fbpx
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Biden-Xi. Lekka odwilż?

Przywódcy USA i ChRL podczas spotkania twarzą w twarz twardo nakreślili swoje „czerwone linie” których zamierzają bronić, ale skorzystali też z okazji, by wysłać sygnały o gotowości do deeskalacji wzajemnych sporów

Do spotkania prezydenta Joe Bidena i przewodniczącego Xi Jinpinga doszło w poniedziałek, przy okazji szczytu państw grupy G20 na indonezyjskiej wyspie Bali. Czas trwania – aż trzy i pół godziny – wskazuje, że ważnych tematów nie zabrakło, i że obie strony potraktowały tę okazję bardzo poważnie.

Obaj politycy przystępowali do rozmowy w dobrych nastrojach. Chińczyk bez poważniejszych problemów potwierdził niedawno swoje przywództwo podczas XX zjazdu partii komunistycznej i przemeblował władze ChRL wedle własnego uznania, Amerykanin dosłownie parę dni wcześniej poprowadził swoją Partię Demokratyczną do sukcesu w wyborach „połówkowych” (polegającego co prawda na tym, że nie poniosła spektakularnej porażki, wieszczonej przez wcześniejsze sondaże, ale w obliczu sporych perturbacji gospodarczych dobre i to).

Chwila oddechu, którą obaj zyskali w polityce wewnętrznej, nie pozostała pewnie bez wpływu na ich zachowanie i strategię na szczycie – nie musieli sztucznie eskalować sporu, by przykrywać emocjami inne problemy. Ale też wiedzieli, że ten „oddech” jest tylko przejściowy. Problemy ekonomiczne i społeczne w obu krajach narastają, ich gospodarki spowalniają, trwająca w Ukrainie wojna i zmasakrowane łańcuchy dostaw na całym świecie bynajmniej nie ułatwiają reakcji, więc zdrowy rozsądek kazał obu panom nie dokładać bez wyraźnej potrzeby do pieca pod nowym konfliktem. W tej sytuacji wspomniane „czerwone linie” Xi i jego protesty przeciw sankcjom ekonomiczno-technologicznym, a także werbalny sprzeciw Bidena wobec „coraz bardziej agresywnych działań Chin wobec Tajwanu”, zabrzmiały z obu stron bardziej jako rytualne zaklęcia, bo przecież nie wypadało inaczej, żeby nie wyjść na zbyt miękkiego. Ważniejsze jednak – jak można sądzić – były dla obu stron delikatne i ostrożne sygnały deeskalacyjne.

Zgodnie z oświadczeniem Białego Domu (któremu Chińczycy nie zaprzeczyli) Biden i Xi „podkreślili swój sprzeciw wobec użycia lub groźby użycia broni jądrowej na Ukrainie”

Należy do nich zapowiedź wizyty w Chinach amerykańskiego sekretarza stanu Antony’ego Blinkena, wstępnie przewidziana na początek przyszłego roku. Również – prawdopodobny powrót do licznych „technicznych” kanałów komunikacji pomiędzy wyższymi urzędnikami obu mocarstw, w sprawie klimatu, zdrowia, bezpieczeństwa żywnościowego i przede wszystkim spraw wojskowych, które Pekin jednostronnie zawiesił po „prowokacyjnej” (jego zdaniem) sierpniowej wizycie Nancy Pelosi na Tajwanie. Formalne deklaracje w tej sprawie co prawda nie padły, ale dość wyraźne, choć dyplomatycznie zawoalowane sugestie – jak najbardziej. Ponadto, zgodnie z oświadczeniem Białego Domu (któremu Chińczycy nie zaprzeczyli) Biden i Xi „podkreślili swój sprzeciw wobec użycia lub groźby użycia broni jądrowej na Ukrainie”. To jednak delikatny ukłon Pekinu w stronę Zachodu i pomoc w dezawuowaniu rosyjskiego blefu i straszaka atomowego.

W rewanżu Biden powiedział dziennikarzom po spotkaniu, że „nie ma powodu do obaw o nową zimną wojnę między Stanami Zjednoczonymi a Chinami”. Cóż – to oczywiście nadal nie jest twierdzenie prawdziwe. Ale brzmi dobrze w uszach inwestorów i zwykłych obywateli, i o to chodziło. W tłumaczeniu z języka dyplomatycznego na ludzki brzmi zaś: „zgadzamy się, że przez jakiś czas chcemy trochę spokoju”. Dodatkowy wzmacniacz takiego wniosku, to niemal równoczesne „gołębie” sygnały, które pojawiły się też w bilateralnych relacjach Chin między innymi z Australią, Koreą Południową czy Francją.

Zarówno Waszyngton wraz z kluczowymi sojusznikami regionalnymi, jak i Pekin, dostrzegają groźbę poważnej eskalacji ze strony reżimu Kima.

Poza relacjami wzajemnymi i globalnymi skutkami wojny w Ukrainie sporo miejsca w komunikatach obu stron zajął problem koreański – i to też jest symptomatyczne. Zdaje się oznaczać, że zarówno Waszyngton wraz z kluczowymi sojusznikami regionalnymi, jak i Pekin, dostrzegają groźbę poważnej eskalacji ze strony reżimu Kima. I że tym razem może chodzić o coś więcej, niż tylko zwyczajowe straszenie przez Pjongjang w celu wymuszenia nowej transzy pomocy żywnościowej. Biden zagrał w tej sprawie sprytnie, wprost informując swego chińskiego kontrpartnera, że piłka jest po jego stronie. I ostrzegł Xi, że kolejne prowokacyjne działania Korei Północnej skutkować będą wzmocnieniem zdolności wojskowych USA i sojuszników w Azji Północno-Wschodniej. Czyli tym, czego Pekin bardzo wolałby uniknąć.

Wniosek został złożony. Czy i w jaki sposób Chińczycy go rozpatrzą, przekonamy się pewnie niebawem, obserwując dalsze zachowania Kima. A to z kolei pozwoli wnioskować, czy rysująca się w tej chwili lekka odwilż w relacjach supermocarstw ma szanse stać się trwalszym trendem.

Witold Sokała
Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, zastępca dyrektora Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Polityk Publicznych Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, przewodniczący Rady oraz ekspert Fundacji Po.Int. W przeszłości pracował jako dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny, menedżer w sektorze prywatnym oraz urzędnik państwowy, a także jako niezależny konsultant w zakresie m.in. marketingu i wywiadu konkurencyjnego. Absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Wydziału Zarządzania Akademii Górniczo-Hutniczej; stopień doktora w dziedzinie nauk o polityce uzyskał na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Biden-Xi. Lekka odwilż?”

  1. Paweł Kopeć pisze:

    No i dobrze; dla nas.
    To są jednak dwa inne, różne i obce światy.
    Zero porozumienia?!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz