Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Anatomia bankructwa, czyli zdań kilka o polskiej polityce wschodniej

Czy jako państwo jesteśmy przygotowani na głębokie ruchy tektoniczne na Wschodzie? Obawiam się, że nie. Wobec narastającego kryzysu konieczne wydaje się zarysowanie planu minimum i planu maksimum polskiej polityki wschodniej

Niedawno rozmawialiśmy w „Nowej Konfederacji” z Jackiem Bartosiakiem, Markiem Budziszem i Bartłomiejem Radziejewskim o bankructwie polskiej polityki wschodniej. I we wszystkich wypowiedziach przewijał się motyw – czy może zbankrutować coś, co nie istnieje?

Powtórzę coś, co z uporem głoszę od lat: nie ma jakiejś mitycznej polityki wschodniej jako odrębnego bytu. Jest to część polityki zagranicznej rozumianej jako całość.  Nasza skuteczność na Wschodzie jest zależna od pozycji Polski w NATO i Unii Europejskiej, od tego czy posiadamy narzędzia oddziaływania w Azji i Afryce itd. Z kolei skuteczne rozpoznanie i działanie na wschodzie jest jednym z najważniejszych elementów budowania naszej pozycji w strukturach zachodnich. Drugi czynnik, od którego zależy nasza skuteczność, to możliwości budowania współpracy w wymiarze regionalnym. To oczywiście konstatacje dość banalne, ale nader często zarówno komentatorzy jak i – co gorsza – kreatorzy naszej polityki zachowują się niczym tuwimowscy straszni mieszczanie, co to wszystko widzą osobno.

Pułapka niepodległości

Polskie myślenie polityczne tkwi od lat w pułapce niepodległości. Trudno się dziwić, bo od końca XVIII stulecia musieliśmy albo o tę niepodległość walczyć, albo – jak w epoce międzywojennej, czy w latach 90. – chronić ją i utrwalać. Wszelako takie myślenie skutecznie wypierało z dyskursu politycznego zarówno narzędzia politycznego realizmu (doskonałym przykładem jest tu sławna mowa ministra Becka z maja 1939 r.) jak i myślenie w kategoriach polityki transakcyjnej. Powiem więcej: paraliżowało jakąkolwiek myśl polityczną. No bo przecież trzeba „mierzyć siły na zamiary (skoro zamiarem jest niepodległość) a nie zamiar podług sił (to po prostu zdrada)”.

Operowanie wielkimi kwantyfikatorami w myśleniu politycznym sprawdza się dobrze jedynie w dwóch wypadkach: w filozofii polityki i w przekazie ideologicznym, mającym mobilizować obywateli do wysiłku w razie szczególnych zagrożeń. W myśleniu politycznym obliczonym na realizację krótko czy średnioterminowych celów zazwyczaj szkodzi.

Zamiast inwestowania w instytucjonalne gwarancje niepodległości szczególnie Ukrainy i Białorusi, zamiast prób dopraszania do współpracy europejskich partnerów, zostaliśmy samozwańczymi heroldami „końca historii” wśród narodów mozolnie wychodzących z pułapki mentalnej totalitaryzmu poprzedzonego stuleciami samodzierżawia

U progu lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku mieliśmy podwójnie doskonalą koniunkturę polityczną. Po pierwsze dzięki osłabieniu Związku Sowieckiego w wyniku reform Gorbaczowa, który po klęsce w Afganistanie i wobec załamania w gospodarce postanowił „skrócić front” i pozwolić na uniezależnienie się państw satelickich w Europie Środkowej. Po drugie dzięki temu, że w ramach walki o władzę elity demokratyczne skupione wokół Borysa Jelcyna zdecydowały się na zagranie kartą narodową i rozbicie państwa sowieckiego, by sięgnąć po władzę w Moskwie. Polska odpowiedź w postaci polityki dwutorowości, czyli podtrzymywania poprawnych relacji z Kremlem przy jednoczesnym wzmacnianiu ruchów niepodległościowych w republikach okazała się na tyle skuteczna i nowatorska, że zyskaliśmy na Zachodzie opinię „eksperta” w sprawach wschodnich.

Pozwoliło to Polsce przez większą część ostatniej dekady XX wieku uczestniczyć w grze politycznej o przyszłość obszaru postsowieckiego znacznie powyżej naszych realnych możliwości. Stało się także istotnym czynnikiem wpływającym na zainteresowanie Stanów Zjednoczonych współpracą z Polską. W istocie nasza pozycja była zbudowana na wątłej siatce kontaktów polskiej opozycji demokratycznej z dysydentami na Litwie, Białorusi i Ukrainie oraz na próbie wykorzystania mitu „Solidarności” przez otoczenie Jelcyna. Realne możliwości oddziaływania – czy to ekonomicznego, czy nawet z zakresu soft power – mieliśmy niewielkie, a i tych nie potrafiliśmy skutecznie użyć.

Mit demokratycznej transformacji

Największym wszakże nieszczęściem było to, że sami uwierzyliśmy, iż to Polska rozbiła Związek Sowiecki – i mianowaliśmy się samozwańczymi ambasadorami Wschodu na Zachodzie. I to w chwili, gdy nie mieliśmy realistycznego  projektu „urządzenia” przestrzeni postsowieckiej. Bez złudzeń. Nie uważam, że mogliśmy go wprowadzić w życie, ale taki projekt pozwoliłby na bieżąco korygować i oceniać zmiany zachodzące na wschód od naszych granic. Zamiast polityki pozostała nam mitologia o rozprzestrzenianiu się demokracji i roli Polski jako jej eksportera. Myśl polityczna Jerzego Giedroycia w tabloidowej wersji – czyli opowieści o Polakach budujących demokrację na Litwie, Białorusi czy Ukrainie w połączeniu z rozkwitającą mitologia „kresową” okazała się zabójcza dla realnej polityki. Zamiast inwestowania w instytucjonalne gwarancje niepodległości, szczególnie Ukrainy i Białorusi, zamiast prób dopraszania do współpracy europejskich partnerów, zostaliśmy samozwańczymi heroldami „końca historii” wśród narodów mozolnie wychodzących z pułapki mentalnej totalitaryzmu poprzedzonego stuleciami samodzierżawia.

Nie mieliśmy też jakiegokolwiek patentu politycznego na relacje z Rosją. Wydaje się, że – realnie patrząc – jedynym momentem, w którym pojawiła się szansa na ułożenie dobrych relacji z Moskwą, była jesień roku 1991. Borys Jelcyn wyszedł wówczas z inicjatywą, by wspólnie z Lechem Wałęsą wystąpili w roli oskarżycieli w nowym „procesie norymberskim”, oskarżającym komunistów i komunizm jako system. Można sadzić, że w wyniku takiego procesu nastąpiłaby destrukcja elit wywodzących się z KGB i partii komunistycznej w Rosji, a w konsekwencji realna federalizacja Rosji i jej osłabienie jako struktury imperialnej.

Czyli około roku 2030 zabraknie pieniędzy z ropy i gazu a równocześnie grupa rządząca będzie przypominała breżniewowskie politbiuro

Obawa ówczesnych władz odradzającej się Polski – zrozumiała w kontekście naszej słabości – sprawiła, że tej próby nie podjęto. Rozwiązanie Związku Sowieckiego w grudniu 1991 r. uruchomiło mechanizmy, które musiały doprowadzić do polsko-rosyjskiego sporu. Tymczasem w Polsce odczytano umowę z Białowieży jako świadectwo końca historii, w tym przypadku rozumianego jako koniec rosyjskiego imperializmu i początek nowej ery demokracji na wschodzie. Bardzo szybko mieliśmy się przekonać, że było zupełnie inaczej. Niemniej przez kilka, jeśli nie kilkanaście lat polskie myślenie polityczne pasło się mitem „wielkiej demokratycznej transformacji”.

Nowa „wielka smuta”

Wypada w tym miejscu zadać sobie pytanie: jaki był ten nasz wielki wschodni projekt? Generalnie chcieliśmy, żeby było dobrze, pięknie i demokratycznie. Rzadko pamiętaliśmy o tym, że w czasach, gdy Rosja miała dobre stosunki z Zachodem odbyła się Jałta, a wcześniej – Kongres Wiedeński. Wtedy, gdy Rosja była ze światem zachodnim skonfliktowana, Polska mogła się spokojnie rozwijać. Oczywiście to uproszczenie, ale w istocie nie bardzo wiemy, jakiej Rosji Polacy potrzebują? Tymczasem można mieć wrażenie, ze znajdujemy się w przededniu nowej „smuty” rosyjskiej. Perspektywa Nowego Zielonego Ładu oznacza znaczące zmniejszenie się zapotrzebowania na surowce energetyczne, stanowiące fundament rosyjskiego eksportu.

Na dodatek Rosja stoi w obliczu kryzysu sukcesyjnego. Pokolenie młodych oficerów służb specjalnych, którzy przejęli władzę po odejściu Borysa Jelcyna, właśnie dobiega siedemdziesiątki. A wśród kolejnej generacji „młodych” trwa intensywna walka kilku frakcji. Wiadomo, że specsłużby są jedynym czynnikiem spajającym państwo rosyjskie. Kiedy w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych Rosja popadła w kryzys polityczny i ekonomiczny, Putin postawił przed sobą dwa cele: reintegrację państwa (a w dobrej koniunkturze odbudowę „historycznej Rosji”) oraz jego modernizację. Koncept modernizacyjny załamał się po roku 2004. Z kolei ocalenie jedności państwa okazało się możliwe tylko dzięki zaangażowaniu specsłużb i zaostrzeniu modelu autorytarnego rządów. Próba budowy partii władzy kompletnie nie wyszła. Nadal, jak w epoce jelcynowskiej, jedyną instytucją spajającą państwo jest szeroko rozumiana bezpieka.

Czyli: około roku 2030 zabraknie pieniędzy z ropy i gazu, a równocześnie grupa rządząca będzie przypominała Breżniewowskie politbiuro. Na to wszystko nałoży się kryzys demograficzny, gdy wśród etnicznych Rosjan będzie więcej emerytów niż ludzi w wieku produkcyjnym. Kremlowscy analitycy o tym wiedzą. W ciągu najbliższej dekady Rosja może zarówno być bardzo agresywna na zewnątrz, jak i przechodzić głębokie wstrząsy wewnętrzne. Obecnie wydaje się, że elita władzy jako receptę na nadchodzący kryzys postrzega „małą zwycięską wojenkę”. Ale nie jest wykluczone, że proces sukcesji władzy nagle przyspieszy.

Pytanie brzmi – czy jako państwo jesteśmy przygotowani na głębokie ruchy tektoniczne na Wschodzie? Obawiam się, że nie. Nie dostrzegam w zapleczu intelektualnym polskiej polityki jakiejkolwiek debaty na temat Rosji, nasze kontakty z rosyjskimi elitami zostały ograniczone do minimum, przede wszystkim zaś brakuje choćby minimalnego konsensu wewnątrz polskiej klasy politycznej w kwestii polityki rosyjskiej. Dominuje wzajemne oskarżanie się o zdradę i „putinizm”, w sytuacji, gdy nawet pełne wykorzystanie zasobów materialnych i intelektualnych państwa nie daje gwarancji skutecznej odpowiedzi na nadchodzące trzęsienie ziemi na Wschodzie.

Harcownicy u władzy

Fundamentem słabości polskiej polityki wschodniej jest dramatyczna niewydolność zaplecza analitycznego naszej klasy politycznej. Ośrodki rządowe ulegają stałej, ale pogłębiającej się w ostatnich latach wręcz dramatycznie, tendencji uzasadniania decyzji kolejnych ministrów. W rezultacie zamiast debaty i prób syntezy otrzymujemy w najlepszym razie zbiory informacji. Opozycja porzuciła jakiekolwiek próby budowania własnego zaplecza analitycznego w dziedzinie polityki zagranicznej, a niezależne think tanki, odcinane na różne sposoby od źródeł finansowania, a przede wszystkim pozbawiane realnego politycznego audytorium, albo pracują na zamówienia ośrodków zagranicznych, albo wegetują, nie mogąc podjąć systematycznej i długofalowej pracy koncepcyjnej, zabiegane przy pozyskiwaniu środków na przeżycie w systemie „grantozy”.

Nasza siła przetargowa osłabła tym bardziej, że sama Polska z kategorii sukcesów integracji przesunęła się do kategorii europejskich problemów

Słabość analityki i debaty publicznej bierze się tez z dramatycznej prowincjonalizacji debaty publicznej w Polsce. Bartosz Węglarczyk zauważył niedawno w swoim facebookowym wpisie, że sprawy międzynarodowe nie interesują opinii publicznej (oglądalność stacji telewizyjnych spada dramatycznie w pasmach poświęconych publicystyce międzynarodowej), a dla polityków są narzędziem do prowadzenia gier wewnętrznych.

Dla dopełnienia obrazu wypada dodać, że polityka międzynarodowa znacząco się skomplikowała w porównaniu do czasów sprzed lat kilkunastu. Podejmując próbę zdefiniowania (i – daj Boże – realizacji) naszych celów na wschodzie nie możemy brać pod uwagę wyłącznie Moskwy, Kijowa, Mińska czy Tbilisi. Dwie dekady temu, to (plus konsultacje z Waszyngtonem) właściwie wystarczało. Teraz mamy jeszcze coraz istotniejszy czynnik chiński, wewnętrzne spory w Unii Europejskiej, emancypujące się mocarstwa regionalne w rodzaju Turcji czy Iranu i debatę o obszarze odpowiedzialności NATO.

Trzydzieści lat temu, odnosząc jedyny realny sukces na Wschodzie w postaci emancypacji republik sowieckich i względnie udanej projekcji polskiej soft power na obszary byłego ZSRR uznaliśmy, ze może być tylko lepiej. Ulegliśmy pięknemu marzeniu o postępującym zbliżeniu republik postsowieckich do Zachodu i zaczęliśmy „walczyć o demokrację”. Zamiast zintegrowanego wysiłku struktur państwowych, oddaliśmy politykę wschodnią grupom harcowników – a to wzmacniających Polaków, a to domagających się rewindykacji historycznych, a to pragnących się po prostu szybko dorobić.

Po owocach ich poznacie

Jeśli za cel polskiej polityki uznać wejście części państw postsowieckich do struktur Zachodu, generalne przyjęcie na tym obszarze zachodnich norm cywilizacyjnych, gospodarczych i politycznych, powstrzymanie tendencji imperialnych w Rosji i uczynienie ze Wschodu jednego z wehikułów polskiej gospodarki – to ponieśliśmy klęskę. Ponieśliśmy ją także w sferze bezpieczeństwa, bo poziom zagrożeń militarnych czy – szerzej – obniżających poczucie bezpieczeństwa Polaków nie tylko się nie zmniejszył, ale jest najpoważniejszy od połowy lat dziewięćdziesiątych.

Podjęta przez poprzednią ekipę rządzącą próba europeizacji polityki wschodniej, czyli projekt Partnerstwa Wschodniego, była najpoważniejszą przymiarką do wyjścia ze ślepego zaułka walki o demokrację ku projektowi zbliżenia państw postsowieckich do Zachodu. Zarazem był to ostatni (bardzo ograniczony) sukces polityki wschodniej RP. W jakiejś mierze wynikiem Partnerstwa Wschodniego jest wyraźna prozachodnia ewolucja Ukrainy i powolna (ale być może dzięki temu głębsza) zmiana w Mołdawii. Polska w ramach PW miała szansę stać się jednym z państw kształtujących politykę Unii, i – podobnie jak Hiszpania w odniesieniu do Ameryki Łacińskiej – uzyskać w Europie swoją specjalizację. Po odejściu tandemu Tusk-Sikorski Partnerstwo Wschodnie stało się jednak niekochanym dzieckiem polskiej dyplomacji. A w skali europejskiej zostało ono osierocone, bo Unia, popadłszy w kryzys migracyjny, brexitowy, tożsamościowy i pandemiczny, uznała, że kwestie wschodnie są kompletnie nieistotne. Wojna na Ukrainie trwale przesunęła kwestie wschodnie z kategorii „szanse” do kategorii „kłopoty”. A kłopotów Europa ma pod dostatkiem.

Nasza siła przetargowa osłabła tym bardziej, że sama Polska z kategorii sukcesów integracji przesunęła się do kategorii europejskich problemów. Osłabienie pozycji Polski w Unii i porzucenie kwestii wschodniej co było widoczne już w ostatnim roku rządów Platformy Obywatelskiej a pogłębiło się po roku 2015, co sprawiło, że przestaliśmy być atrakcyjni dla partnerów na Wschodzie. Pracując jako ambasador Polski w Armenii, obserwowałem, jak mój kolega z Litwy zaczyna być atrakcyjniejszym i ważniejszym partnerem dla miejscowych władz a także dla głównych krajów Zachodu. Polskie samomianowanie się „adwokatem” spraw świata postsowieckiego w Europie i NATO coraz wyraźniej rozbiegało się z rzeczywistością. Rządy Ukrainy, Armenii czy Mołdawii nie bardzo widzą sens rozbudowanych relacji z Warszawą, bo Polacy nie bardzo mają im cokolwiek do zaoferowania. Spotkania z prezydentami Ukrainy czy Gruzji przybierają formę rytualną, pozbawioną treści. Nawet kryzys białoruski nie ożywił polskiej polityki wschodniej. Kilka rozsądnych gestów (Dom Białoruski, spotkania ze Swiatłaną Cichanouską czy dofinansowanie akcji stypendialnej) nie może przesłonić braku szerszego planu.

Plan minimum i maksimum

Wobec narastającego kryzysu na Wschodzie konieczne wydaje się zarysowanie planu minimum i planu maksimum polskiej polityki wschodniej. Plan minimum to strategia obrony resztek stanu posiadania, czyli inwestowanie w zachowanie instrumentarium niepodległości Białorusi, Ukrainy, Mołdawii, ale tez Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu; powstrzymywanie agresywnego imperializmu rosyjskiego i czekanie na nowa smutę w Moskwie, która może przynieść zmianę modelu polityki rosyjskiej lub jej tak silne osłabienie, że państwa z pomostu bałtycko-czarnomorskiego i Kaukazu będą mogły wykonać zwrot na Zachód. W ramach tego planu minimum leży tez utrzymanie amerykańskiego parasola nad państwami bałtyckimi, aby nie zostały one zepchnięte do szarej strefy rozrzedzonego bezpieczeństwa.

Proces bankructwa – podobnie jak w wypadku firmy – inicjatywy politycznej rzadko następuje z dnia na dzień

Plan maksimum, poza elementami minimalnej strategii obronnej zapisanej wyżej, powinien zawierać po pierwsze odbudowę polskich kompetencji wschodnich poprzez sensowny dialog elit (zarówno młodzieżowych, jak elit kulturalnych, naukowych i politycznych) z partnerami na Wschodzie, w tym zwłaszcza z Rosją. Po wtóre – porzucenie zabójczej zabawy politykami historycznymi, gdzie dla zdobycia kilku głosów niemądrych nacjonalistów rujnuje się wizerunek Polski w oczach Ukraińców, Białorusinów, Rosjan czy Ormian. Straty wynikające z gromkiego pokrzykiwania o „banderowcach”, z którymi Ukraina do Europy nie wejdzie, są dużo większe niż tylko zgrzyt na tym czy innym politycznym spotkaniu. Po trzecie, rząd powinien zainicjować rzeczywisty proces wypracowania konsensu w polityce zagranicznej. Nie poprzez jednorazowe gesty, ale jako wypracowanie realnego forum dialogu i wyjęcie sporów o politykę zagraniczną z toczącej się wojny na wyniszczenie. Elementarna odpowiedzialność za państwo powinna przebić bańki informacyjno-propagandowe i skłonić polityków do wspólnego wysiłku na rzecz uprzątnięcia pola ruin, w jakie zamieniła się polityka zagraniczna państwa. Wreszcie powinniśmy – poczynając od prywatnego biznesu, a kończąc na rządzie – zainwestować w rozwój think tanków i infrastruktury intelektualnej, które pozwolą znaleźć recepty na kumulujące się zagrożenie w sferze międzynarodowej.

Zatytułowałem te krótkie zapiski: „Anatomia bankructwa”. Od z góra trzydziestu lat w różnych miejscach i na różnym – bywało wysokim – szczeblu uczestniczyłem w kształtowaniu polskiej polityki wschodniej. Widziałem, jak nasze piękne marzenie o Wschodzie przekształca się najpierw w złudzenie, a potem w bezsilność. Proces bankructwa inicjatywy politycznej – podobnie jak w przypadku firmy – rzadko następuje z dnia na dzień. Jest zwykle sumą mniejszych i większych decyzji inwestycyjnych, zaniechań, błędnych decyzji personalnych. Tak było z polityką wschodnią. Hossa początku lat dziewięćdziesiątych, i kilka trafnych „inwestycji” okresu późniejszego (takich jak Partnerstwo Wschodnie) uśpiło naszą czujność. Obecnie musimy zabiegać, żeby nas nie zlicytowano. To już ostatni moment.

historyk, dyplomata. Był m.in. dyrektorem Ośrodka Studiów Międzynarodowych Senatu, podsekretarzem stanu i głównym doradcą ds. zagranicznych w rządzie premiera Buzka, zastępcą redaktora naczelnego tygodnika “Wprost”. Ostatnio ambasador RP w Rydze i Erywaniu. Autor kilkuset publikacji na temat polskiej polityki zagranicznej i historii Polski w epoce międzywojennej.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz