Newsletter

Zimna wojna 2.0? Nie liczmy, że nas ominie

Kilkanaście dni po historycznym przemówieniu wiceprezydenta USA Mike’a Pence’a, świat jest już innym – mniej bezpiecznym – miejscem

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Gdy poważni analitycy po obu stronach Pacyfiku codziennie mówią już o nowej zimnej wojnie między Ameryką a Chinami, roztrząsając ją na coraz bardziej szczegółowych poziomach, w Polsce taka teza jest często wciąż uważana za zbyt pośpieszną i noszącą znamiona intelektualnej ekstrawagancji. Wyraziłem ją u nas chyba jako pierwszy, chwilę po wysłuchaniu mowy Pence’a z 4 października.

Waszyngton wzmocnił również wsparcie dla Tajwanu, co natychmiast zwiększyło napięcie na linii Tajpej-Pekin

Zaraz po wystąpieniu zastępcy Donalda Trumpa w Hudson Institute ruszyła istna lawina wydarzeń dużej wagi w różnych zakątkach świata. Obserwowaliśmy serię afer szpiegowskich: ujawnienie w „Bloombergu”, że Chiny wykradały tajemnice amerykańskich gigantów technologicznych za pomocą mikroczipów, aresztowanie oficera wywiadu ChRL w Brukseli pod zarzutem szpiegostwa technologicznego, odsłonięcie faktu wymierzonej w inwestycje i operacje z Państwa Środka współpracy wywiadowczej tzw. „Sojuszu pięciorga oczu” (oraz prac nad jego poszerzeniem o m.in. Niemcy i Japonię).

Trwają przygotowania do wielkiej manifestacji siły US Navy na spornym Morzu Południowochińskim, a wraz z nią – naciski na wahających się sojuszników, aby wzięli w niej udział. Dotyczy to szczególnie Australii – kluczowego geostrategicznie alianta USA na Pacyfiku, bardzo silnie związanego gospodarczo z Pekinem i w ostatnich latach coraz bardziej wychylającego się ku niemu także politycznie. Ale dzieje się zdecydowanie więcej: prezydent również bardzo ważnych geostrategicznie Filipin, Rodrigo Duterte, zaprzestał (radykalnie) antyamerykańskiej retoryki (współgrającej z rosnącą przychylnością wobec Chin), zgadzając się na więcej ćwiczeń wojskowych z Amerykanami i przeprowadzając manewry o kryptonimie Kamandag (ang. „Venom”) wraz z USA i Japonią. Przy okazji symbolicznie domknięty został wieloletni proces remilitaryzacji tej ostatniej: oddziały pancerne z Kraju Kwitnącej Wiśni po raz pierwszy od II wojny światowej znalazły się poza granicami kraju, a w trakcie ćwiczeń zginął japoński żołnierz. Trump reaktywował też tzw. Quad (Quadrilateral Security Dialogue), czyli czterostronną współpracę w sprawach bezpieczeństwa USA, Japonii, Australii i Indii, naciskając i kusząc te ostatnie – przywiązane do „polityki niezaangażowania” – aby stanęły po ich stronie w konflikcie z Chinami.

Waszyngton wzmocnił również wsparcie dla Tajwanu, co natychmiast zwiększyło napięcie na linii Tajpej-Pekin. Dosłownie chwilę po mowie Pence’a widzieliśmy też awanturę wokół tzw. NAFTA 2.0 (właśc. USMCA), czyli północnoamerykańskiego porozumienia handlowego, z oskarżeniami Pekinu o antychiński charakter sekcji 32.10 nowej umowy, zamach na suwerenność Kanady i Meksyku i rozbijanie jedności Światowej Organizacji Handlu; u północnego sąsiada USA rozgorzała debata o tym, czy rzeczywiście sojusz z Waszyngtonem nie poszedł za daleko. To tylko najważniejsze (mam nadzieję) spośród wydarzeń ostatnich dni…

Gdy Amerykanie naciskają na kraje sojusznicze i obrotowe, aby się opowiedziały, Chiny nie wahają się dozbrajać Pakistanu, „bronić suwerenności” Kanady, kusić Europy

Jaki obraz wyłania się z tej mgławicy zmian? Po pierwsze, to oczywista eskalacja konfliktu amerykańsko-chińskiego. Pod koniec rządów Baracka Obamy RAND Corporation opublikowała – we współpracy z rządem – raport na temat różnych wariantów wojny z Państwem Środka (omawiał go na łamach NK Jacek Bartosiak). Wnioski były jasne w swej brutalności: czas gra na korzyść głównego rywala, to Ameryka musi zatem doprowadzić do odwrócenia podkopujących jej globalną hegemonię trendów, jeśli ma zachować dotychczasową pozycję. W tym roku – wraz z wojną handlową i wzrostem aktywności wojskowo-strategicznej na Zachodnim Pacyfiku – przeszła od dyskusji do działania. Teraz zaś przeniosła je na nowy poziom.

Po drugie, obserwujemy zbieżność słów i czynów. Wspomniane przemówienie Pence’a było prawdopodobnie najbardziej radykalnym wystąpieniem antychińskim w historii USA. Omawiali je już w Polsce kompetentnie dr Witold Sokała (na łamach Nowej Konfederacji) i prof.  Bogdan Góralczyk (w Obserwatorze Finansowym), więc tylko krótko zreasumujmy jego najważniejsze elementy. Chiny jako globalne zagrożenie dla wolności i bezpieczeństwa, złodziej zachodnich technologii (używanych następnie do budowy cyfrowego despotyzmu), autor nieuczciwych praktyk handlowych, agresor w Azji Południowo-Wschodniej ze szczególnym wskazaniem na Morze Południowochińskie. Jako wrogi kraj, ingerujący w wewnętrzne sprawy państw zachodnich – łącznie z amerykańskimi wyborami – i przeciągający na swoją stronę sojuszników USA. Jako agresywne imperium, uprawiające „dyplomację długów”, wykorzystującą kłopoty finansowe mniejszych krajów do przejmowania strategicznych zasobów, infrastruktury, firm. Wreszcie, jako wielkie rozczarowanie Ameryki, która w latach 70. ubiegłego wieku wyciągnęła do Pekinu pomocną dłoń, budując jego dobrobyt w nadziei na jego wejście na drogę wolności, lecz oczekiwania te okazały się płonne.

Polscy komentatorzy szczególnie nie docenili jeszcze jednego elementu: przeciwstawienia złej despotycznej władzy dobremu narodowi chińskiemu oraz oskarżenia Xi Jinpinga o prześladowanie mniejszości religijnych (buddystów, muzułmańskich Ujgurów, katolików). To sygnał tyleż jasny, co radykalny: jeśli ktokolwiek w Chinach chciałby obalić obecne przywództwo kraju – czy to w imię secesjonizmu à la Tybet, czy partyjnych rozgrywek wewnętrznych, czy ludowego buntu – może liczyć na Stany Zjednoczone. Warto zaznaczyć, choćby na przykładzie wypowiedzi Hillary Clinton o Ujgurach, że wokół tych kwestii kształtuje się za oceanem – jeśli już nie jest faktem – ponadpartyjny konsensus. I jeszcze jedno: główny program rozwojowy Pekinu – skoncentrowany na osiągnięciu prymatu technologicznego Made In China 2025 –przedstawiony został jako uderzenie w podstawowe interesy Ameryki.

Zabrakło w przemówieniu Pence’a chyba tylko słów o „imperium zła”. Brzmiało ono jak wypowiedzenie zimnej wojny i było ultimatum niepozostawiającym wiele możliwości zachowania twarzy. Podważyło główne elementy chińskiej polityki zagranicznej i rozwoju (łącznie z modelem proeksportowym), zapowiadając nieugiętą postawę Ameryki w tym starciu. I za słowami idą czyny. Codziennie.

Rzecz trzecia: Chiny odpowiadają twardo i nieugięcie. Odrzucają amerykańskie zarzuty, przedstawiając się jako obrońca pokoju, rozwoju i wolnego handlu i przedstawiając USA jako destrukcyjnego agresora. Nie wahają się upokarzać i besztać wysokich przedstawicieli amerykańskiego rządu, np. Mike’a Pompeo podczas wizyty w Chinach zaraz po mowie Pence’a. W odpowiedzi na amerykańskie ciosy, pompują ogromne sumy w gospodarkę, próbują podważać hegemonię dolara. Gdy USA straszą bombowcami B2 na Hawajach, Pekin straszy bombowcami H-20 z bronią nuklearną. Gdy Amerykanie naciskają na kraje sojusznicze i obrotowe, aby się opowiedziały, Chiny nie wahają się dozbrajać Pakistanu, „bronić suwerenności” Kanady, kusić Europy. I tak dalej. To najsilniejszy przeciwnik, z jakim USA miały do czynienia. Te ostatnie wydają się przeważać w obecnej fazie, ale ostateczny wynik jest wielką niewiadomą.

Postawienie na bliskie relacje z USA było słuszne. Obecny rząd zrobił to jednak zbyt jednostronnie. Byłoby to karta znacznie mocniejsza, gdybyśmy mogli ją równoważyć innymi: silną pozycją w Europie, poważnymi interesami z Chinami

Po czwarte, z czym właściwie mamy do czynienia? Na gorąco skomentowałem to jako początek nowej zimnej wojny i wciąż nie znajduję lepszego określenia niż zimna wojna 2.0. Jest to jednak konflikt, jakiego jeszcze nie było. Od amerykańsko-sowieckiego różni go kilka fundamentalnych rzeczy. Po pierwsze, Chiny są potężniejsze względem USA niż ZSRR był w apogeum swej siły. Po drugie, supermocarstwa są dziś ściśle powiązane gospodarczo, gdy poprzednio były wobec siebie autarkiczne. Po trzecie, sprzeczne interesy są dziś skoncentrowane na centralnym dla światowej gospodarki i bezpieczeństwa Zachodnim Pacyfiku, gdy rywalizacja z Sowietami skupiała się na globalnych peryferiach. Po czwarte, główną areną konfliktu jest morze, a nie ląd.

W najlepszej analizie dynamiki tej rywalizacji jaką miałem dotąd okazję czytać, norweski geostrateg, prof. Øystein Tunsjø wskazuje – podkreślając generalną stabilność i „pokojowość” systemów dwubiegunowych w porównaniu do wielobiegunowych – że ze względu na odmienną w stosunku do amerykańsko-sowieckiej geopolitykę tej rywalizacji wyższe jest ryzyko wybuchu ograniczonej wojny konwencjonalnej i mniejsze szanse na długi, zimnowojenny pokój. Trudno się nie zgodzić. Aczkolwiek problem ma więcej wymiarów i domaga się osobnego rozwinięcia.

Zimna wojna 2.0 będzie miała zasadnicze skutki dla Polski. Po pierwsze, stawia pod znakiem zapytania przetrwanie konstruktywistycznego porządku ustanowionego po 1989 r., którego jesteśmy wielkimi beneficjentami. Niezależnie od wyniku, już dziś widać znaczny spadek znaczenia norm międzynarodowych i wielostronnych ciał oraz coraz liczniejsze oznaki powrotu do polityki siły (power politics). Należy oczekiwać pogłębienia tego trendu.

Po drugie, sytuacja ta zastaje nas słabo przygotowanymi. Nie wykorzystaliśmy ostatnich trzydziestu lat do budowy silnego państwa ani armii, innowacyjnej gospodarki czy choćby kilku dobrych uniwersytetów. Nie stworzyliśmy oryginalnej narodowej strategii ani nawet instrumentarium instytucjonalnego i analitycznego, pozwalającego na prowadzenie skutecznej i elastycznej polityki na skalę średniego kraju.  Przystępujemy do nowej wielkiej gry jako gracz średniej właśnie wielkości i możliwościach realnego oddziaływania poniżej tego potencjału. Być może wciąż jest czas na nadrabianie braków, ale obecnie własna słabość musi skłaniać do szukania oparcia na zewnątrz, w odpowiednim systemie sojuszy.

Pociąg pod nazwą „relacje z Chinami” raczej już odjechał. Przespaliśmy ten czas, dając się wyprzedzić nawet Węgrom, nawet Czechom

W tym kontekście, po trzecie, postawienie na bliskie relacje z USA było słuszne. Obecny rząd zrobił to jednak zbyt jednostronnie. Byłoby to karta znacznie mocniejsza, gdybyśmy mogli ją równoważyć innymi: silną pozycją w Europie, poważnymi interesami z Chinami. Amerykanie doskonale wiedzą, że muszą włożyć wiele wysiłku w przekonanie części sojuszników do stanięcia po ich stronie. Mają wiele do zaoferowania, nie tylko w sferze bezpieczeństwa, ale też w obszarze korzyści gospodarczych, a zwłaszcza technologicznych.

Pociąg pod nazwą „relacje z Chinami” raczej już odjechał. Przespaliśmy ten czas, dając się wyprzedzić nawet Węgrom, nawet Czechom. Jednak relacje europejskie są do odbudowania i powinien to być jeden z najważniejszych priorytetów polskiej polityki zagranicznej. Podobnie z polityką wschodnią, gdzie szczególne relacje z Ukrainą i Białorusią mogłyby być dodatkowym atutem-lewarem, a nie są.

Po czwarte, atrakcyjność sojusznicza Polski z punktu widzenia USA polega przede wszystkim na roli kraju frontowego wschodniej flanki NATO i „bata” na Rosję. Dopóki zatem relacje Waszyngton-Moskwa pozostają chłodne, nasza pozycja negocjacyjna jest niezła. Jednak w konflikcie hegemonicznym na Pacyfiku drzemie dla nas wielkie ryzyko, polegające na tym, że w ramach „strategicznego okrążania” Chin (skądinąd odwiecznej obsesji geostrategicznej nad Jangcy, ugruntowanej w historii i geopolityce tego kraju), tak widocznego w ostatnich latach i dniach, Stany Zjednoczone mogą zechcieć sięgnąć po Rosję, z jej długą granicą z Państwem Środka, wagą strategiczną, potencjałem wojskowym. I zapłacić jej za to stosowną cenę. Ryzyko to będzie tym większe, im gorzej będzie im szło w konflikcie z Chinami. W tym czarnym scenariuszu znaczenie sojusznicze Polski drastycznie spada; lądujemy też być może w nowym, dużo gorszym układzie międzynarodowym.

Atrakcyjność sojusznicza Polski z punktu widzenia USA polega przede wszystkim na roli kraju frontowego wschodniej flanki NATO i „bata” na Rosję

Po piąte, amerykańsko-chiński konflikt może wywołać trudne do przewidzenia turbulencje gospodarcze. Wobec tego priorytetem musi być zwiększanie „antykruchości” gospodarki (a także państwa). To kolejny temat na osobną debatę narodową, ograniczmy się więc do stwierdzenia, że im więcej rezerw złota i dewiz, im niższe deficyty i wyższe ściągalności podatków (tu duży plus dla rządów Szydło i Morawieckiego, a także Kopacz), im więcej zasobów sojuszniczych do wykorzystania, tym większa nasza odporność na możliwe wstrząsy.

Spokojne czasy minęły. Powinniśmy „oczekiwać najlepszego, przygotowując się na najgorsze”. A co robimy?