Newsletter

Zwycięzców są tysiące

Prawo i Sprawiedliwość zdobyło najwięcej głosów w wyborach do sejmików, ale co z tego? W przypadku wyborów samorządowych mamy do czynienia nie z jedną elekcją, ale zbiorem licznych, niezależnych od siebie wyborów

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Wieczór wyborczy, a także komentarze kolejnych, coraz bardziej szczegółowych wyników, nasuwały smutny wniosek, że mało kto rozumie, o co chodziło w tych wyborach. A chodziło o wyłonienie władz tysięcy gmin, setek powiatów i kilkunastu województw – wszystkich oddzielnych, mniej lub bardziej współzależnych od siebie na poziomie codziennego funkcjonowania. Nie da się wskazać jednego zwycięzcy – w Lublinie będzie to Krzysztof Żuk i jego szeroka koalicja, w gminie Rzgów w województwie łódzkim Mateusz Kamiński i jego komitet „Mateusza Kamińskiego dla Was” (chyba bezpartyjny). Tu nie było „najważniejszych batalii”: w rzeczywistości dla każdego mieszkańca liczyła się walka wyborcza w jego małej ojczyźnie.

W tym kontekście zbiorcze wyniki exit polls nic konkretnego nie mówiły. Z punktu widzenia województwa podkarpackiego czy wielkopolskiego nie ma znaczenia, kto zdobył najwięcej głosów w skali kraju. Liczy się wynik na poziomie województwa: ci lepiej zaznajomieni z geografią wyborczą mogli wywnioskować, w ilu województwach PiS będzie miał większość, a w ilu nie (choć w ostatecznym rozrachunku i tak wyniki wyborów okazały się nieco inne od tych podanych w niedzielę przez Ipsos – co spowodowało, że wcześniejsze przewidywania dotyczące tego, iż PiS może w kilkunastu województwach być w opozycji, wzięły w łeb). Ale nie dowiedzieliśmy się, dlaczego tak się stało – z punktu widzenia wiedzy telewidzów znacznie lepiej byłoby zaprosić do studia (choćby przez Skype) paru dziennikarzy lokalnych, zamiast polegać na dyżurnych komentatorach ogólnopolskiej sceny politycznej, którzy, umówmy się, często o polityce samorządowej nie mają bladego pojęcia.

Gdyby Prawo i Sprawiedliwość nie ukazywało siebie jako jedynej prawdziwie patriotycznej i uczciwej siły politycznej, gdyby nie szło na walkę na śmierć i życie z PSL i nie próbowało na każdym kroku poniżać i obrażać ludowców, ci – z uwagi na swoją piwotalną naturę – mogliby z nimi wejść w koalicję w tym czy innym województwie

Czy jednak ostateczne wyniki wyborów samorządowych mówią nam coś o polityce ogólnopolskiej? Trochę tak. Po pierwsze, obstaję jednak przy tym, że te wybory nie okazały się sukcesem PiS, nawet jeśli liczba województw pod władzą tej partii wzrosła o kilkaset procent. W efekcie tych wyborów prawdopodobnie PiS będzie samodzielnie rządził 6 województwami, jednym być może w koalicji z Bezpartyjnymi Samorządowcami. Jeśli nie zdarzy się nic nie przewidzianego – np. nie zostanie przeciągnięty na stronę PiS któryś z radnych, lokalne struktury PSL nie zbuntują się wobec centrali etc. – partia rządząca będzie w opozycji w większości regionów (w dziewięciu województwach) i to mimo uzyskania największej liczby głosów i mandatów w sejmikach. To efekt taktyki „wszystko albo nic”, jaką od lat stosuje PiS. Gdyby Prawo i Sprawiedliwość nie ukazywało siebie jako jedynej prawdziwie patriotycznej i uczciwej siły politycznej, gdyby nie szło na walkę na śmierć i życie z PSL i nie próbowało na każdym kroku poniżać i obrażać ludowców, ci – z uwagi na swoją piwotalną naturę – mogliby z nimi wejść w koalicję w tym czy innym województwie, co przecież zdarzało się już nie raz. Jedynym możliwym koalicjantem w takim układzie wydają się być Bezpartyjni Samorządowcy (pamiętajmy, że w każdym województwie dysponujący pełną samodzielnością), choć na przeszkodzie mogą stać centralizacyjne ciągoty (i praktyka rządzenia) partii Jarosława Kaczyńskiego. Dla polityki ogólnopolskiej ma to o tyle znaczenie, że powinno być przestrogą przed kolejnymi wyborami: jeśli władza PiS zależy od tego, czy ta partia zdobędzie samodzielną większość w sejmie, to znaczy, że wisi ona na włosku. Wystarczy bowiem, że Koalicja Obywatelska co najmniej nie straci w porównaniu do zsumowanego wyniku PO i PSL z 2015 roku, lub do sejmu wejdzie inny komitet (np. SLD), a już nici z samodzielnych rządów. A może i jakichkolwiek.

Po drugie – ten rok będzie bardzo istotny dla przetrwania ludowców właśnie. W tym kontekście ich zwalczanie przez PiS jest bardzo ryzykowną grą o wypchnięcie PSL z sejmu. Siła ludowców zależy bowiem w dużej mierze od ich pozycji w samorządach i, co tu ukrywać, od możliwości tworzenia klientelistycznych powiązań. A ta wyraźnie osłabła – nie tylko w sejmikach, ale przede wszystkim w powiatach. Ciekawe, w jakim stopniu odbije się to na popularności tego ugrupowania.

I po trzecie wreszcie – powrócą rozważania nad możliwością pojawienia się po prawej stronie siły między PO i PiS. Tej roli nie spełnia Kukiz’15, który nie potrafi utrzymywać jednolitej odległości wobec obu dużych partii – choćby wizerunkowo. W tych wyborach ugrupowanie Pawła Kukiza poniosło zresztą klęskę prawie wszędzie, na szczeblu wojewódzkim nie wprowadzając ani jednego radnego do sejmiku. W to miejsce chętnie wślizgnęliby się Bezpartyjni Samorządowcy (być może po rebrandingu), jednak będzie to bardzo trudne, co pokazała zresztą swego czasu klęska Obywateli do Senatu. Dla obu tych ugrupowań na scenie ogólnopolskiej nie ma raczej miejsca. Jakie wyciągną z tego wnioski – czas pokaże.