbywa się to przy publicznym sprzeciwie Stanów Zjednoczonych, co tworzy wrażenie ich bezsilności, co więcej, uzasadnionej przez doniesienia o nieudanych naciskach na inne państwa. Konkurencja pomiędzy Waszyngtonem i Pekinem staje się przez to bardziej widoczna. Warto przy tym pamiętać, że każdy kuksaniec ze strony Pekinu będzie znacznie dotkliwszy od analogicznych kroków ze strony USA. To naturalne, gdyż do amerykańskiej dominacji jesteśmy po prostu przyzwyczajeni.

W nauce o stosunkach międzynarodowych nie ma niezmiennych praw. Gdy już jednak próbujemy takie odszukać, warto pamiętać, że rywalizacja wielkich mocarstw może się okazać szansą dla mniejszych graczy, którzy nie są pozbawieni czujności i potrafią się targować. Niewątpliwie pozytywne jest to, że Polska zgłosiła swój akces do AIIB – nic nas to nie kosztuje, zaś obecność w tym gronie powinna być obowiązkowa dla państwa, które (przynajmniej deklaratywnie) chce mieć swój udział w azjatyckim wzroście gospodarczym. Sojusz ze Stanami Zjednoczonymi jeszcze długo będzie kluczowy dla bezpieczeństwa Rzeczypospolitej. Niemniej wraz z powolnym, acz nieuchronnym osiąganiem przez Chiny statusu mocarstwa o globalnych aspiracjach coraz częściej będziemy musieli podejmować decyzje, które zostaną źle przyjęte w Waszyngtonie lub Pekinie. Naturalnie skłaniamy się ku Amerykanom, wobec czego dobrze będzie czasem zadbać o stosunki z Chińczykami. Szczególnie, gdy możemy wskazać na innych sojuszników USA i powiedzieć: nie jesteśmy osamotnieni w swoim wyborze.

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY MIESIĘCZNIK IDEI, NR 5 (59)/2015, 6 MAJA–2 CZERWCA, CENA: 0 ZŁ
Redaktor „Nowej Konfederacji”, doktorant na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Naukowo interesuje się teorią rewolucji i elitami, a także studiami strategicznymi. W wolnych od tego chwilach fascynuje się architekturą. Jeżeli zaś chodzi o sprawy naprawdę ważne, wybiera wołowinę, pikantne sery i dobre piwa.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Chiny wygrały bitwę, ale jeszcze nie wojnę”

  1. tomaszewski pisze:

    Dobrze Pan to ujął. Wbrew pozorom akces niemal całej Europy to nie przejście
    na stronę Pekinu, ale próba zmajoryzowania interesu. Nikt, przecież nie uwierzy,
    że UK, która pierwsza zgłosiła akces, nagle opuściła USA.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz