Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

1 maja. Święto nieobecnych, czas podzielonych

Jak wygląda dziś klasa pracująca w Polsce? Jeśli coś łączy jej przedstawicieli, to nie klasowa świadomość, ale nabijanie klików w Google. Nie robotniczy gniew, ale kolejka przed Ikeą w pandemiczny czas

1 maja to dla mnie wielkopolskie miasteczka z lat 80. XX wieku, mniej lub bardziej obowiązkowe pierwszomajowe pochody na ich ulicach i czarno-białe lub mglisto-kolorowe transmisje z pochodów w telewizji; festyny ze smażoną kiełbasą i z piwem; drętwe przemowy z trybun niewielkich sportowych stadionów, utopione w rozgardiaszu tłumów, cieszących się wiosną i czasem wolnym; jeden czy drugi wujek machający szturmówką z szeregów maszerujących niezbyt zwartym krokiem kolejnych zakładów pracy.

Prosty i złożony świat PRL-u

Ojczyzna, przyjaźń, stal, współpraca, socjalizm, partia, węgiel, fabryki, ludzie pracy, ludzie morza, plany i nie widać końca planów, partia i nie widać końca partii, sojusz robotnika i chłopa, saturatory, pan tu nie stał, kiermasze taniej książki, grochówka z kotła, ogórki kiszone, musztarda, przejściowe trudności, raz jeszcze partia, przyjaźń polsko-radziecka, kolejne przejściowe trudności, kolorowe jarmarki, blaszane zegarki, przez jakość pracy do jakości życia, rodzinne podpowiedzi, gdzie kupić dobre buty dla dziecka.

Kobiety nie miały już w PGR pracy na akord, darmowych pyrek, paczek na święta. Ale w domu dzieci wciąż wołały jeść. Za chlebem, za pracą, za sklecanym na nowo życiem jeździło się gdzie się da

Ale 1 maja jako symbol tamtego czasu, to także, chyba najbardziej, dziadek Florian z rozłożoną po obiedzie płachtą „Trybuny Ludu”. Ojciec mojej matki, głowa wielodzietnej rodziny – w rawickich Zakładach Odzieżowych „Modena” przepracował kilka dekad, począwszy od lat 50. Gdy po wojnie wrócił z przymusowych robót w Niemczech, w Polsce na dobre zaczęła instalować się PPR-owska władza, łącząca hasła wyzwolenia ludu pracującego miast i wsi z nowym rosyjskim podporządkowaniem – tym razem pod sztandarami sowieckiego imperializmu.

Najpewniej na przełomie lat 40. i 50. – wedle rodzinnej opowieści – dziadkowi zdarzyło się przy koledze wspomnieć o wysyłkach na białe niedźwiedzie. Kilka dni później wezwano go do gmachu pełnego bardzo zajętych panów, pełniących urząd z pistoletami w kaburach (podpowiem, że nie był to Uniwersytet Warszawski). Tam przedstawiono mu propozycję nie do odrzucenia: albo zapisze się do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, albo będzie miał duże kłopoty.

Ponieważ moja babka, Maria, która również miała za sobą przymusowe roboty w III Rzeszy, spodziewała się kolejnego już dziecka, dziadek długo się nie namyślał. Co niedzielę solennie chodził do kościoła, ale wrósł w partyjny czyn i w partyjne myślenie. Tak biegły im lata: babcia pracowała w domu, wychowując kolejne z siedmiorga dzieci. Dziadek jeździł do Rawicza dzień w dzień, rzetelnie. Wchodząc w wiek średni, odchowując dzieci, doglądając wnuków, starzejąc się, budował socjalizm. Już jako emeryt jeździł „po rodzinie” z medalem otrzymanym za lata solidnej pracy dla socjalistycznej ojczyzny. I do końca życia nie mógł pogodzić się z upadkiem PRL. „Solidarność” miał za wichrzycieli i warchołów. Przez dobrą dekadę spierał się o to z własnym synem, młodym solidarnościowcem. Gdy upadła „Trybuna Ludu”, gdy proletariusze wszystkich krajów przestali się łączyć, czytał „Trybunę”.

Pamiętam świat, którego społeczny obraz był dość czytelny. Także dzięki moim własnym korzeniom, zarówno ze strony matki, jak i ojca. Rodzice matki. Dla dziadka Floriana, który pamiętał jeszcze przedwojenne bezrobocie i podłe warunki pracy przymusowej, dekady pracy w PRL to było dobrodziejstwo losu. Babcia Maria, pochodząca z inteligenckiej po części rodziny po przejściach (jej ojca, po przedwojennym seminarium nauczycielskim, Niemcy zamordowali na początku wojny) za najważniejsze uważała to, że jej dzieci i wnuki mogą się za darmo kształcić i studiować. Rodzice ojca. Dziadek Leon – przedwojenny leśnik, w czasie wojny też w lesie. Po wojnie dyrektor Banku Spółdzielczego na Ziemiach Odzyskanych. Babcia Seweryna polonistka, jeszcze przed wojną skończyła studium nauczycielskie w Baranowiczach (obecnie Białoruś). Dyrektorka szkoły w latach 1945-1956.

Rodzice – studia w latach 70. na Uniwersytecie Adama Mickiewicza. Młodzi nauczyciele na początku lat 80. jako miejsce życia wybrali dobrze skomunikowaną wielkopolską małą wieś, z nauczycielskim „bliźniakiem” przy gmachu szkoły podstawowej. Skąd mogli wiedzieć, że kilkanaście lat później nie będzie tam ani szkoły, ani masowej komunikacji? A cała okolica, z ziemią częściowo podzieloną między PGR, częściowo – między bambrów, będzie przez długie lata radzić sobie z transformacyjnym szokiem, by odetchnąć wreszcie po wejściu Polski do Unii Europejskiej. A później, gdy Prawo i Sprawiedliwość wprowadzi program „Rodzina 500 plus”, z okolicznego pejzażu zaczną znikać reklamy chwilówek. Lecz wciąż je tam znajdziecie.

W latach 90. można było odnieść wrażenie, że dla arbitrów elegancji nowej rzeczywistości o wiele większym problemem niż postkomuniści są ludzie, dla których ponoć po wojnie budowano w Polsce socjalizm. Ale postkomuniści zamieniali się w biznesmenów i socjaldemokratów, a klasa robotnicza – w „roboli”.

To było jasne w czasach mojego dzieciństwa: klasa robotnicza, chłoporobotnicy, rolnicy indywidualni, badylarze, inteligencja pracująca, świat nauki, kultury i oświaty. Ale czasem zdarzały się przebicia w systemie. W drugiej połowie lat 80. z paskudnie wydawanych egzemplarzy „Ekspresu Reporterów”, dowiedziałem się o istnieniu niebieskich ptaków, żygolaków i mewek oraz żyjącej z ich usług „moralnie podejrzanej” prywatnej inicjatywy. Od dżentelmenów, z którymi ojciec czasem pijał piwo w śremskim barze „Kosmos”, usłyszałem o ukrytym bezrobociu, fasadowych etatach i ludziach, którzy socjalizmu w ogóle nie chcieli budować. I to wcale nie dlatego, że z Joanną i Andrzejem Gwiazdami, Jackiem Kuroniem czy Anną Walentynowicz planowali „obalić ustrój”. Najzwyczajniej w świecie, socjalizm ich mierził i nudził. I nudziła ich robota w socjalizmie. A jeśli lubili 1 maja, to z pewnością nie dla tych samych powodów, co dziadek Florian.

„Nauka im do głowy nie szła”

Później wszystko się zmieniło. Gdy tuż po 2000 roku pisałem z Krakowa pierwsze mini-reportaże dla „Trybuny”, redaktor Krzysztof Pilawski rzucił pewnego dnia do słuchawki: „skoczcie, Wołodźko, pod TELKOM-TELOS (założone w 1955 r. przedsiębiorstwo telekomunikacyjne, produkujące m.in. publiczne automaty telefoniczne – przyp. red.) i zobaczcie, co tam obecnie porabia klasa robotnicza”. Nikogo takiego tam nie znalazłem – byli starsi i młodsi mężczyźni i kobiety, coraz częściej pracujący bez etatu w małych prywatnych firmach, które zajęły część w przestrzeni w gmachu mocno już wtedy odchudzonego TELKOM-TELOS. To byli ludzie, którzy albo nie chcieli gadać z dziennikarzem, albo mówili, że mało im płacą, ale grunt, że jest robota. Albo sądzili, że stoję z ulotkami i że będę zawracał im głowę, gdy wreszcie mogą iść do domu. I rzeczywiście, miałem swoje idee, ale chciałem też zarobić wierszówkę. A jeśli chodzi o agitację, to ulotek tam nie brakowało – przy bramie ktoś rozrzucił ofertę pizzy na telefon. Żadnych odezw na murach, żadnej solidarności i żadnej walki klas. Ludzie przychodzili do pracy na rok, dwa, trzy; czasem pracowali jeszcze dłużej – i szli gdzie indziej, coraz dalej, a później znikali na dobre na emigracji zarobkowej.

A w mojej rodzinnej wsi nie było już chłoporobotników. I chłoporobotnic oczywiście też. Wzorcowe Państwowe Gospodarstwo Rolne Manieczki na początku XXI wieku było historią od niemal dekady. Kto miał szczęście, dostał rentę. Mężczyźni w sile wieku chodzili wściekli na cały świat, bo nikogo już nie obchodziło, że potrafią równo zaorać pole, dobrze nawozić, oporządzać bydło, ciężko harować od rana do wieczora. Kobiety nie miały już w PGR pracy na akord, darmowych pyrek, paczek na święta. Ale w domu dzieci wciąż wołały jeść. Za chlebem, za pracą, za sklecanym na nowo życiem jeździło się gdzie się da – do okolicznych miasteczek, do badylarzy, do lasu. Rowerami na ogół, tak było najtaniej. Byle tylko wycisnąć dniówkę, tygodniówkę, zapłatę. Niechby nawet ktoś kpił, żeś głupi, żeś głupia i do niczego się nie nadajesz. Niech i by marudził, że i tak daje za dużo, a robota mogła zrobiona być lepiej. Niechby nawet kazał przyjść po pieniądze jutro, pojutrze, za tydzień, kiedy indziej. Przecież trzeba, k…., jakoś żyć.

Klasa ludowa, klasa robotnicza, lewica, prawica, kapitalizm. Książki, panele dyskusyjne, obcość. Jeden z głównych czynników rozpadu więzi społecznych w Polsce po 1989 wiąże się z przemianami na rynku pracy, jego destabilizacją. Wraz z nią bardzo szybko pojawiły się nowe nierówności, związane z ochroną zdrowia, edukacją, komunikacją, pomocą prawną, dostępem do kultury i rozrywki, medialnym postrzeganiem i wizerunkowych pozycjonowaniem tych, którzy w nowej rzeczywistości już nie byli klasą robotniczą, ale tanią siłą roboczą i rezerwową armią bezrobotnych.

Budowlaniec każe dzwonić do siebie za pół roku, rozłącza się i wraca do oglądania serialu na wypasionym smartfonie; siedzi w wielkiej, jasnej, własnej kuchni, o jakiej może tylko pomarzyć niejeden strzyżony u wielkomiejskiego barbera posiadacz kredytu na mieszkanie

Szczególnie w latach 90. można było odnieść wrażenie, że dla arbitrów elegancji nowej rzeczywistości o wiele większym problemem niż postkomuniści są ludzie, dla których ponoć po wojnie budowano w Polsce socjalizm. Ale postkomuniści zamieniali się w biznesmenów i socjaldemokratów, a klasa robotnicza – w „roboli”. Już nie warto było pięknie śpiewać chłopcom z Grabówka, chłopcom z Chyloni – teraz należało besztać ich regularnie, że tu się buduje kapitalizm i nie czas na roszczeniowe żądania.

Pouczająca w tym względzie bywa zwykle lektura wielkomiejskich inteligentów. Jerzy Pilch na kartach niebieskiego „Dziennika” zapisał: „Oczywiście przejmuję się – jak wszyscy – losem wykluczonych, ale cieszę się, że wreszcie mogę się napić takiej kawy, jak chcę, z porządnego ekspresu. I nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wielu wykluczonych jest ofiarą tego, że im nauka do głowy jakoś nie szła”. Nie ma się co znęcać nad zmarłym pisarzem. Ta szydercza korelacja między wykluczeniem, stygmatyzacją i rzekomą głupotą („sami sobie winni”) to doktrynalna summa III RP. I nie przypadkiem, po wielu latach, ten akurat fragment trafił do książki „Pilchu. Na rogu Wiślnej i Hożej”, pióra Witolda Beresia. Pewne myśli są naprawdę dobrze zakorzenione w polskiej rzeczywistości, nawet jeśli dziś nie wypada się już z nimi obnosić.

Co dziś łączy klasę robotniczą?

Z czasem wszystko się jeszcze bardziej skomplikowało. Młoda fryzjerka z małego miasteczka nie narzeka na brak pracy i na zarobki. Sklepowa w wiejskim, małym prywatnym sklepiku ma nadzieję, że przejdzie na emeryturę, zanim w najbliższej okolicy postawią dyskont popularnej marki i promocjami zarżną jej miejsce pracy. Kurier z wielkiego miasta po pracy przełącza kanały sportowe na wielkim telewizorze z płaskim ekranem i wspomina, jak jego ojczym walił pięścią w bok czarno-białego Neptuna, gdy kineskop zaczynał śnieżyć. Budowlaniec każe dzwonić do siebie za pół roku, rozłącza się i wraca do oglądania serialu na wypasionym smartfonie; siedzi w wielkiej, jasnej, własnej kuchni, o jakiej może tylko pomarzyć niejeden modnie strzyżony u wielkomiejskiego barbera posiadacz kredytu na mieszkanie.

Kobieta z call center ma zmęczony głos i najwyraźniej nie chce już dziś udawać, że jest ekspertką od czegokolwiek, szczególnie gdy rzecz wychodzi poza szablon, w który pewnie się właśnie wpatruje. Kierowca busa na Podhalu martwi się, bo w pandemii wykonuje tylko połowę kursów na swojej trasie. I mówi: „Dopiero jak jeżdżę w maseczce, to widzę, ile tutaj jest syfu w powietrzu”. Stary ochroniarz otępiał ze zmęczenia w byle jak ogrzewanej stróżówce. Dawna szkolna sprzątaczka, bezrobotna przez niemal dwadzieścia lat po transformacji, cieszy się, że na emeryturze po raz pierwszy w życiu ma dla siebie, naprawdę dla siebie, jakiekolwiek pieniądze. Ukraiński hydraulik w pociągu nad Bałtyk rozsadza swoją rodzinę w przedziale z powagą, jaką pamiętam z dawnych, dawnych lat.

Związki zawodowe, wspólnota pracowniczych interesów, wołanie o lepsze traktowanie w pracy – to są sprawy, które pojawiają się rzadko. I zwykle silniejsze są tam, gdzie nie rozbito do szczętu branżowej struktury nielicznych już zawodów

Jeśli coś ich łączy, to nie klasowa świadomość, ale nabijanie klików w ramach codziennych trendów w Google. Jeśli coś ich uwspólnia, to gale piosenki biesiadnej, ekstraklasa, lektura kolorowej prasy i gazetek z ofertą sieci handlowych. Nie robotniczy gniew, ale kolejka przed Ikeą w pandemiczny czas. I pytanie: gdzie i jak zarobić, żeby dla mnie, dla rodziny wystarczyło na choć trochę lepsze życie. Związki zawodowe, wspólnota pracowniczych interesów, wołanie o lepsze traktowanie w pracy – to są sprawy, które pojawiają się rzadko. I zwykle silniejsze są tam, gdzie nie rozbito do szczętu branżowej struktury nielicznych już zawodów.

Dziś jesteś tutaj, jutro tam. Twój pracodawca zatrudnia kilku, kilkunastu i kilkudziesięciu ludzi i jedno jest pewne – nie potrzebuje na ogół u siebie związków zawodowych. Jesteś pracownikiem i pracownicą najemną, fizyczną i umysłową. Dominanta, czyli najczęściej wypłacane w Polsce wynagrodzenie to 2379,66 zł brutto (dane GUS za 2018 rok). Nawet przy nieco wyższych zarobkach każdy ewentualny życiowy kryzys równa się kolejnym znakom zapytania. Ci ludzie nie tworzą jednorodnej struktury, ale jest pewne, że fizyczni pracownicy i pracownice najemne z reguły znajdują się niżej na społeczno-ekonomicznej drabinie współczesnej Polski. Czyli więcej za wszystko płacą, dłużej czekają w nowych już kolejkach i krócej żyją.

Sztandar popłynie ponad trony?

Na prawicy chętnie się mówi: lewica nie ma z tymi ludźmi nic wspólnego. Ale przy wszystkich poważnych wadach współczesnej polskiej lewicy to wygodne przeinaczenie. Łatwo sprawdzić, kto próbuje walczyć o pracowników i pracownice Amazonu, kto zakładał w bardzo trudnych nieraz warunkach małe związki zawodowe w prywatnych firmach, kto w ramach organizacji III sektora nieustannie przypomina o prawach pracowniczych, Polsce mniej zamożnych ludzi i nierównych szans, coraz powszechniejszym uśmieciowieniu pracy. Łatwo sprawdzić, że ruch lokatorski, z zasady pomagający w III RP ludziom traktowanym jako obywatele drugiej kategorii, to organizacyjnie właściwie lewica. Nie trudno też spostrzec, że jeśli ktoś w III RP naprawdę interesuje się losem tych, którzy mogą mieć powody, żeby 1 Maja obchodzić jako święto pracy, to są to Piotr Ikonowicz, Marcelina Zawisza, Hanna Gill-Piątek, Jan Śpiewak. Ludzie często różni i skłóceni, ale ideowo i politycznie naprawdę jednoznaczni nie tylko w słowach, ale i swoich działaniach.

Dlaczego więc się nie udaje? O garbie postkomunizmu powiedziano wiele. O akademicko-kawiarnianym języku niemałej części lewicy – również. Podobnie i o tym, że na leftbooku jest wiecznie inba. O obyczajowej „jednej nóżce bardziej” – także. To łatwiejsze do spostrzeżenia, niż fakt, że wiele rozbija się o specyfikę społeczną. To nie jest zarzut wobec nikogo, szczególnie wobec tych, których niegdyś nazwalibyśmy klasą robotniczą. Imaginarium społeczne III RP, w znacznej mierze ukształtowane przez mitologię „miękkiego korwinizmu”, nietrwałość form zatrudnienia, atomizacja społeczna, nieufność w nieco tylko bardziej złożonych społecznych relacjach, niepewność i iluzoryczność tych więzi właściwie poza najbliższą rodziną i przyjaciółmi/bliskimi znajomymi – to nie przyczynia się do odbudowy struktur pracowniczych. Szczególnie gdy ma się przeciw sobie właścicieli kapitału i sprzyjające im z reguły państwo.

Dlaczego więc się nie udaje? O garbie postkomunizmu powiedziano wiele. O akademicko-kawiarnianym języku niemałej części lewicy – również. Podobnie i o tym, że na leftbooku jest wiecznie inba

Po 1989 roku Polska znalazła się w silnym nurcie oddziaływania modelu kapitalizmu rozmontowującego kontrolę polityczną i społeczną nad rynkami. A równocześnie – w świecie bardzo mocno promującym konsumpcyjny indywidualizm i osobisty sukces zawodowy.  Prywatność strategii dorabiania się i przeżycia rozsadziła upadające zawodowe zabezpieczenia i uzasadnienia koślawej nawet wspólnotowości, jakie promowała PRL. Na tym jednak nie koniec – psychospołeczne negatywne skutki transformacji, działające jak bomba z opóźnionym zapłonem i pełzający kryzys demograficzny zbilansował realny skok dobrobytu materialnego i cywilizacyjny awans Polski po 1989 r. Ta niejednoznaczność pozytywna część transformacyjnego bilansu spowodowała, że z czasem politycznej lewicy coraz trudniej było odwoływać się do hasła z czasów przełomu: „wróć komuno, bo robotnik skuno!”.

Także daleki jestem od dawna od sentymentu wobec PRL. Gdy wspominam rozmowy rodziców z początku lat 90., pamiętam to jedno: ich pewność, że „to musiało pieprznąć”. Dziwiła co najwyżej brutalność tych zmian, szybkość pojawiania się nowych kontrastów. A pokolenie moich dziadków? Wyrosło w określonym historycznym momencie – pełnym tragedii,  sprzeczności, zbrodni, nadziei, mozołów odbudowywania codzienności. Gdyby dziadek Florian urodził się w jednym z zachodnich krajów, to jako pracownik najemny budowałby pewnie kapitalizm i własny majątek jako obywatel jednego z tamtejszych państw dobrobytu. Mógłby utrzymać rodzinę na znacznie wyższym poziomie i – przykładowo – należeć do francuskich, komunistycznych związków zawodowych. I nie miałby najmniejszego pojęcia, jak niebezpieczne mogą być uwagi o zsyłce na białe niedźwiedzie. Dlatego realny socjalizm nie jest potrzebny jako dobry przykład – ale jest niezbędny jako historyczny kontekst.

O nic nie walczę 1 maja; wspominam. I po cichu liczę na to, że sztandar popłynie jeszcze ponad trony. Choć równie prawdopodobne, że za kilkadziesiąt, sto albo dwieście lat, w świecie klimatycznego kryzysu, wszystko, co dziś zapisane na serwerach globalnego kapitalizmu, także jako antykapitalistyczne proroctwa, zmarnieje niepotrzebne i na zawsze już nieaktualne.

Felietonista i dziennikarz Instytutu Spraw Obywatelskich, publicysta Polskiego Radia 24, tvp.info, „Gazety Polskiej” i „Gazety Polskiej Codziennie”. Pisze m.in. do miesięcznika ZNAK i Tygodnik.TVP.pl. W miesięczniku „Nowe Państwo” prowadzi rubrykę „Dziennik lektur”

Komentarze

2 odpowiedzi na “1 maja. Święto nieobecnych, czas podzielonych”

  1. inmud6199 pisze:

    Dobrze napisane, dziękuję

  2. Bonarski pisze:

    Super tekst. Nareszcie ktoś wie jak jest i nie bredzi o Solidarności, JPII, itd.
    Więcej, cała pol-transformacja była głęboko zarażona sowietyzmem. Gdzieś na samym dnie Mazowiecki miał w głowie imprint o socjalizmie z ludzka twarzą. Dlatego nie zdecydowano się wtedy na reprywatyzację, która skończyłaby z PRL i jej prawem wbudowanym w nasze obecne. Naturalnie nie chodzi o powrót do II RP, tylko do Państwa liberalnego z kanałami awansu dla zdolnych i zapewnionym minimum wykształceniowo-zdrowotno-konsupcyjnym dla mas. Ekonomia jest nauką nieścisła, jest nauka humanistyczną. Jeżeli PL nie przejdzie przez bolesną rewolucję dzikiego kapitalizmu, zostanie przy zdolności produkcyjnej świetnego majonezu. A najzdolniejsi wyjadą. Nie chce mi się nawet dalej pisać… Już słyszę te ataki na nieludzkość itp. Tak małe gospodarstwa rolne muszą upaść. Kopalnie muszą wziąć diabli. Ministerstwo zasobów państwowych trzeba rozpierdolić. PL jest potrzebne coś takiego, jak to, co stało się Niemcom po 45-tym. Kompletne rozwalenie starych struktur. To jedyna szansa na skok do nieznanej zresztą nowoczesności. A jak nie to Kraj będzie wymierał, marginalizował się i w końcu ktoś/coś go wchłonie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz