Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Ani jedwabny, ani szlak

W fascynującym tomie „Imperia Jedwabnego Szlaku” Christopher Beckwith obala wiele mitów związanych z tą tematyką. Jego książka jest brawurowa i prowokacyjna. Zmusza do myślenia i zapada w pamięć. Otarłaby się o wielkość, gdyby sam autor jej nie zaszkodził

Gdy myślimy o Jedwabnym Szlaku – a czynimy to chętnie, bo to jedna z popularniejszych klisz o Wschodzie – wyobrażamy sobie niepoliczalne bogactwa Orientu transportowane karawanami. Przed oczami staje nam działająca na wyobraźnię, wielka droga handlowa łącząca Chiny z Europą. Szlak, przez który, nie bacząc na liczne niebezpieczeństwa, pustynie, góry i bandytów, sunęły wzbudzające pożądanie towary (jedwab, porcelana, szkło, metale szlachetne, kosmetyki itp.); a krok za nimi idee zmieniające świat, z hellenizmem, buddyzmem i nestoriańskim chrześcijaństwem na czele. Szlak miał trwać od ok. II w. p.n.e. do wielkich odkryć geograficznych, które odesłały karawany do lamusa.

Według Beckwitha, Jedwabny Szlak „nie był siecią szlaków handlowych, ani nawet nie systemem wymiany kulturalnej. Był to cały lokalny system polityczno-gospodarczo-kulturalny centralnej Eurazji”

To tradycyjne spojrzenie na Szlak wymaga kilku poprawek. Sama nazwa jest współczesna i nieścisła: pochodzi od niemieckiego XIX-wiecznego geografa Ferdinanda von Richthofena, który wyolbrzymił trochę znaczenie jedwabiu (zaczęto go transportować na długo po zaistnieniu Szlaku; bywały okresy w których nie był również najważniejszy). Później, w powszechnym użytku liczba mnoga zamieniła się w pojedynczą: Szlaków było kilka, nie jeden; trasy w prowadziły w niemal wszystkie kierunki, tylko w niektórych odcinkach (np. Dunhuang czy Merw) część się ze sobą łączyła. Te i inne uwagi do tradycyjnego obrazu warto poznać – u nas sięgając choćby po mało znany, a świetnie napisany popularnonaukowy „Jedwab” Edwarda i Aleksandry Kajdańskich – nie zmieniają one jednak zasadniczo istoty sprawy.

Serce Azji

Christopher Beckwith wywraca ten obraz do góry nogami. Ten amerykański sinolog, tybetolog, badacz Azji Środkowej oraz profesor lingwistyki z Uniwersytetu Indiany, w swoim opus magnum „Imperia Jedwabnego Szlaku”, wydanym u nas właśnie w ceramowskiej serii, całkowicie odwraca perspektywę. Pisze wprost: „Szlak generalnie był opisywany jakby stanowił jakiś rurociąg prowadzący z Chin do Rzymu i nie miał nic wspólnego z leżącymi po drodze ziemiami, poza tym, że kupcy rzekomo mieli tam być regularnie rabowani przez koczowników. Tradycyjne rozumienie Jedwabnego Szlaku dostrzega tylko jego składnik międzynarodowy oraz zakłada, że ponieważ w centrum Eurazji nie było rzekomo nic wartościowego – z wyjątkiem ubogich koczowników i kilku miejskich «oaz» – wartościowe towary, które pojawiały się na jednym lub drugim krańcu szlaku, musiały być przewożone przez długodystansowe karawany niczym jakimś rurociągiem.” Tymczasem według Beckwitha, Jedwabny Szlak „nie był siecią szlaków handlowych ani nawet nie systemem wymiany kulturalnej. Był to cały lokalny system polityczno-gospodarczo-kulturalny centralnej Eurazji”. Szlak był więc „wewnętrzną i zewnętrzną gospodarką Wielkiego Stepu”.

Beckwith całkowicie odwraca tradycyjną, zewnętrzną perspektywę oglądu Jedwabnego Szlaku. Czyli patrzenia nań z jego krańców: Chin i Bliskiego Wschodu/Europy. W tym ujęciu to początek i koniec Szlaku się liczyły. To, co było pośrodku, Wielki Step, nie miało większego znaczenia (a jeśli już, to negatywne: jako przeszkoda do pokonania, niebezpieczeństwo do zneutralizowania). Tymczasem u Beckwitha to środek jest kluczem, Wielki Step (mówiąc współczesnym slangiem: Heartland) jest sercem tego, co zwiemy Jedwabnym Szlakiem, a co w istocie było systemem ekonomicznym Eurazji. Upraszczając, dla Beckwitha Szlak nie jest ani jedwabny (bo nie chodziło tu o jedwab czy inne towary luksusowe: one były tylko dodatkiem), ani nie jest szlakiem. Jest całą gospodarką Wielkiego Stepu, opierającą się na lokalnym handlu (w różnych okresach: skórami, futrami, ubraniami, niewolnikami, bronią, żywnością, kamieniami szlachetnymi czy srebrem – dokładny spis Beckwith podaje na str. 352), z udziałem kolejnych mocarstw zewnętrznych: Chin, Persji, Rzymu, Bizancjum i innych.

Nad istnieniem Jedwabnego Szlaku jako gospodarki Wielkiego Stepu miały czuwać kolejne państwa koczownicze – od Scytów po Dżungarów. Bez „zwierzchniej władzy imperium stepowego”, bez „infrastruktury i pieczołowitego doglądania i pielęgnacji, Jedwabny Szlak miał skłonność do usychania”. To dlatego – jak dowodzi Beckwith – Szlak rozkwitał wtedy, gdy państwa koczownicze były silne, a wiądł, gdy słabły i pogrążały się w walkach. Koczownicy nie byli więc głównym zagrożeniem Szlaku, dybiącym na kupców. Odwrotnie: byli jego protektorami.

Ubóstwo koczowników jest kolejnym mitem, z którym rozprawia się Beckwith, dowodząc, że masy chłopstwa chińskiego czy europejskiego były znacznie gorzej sytuowane

A jednak zostali zapamiętani jako ubodzy, dzicy i niebezpieczni barbarzyńcy, zagrażający handlowi i napadający na tereny osiadłe. To – według Beckwitha – całkowicie zafałszowany przez historiografie osiadłych cywilizacji (chińskiej, perskiej, europejskiej) obraz, na który składa się wiele mitów. Jedwabny Szlak to jeden z nich. Innym jest Wielki Mur Chiński.

Mur Chiński jak Mur Berliński

Uczą nas, że Mur powstał by bronić Chin przed najazdami nomadów. Tymczasem według Beckwitha było odwrotnie: to Chińczycy ekspandowali na tereny pastwisk koczowników, którzy najazdami bronili się przed inwazją silniejszej i brutalniejszej cywilizacji osiadłej. W tym ujęciu Mur służył jako awangarda kolonizacji chińskiej: fortyfikacja postawiona w środku terenów koczowniczych zabezpieczająca podbój. Był to więc nie tyle mur, ile miasta warowne, co zresztą zachowało się w dwuznacznej nazwie (po chińsku Wielki Mur to 长城, chang cheng, gdzie 长, chang, to zarówno „wielki” jak i „długi”, a 城, cheng, to zarówno „mur”, jak i „miasto”; ponieważ w chińskim liczba pojedyncza/mnoga jest dorozumiana z kontekstu, więc长城chang cheng może równie dobrze znaczyć Wielki Mur, jak i Długie Miasta).

Innymi słowy, Mur była taką siecią blokhauzów czy bunkrów postawioną na środku terenów wroga: służył do scementowania owoców ekspansji, nie do obrony. Defensywną funkcję też oczywiście spełniał, lecz nie w sensie ochrony przed inwazjami koczowników: „celem było utrzymanie własnych zdobyczy terytorialnych i niedopuszczenie do ucieczki miejscowej ludności (mniej więcej tak, jak to było ze znanym z czasów współczesnych murem berlińskim)”. Zaś ludność uciekała, ponieważ „większość koczowników mogła być uboga, ale większość chłopów (z cywilizacji osiadłych – przyp. ML) była jeszcze biedniejsza”.

Ubóstwo koczowników jest kolejnym mitem, z którym rozprawia się Beckwith, dowodząc, że masy chłopstwa chińskiego czy europejskiego były znacznie gorzej sytuowane („gdyby życie na stepie było tak ciężkie, a ludzie tam mieszkający tak biedni, to dlaczego chłopi mieliby tam uciekać?”). Jednak to – gnębiące masy chłopstwa – elity cywilizacji osiadłych napisały historię (koczownicy źródeł pisanych zostawili mało i przegrali bój o narrację), z której wyszedł prymitywizm i brutalność koczowników (wg Beckwitha taka sama, lub nawet gorsza, była przemoc stosowana przez cywilizacje osiadłe). Tymczasem, dowodzi amerykański autor, koczowników najbardziej interesował handel (cywilizacje osiadłe im go ograniczały bądź odmawiały). To dlatego Jedwabny Szlak hulał wtedy, gdy koczownicze państwa były silne, a upadł, gdy je w końcu zlikwidowano, nie zaś z powodu odkryć geograficznych.

Obrazoburcze tezy

Mógłbym tak długo wymieniać obrazoburcze twierdzenia i tezy Beckwitha: naprawdę sporo tego jest – i daje to do myślenia. To wielka, niezaprzeczalna zaleta tej książki. Jednak spis prowokacyjnych/przełomowych tez nie jest celem recenzji. Nie jest nim również polemika (choć można by spierać się z tą wizją, przywołując chociażby przykłady sinizacji kolejnych koczowniczych dynastii w Chinach albo zwracając uwagę na krótkotrwałość istnienia koczowniczych imperiów). Bo o to przecież w nauce chodzi, by podważać i kwestionować utarte schematy myślenia. Wielki Step rzeczywiście był w historiografii traktowany trochę po macoszemu, więc takie przestawienie wajchy w drugą stronę nie zaszkodzi, nawet jeśli Beckwith często szarżuje za bardzo (przykładowo: nie kupuję jego narracji o tym, że Tamerlan był w istocie „inteligentnym i wspaniałomyślnym władcą”, no fakt, trochę okrutnym, ale oj tam, oj tam, nie przesadzajmy). Nawet jeśli w „Imperiach Jedwabnego Szlaku” mamy przesadę w drugą stronę, to dla samego treningu intelektualnego jest to zdrowe.

Gdyby Beckwith poprzestał na mierzeniu się z kolejnymi mitami i obalaniu różnych mniej lub bardziej kontrowersyjnych twierdzeń, książka byłaby wielka. Niestety, autor się na tym nie zatrzymał i w efekcie sam zepsuł swoje dzieło.

Człowiek Renesansu

Beckwith ma rozmach: kreśli historię nie tylko Jedwabnego Szlaku, ale i całego świata od prehistorii do dziś. Tylko szkoda, że niepotrzebnie. W miejscach, gdzie nie pisze o Wielkim Stepie, mamy encyklopedyczny spis wydarzeń i faktów, po pół strony o każdym kraju (nawet Birma i Tajlandia się do tej jego wyliczanki załapały). Często oczywistych (wielki terror Stalina), nierzadko bez związku (budowanie volkswagenów przez Hitlera; interpretacje Pearl Harbour), a czasem całkiem od czapy (przewijające się przez całą książkę diatryby przeciwko znienawidzonemu przez autora modernizmowi). To powoduje, że i tak gruba książka jest o 1/3 za obszerna. Porządny redaktor powinien mu te wszystkie mini-Wikipedie i filipiki nie na temat wyciąć, by się to dało czytać.

Beckwith potraktował tę książkę jako okazję do wyrównania rachunków z całym światem

Autor, jak sam przyznaje, „lubi przypisy”. To niekoniecznie musi być wada, choć dla nienaukowego czytelnika zazwyczaj jest. Tu zdecydowanie jest, bo przypisów są – uwaga – trzy różne rodzaje! Stanowią znaczną część dzieła, oplatają książkę ze wszystkich stron, odsyłając jedne do drugich i z powrotem. Przedzieranie się przez nie jest prawdziwą mordęgą. Tym bardziej, że Beckwith często pisze w stylu strumienia świadomości. Powtarza wątki, zaczyna, nie kończy, potem wraca do nich. Najciekawsze myśli o Jedwabnym Szlaku nie znajdują się w podsumowaniu, tylko pod koniec przedostatniego rozdziału. Samo zaś podsumowanie to przeklejony jego wcześniejszy artykuł o barbarzyńcach (praktyka kopiuj-wklej swoich dawnych prac, tyleż powszechna co mało szlachetna, dałaby się tolerować, gdyby autor poświęcił trochę czasu na zintegrowanie tekstu z resztą książki; tu tak nie było).

Beckwith potraktował tę książkę jako okazję do wyrównania rachunków z całym światem. Już we wstępie mamy filipikę przeciwko postmodernistom (skądinąd ciekawą, ale co to ma wspólnego z Wielkim Stepem?) oraz zrzędzenie, że anglosascy badacze zajmują się Szekspirem, a nie Eurazją. Potem, na kolejnych stronach i w przypisach, Beckwith dowala wszystkim, których nie lubi: od modernistów, socjalistów, populistów, przez Igora Strawińskiego, T.S. Eliota, Jacksona Pollocka, Pabla Picassa, Edwarda Saida, na współczesnej poezji i muzyce awangardowej skończywszy (o kolegach po fachu, koszonych równo z trawą, nie wspomnę). Nie żeby akademickie złośliwości były czymś złym; wręcz przeciwnie, to taki crème de la crème tekstów naukowych. Warto tylko znać proporcje. I dobrze, by to jakkolwiek trzymało się tematu. Podobnie jak dygresje wszelakie: Beckwith stanowczo zbyt często z profesorską manierą teoretyzuje na podstawie własnych imaginacji: wyciąga mądro brzmiące wnioski na niemal każdy temat na podstawie luźnych wrażeń. Przypomina mi to jednego mojego znajomego antropologa, też amerykańskiego profesora, który wychodząc od swoich obserwacji tego, w jaki sposób Birmańczycy przechodzą przez ulicę, wydał książkę o znaczeniu hierarchii w społeczeństwie birmańskim. Można? Można! Wszystko można, gdy jest się amerykańskim profesorem. Warto jednak pamiętać o bon mocie Napoleona: „wielkość od śmieszności dzieli jeden krok”.

Naprawdę szkoda, bo książka miała zadatki na wielkość. A tak – jest tylko niezwykłą krzyżówką fascynujących i obrazoburczych myśli z hermetycznym i nieintuicyjnym układem oraz masą zbędnego – a czasem wręcz bełkotliwego – materiału nie na temat.

 

Christopher I. Beckwith, Imperia Jedwabnego Szlaku. Od epoki brązu do czasów obecnych, tłum. Tomasz Fiedorek, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2020, ss. 530.

Stały współpracownik "Nowej Konfederacji", ekspert ds. współczesnej Birmy i relacji rosyjsko-chińskich, adiunkt w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, autor ośmiu książek, w tym dwóch bestsellerów naukowych - "Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014" (Kraków, Akademicka 2014) i "Pani Birmy. Biografia polityczna Aung San Suu Kyi" (Warszawa, PWN 2015) oraz prac międzynarodowych m.in. "Russia and China. A Political Marriage of Convenience" (Oppladen-Berlin-Toronto 2017) i "A Political Biography of Aung San Suu Kyi" (Routledge: New York-Abington 2020)

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz