Newsletter

Wybory samorządowe. Szansa na nową opozycję

Jeśli koalicja kierowana przez Grzegorza Schetynę poniesie klęskę, to utraci zaufanie elektoratu antypisowskiego. To może otworzyć pole dla nowych sił opozycyjnych

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

21 października będziemy mieli okazję wybrać nowe władze swoich „małych ojczyzn” (dogrywka, czyli II tura, nastąpi 4 listopada). Ale nie tylko – całkiem możliwe, że przebieg kampanii i wynik tej elekcji istotnie wpłynie też na przyszły kształt polskiej sceny politycznej.

W porównaniu do poprzednich kadencji, reguły wyborcze uległy zmianom. Głosowanie w okręgach jednomandatowych odbędzie się wyłącznie w gminach liczących poniżej 20 tysięcy mieszkańców. Ograniczono prawo głosowania korespondencyjnego. Po raz pierwszy będą współistnieć dwa rodzaje komisji obwodowych – jedne mają zadanie zorganizowania samego głosowania, drugie natomiast zajmą się ustaleniem wyników. Zwiększono uprawnienia mężów zaufania i wprowadzono tzw. obserwatorów społecznych. To w dużej mierze próba reakcji na nie do końca wyjaśnione przypadki nieprawidłowości podczas wyborów z roku 2014. Czy okaże się skuteczna, i czy zapobiegnie oskarżeniom o fałszerstwa, można powątpiewać.

Ważne zmiany zajdą też w warunkach sprawowania władzy. Przede wszystkim, kadencja wszystkich organów samorządu została wydłużona z dotychczasowych czterech do pięciu lat. Natomiast organom jednoosobowym, tj. wójtom, burmistrzom i prezydentom narzucono dwukadencyjność – co oznacza, że nowo wyłonieni włodarze miast i gmin będą mogli zostać potem ponownie wybrani już tylko raz. Warto też pamiętać, że nadchodząca kadencja może być najtrudniejszą z dotychczasowych pod względem finansowym – wynika to zarówno z centralistycznej polityki rządu, jak i z prawdopodobnego zmniejszenia przepływów finansowych z Unii Europejskiej w nadchodzącej perspektywie budżetowej. Oznacza to, że wiele obietnic wyborczych, zbyt lekkomyślnie składanych podczas kampanii, nie zostanie zrealizowanych.

Silna polaryzacja postaw wyborczych, którą starannie i solidarnie podkręcają zarówno PiS, jak i PO – będzie jednak zmniejszać szanse mniejszych ugrupowań

Zanim jednak elektorat zorientuje się, że tu i ówdzie został wystawiony do wiatru, zwycięskie ugrupowania zapewnią sobie istotne atuty: zarówno propagandowe (to dotyczy zwłaszcza prestiżowych rywalizacji o fotele prezydentów największych miast), jak i bardziej materialne (najpierw w postaci licznych stanowisk w urzędach i spółkach kontrolowanych przez samorządy, które można rozdać działaczom oraz ich rodzinom, a następnie – strumienia wciąż niebagatelnych pieniędzy, którym można sterować tak, by cementować swą władzę i wpływy). Jedno i drugie znacząco przełoży się na szanse w kolejnych wyborach – do Parlamentu Europejskiego, a wkrótce potem do Sejmu i Senatu.

To najważniejsze powody, dla których wszystkie partie traktują nadchodzące starcie niezwykle poważnie. Prawo i Sprawiedliwość, czy jak kto woli Zjednoczona Prawica, przyzwyczaiwszy się już do swobodnego wykorzystywania pełni władzy na szczeblu krajowym, wyraźnie źle znosi sytuację, w której w terenie wciąż musi dzielić się wpływami z ugrupowaniami niezależnymi od woli Jarosława Kaczyńskiego. Nadchodzące wybory są więc dla obozu PiS z jednej strony szansą na utrwalenie i poprawienie swej pozycji względem rywali, ale z drugiej wielkim ryzykiem. Tarcia wewnętrzne, związane z walką frakcji, a także czysto personalna rywalizacja o dostęp do „konfitur” mogą łatwo pogrążyć pozornego faworyta – szczególnie, że specyfika wyborów samorządowych premiuje jednak tych, którzy opierają się o zakorzenionych liderów lokalnych. Prawu i Sprawiedliwości wciąż natomiast doskwiera problem „krótkiej ławki”. Spora część co lepszych kadr została „zamrożona” w administracji rządowej i spółkach publicznych, co zmusza teraz do sięgania po trzeci i czwarty rzut, a więc osoby często przypadkowe, o wątpliwych kwalifikacjach.

Największym atutem PiS jest w tej sytuacji opozycja. Platforma Obywatelska, w towarzystwie chyba ostatecznie zwasalizowanej przez siebie Nowoczesnej, zachowuje się jakby nic nie zrozumiała i nie wyciągnęła żadnych wniosków z niedawnych porażek. W tej sytuacji pozostaje jej rachuba na dwie kategorie „żelaznego” elektoratu. Po pierwsze, na tzw. „klientów władzy”, czyli tych którzy idą do urn motywowani chęcią obrony swoich miejsc pracy lub innych materialnych interesów, zabezpieczanych dotychczas przez PO. Po drugie, na tych którzy pod wpływem silnych emocji negatywnych, bez względu na wszystko (a zwłaszcza na merytoryczną jakość oferty) zagłosują na najmocniejszą sondażowo partię antypisowską. To może się udać w okręgach, gdzie skupienie tych dwóch typów elektoratu jest relatywnie duże – ale raczej nie zapewni sukcesu w skali kraju, szczególnie w umownej „Polsce B”.

Zarówno niedawno zawarty sojusz Partii Wolność ze stowarzyszeniem Piotra Liroya-Marca, jak i ruch Kukiz’15 cierpią na dramatyczny deficyt wiarygodnych i kompetentnych liderów lokalnych

Silna polaryzacja postaw wyborczych, którą starannie i solidarnie podkręcają zarówno PiS, jak i PO – będzie jednak zmniejszać szanse mniejszych ugrupowań. Zarówno niedawno zawarty sojusz Partii Wolność ze stowarzyszeniem Piotra Liroya-Marca, jak i ruch Kukiz’15 cierpią na dramatyczny deficyt wiarygodnych i kompetentnych liderów lokalnych, a straciły już atut świeżości i „antysystemowości”, trudno więc prognozować ich znaczący wynik wyborczy. PSL istnieje politycznie tylko w niektórych województwach, a i tam jest mocno spychane do narożnika. Niewiadomą jest Sojusz Lewicy Demokratycznej; z jednej strony większość wyborców nie pamięta już jego „błędów i wypaczeń”, partia ta pod nieco odmłodzonym kierownictwem zaczyna wykazywać coś na kształt zmysłu politycznego i próbuje wykorzystać nadarzające się szanse, z drugiej jednak w terenie jest tylko cieniem dawnej potęgi, jeśli chodzi o kwestie zasobów kadrowych i materialnych. Punktowo pewnie odniosą jakieś sukcesy kandydaci niezależni i obywatelskie ruchy lokalne, ale wkrótce po wyborach spora ich część jak zwykle albo okaże się taktycznymi kreacjami którejś z partii, obliczonymi na rozbicie głosów konkurencji, albo z przyczyn pragmatycznych da się wchłonąć miejscowemu hegemonowi politycznemu.

Dla obozu Zjednoczonej Prawicy sukcesem będzie przejęcie większości z 11 sejmików, nad którymi do tej pory nie ma władzy, a dodatkowo zwycięstwa choć w kilku dużych miastach („wisienką na torcie” byłoby oczywiście odwojowanie Warszawy). Dla Platformy i jej akolitów celem jest natomiast zachowanie (a najlepiej poszerzenie) obecnego stanu posiadania. Paradoks polega na tym, że w obu scenariuszach prawdopodobnie otworzy się pole do dalszych zmian na ogólnopolskiej scenie politycznej.

Jeśli koalicja kierowana przez Grzegorza Schetynę poniesie klęskę, to podkopie to wiarę elektoratu antypisowskiego w jej zdolność do „zatrzymania PiS” i skłoni do poszukiwania skuteczniejszej alternatywy. Jeśli nie – nastąpią zapewne silniejsze tarcia w obozie władzy, po drugiej stronie osłabnie więc poczucie zagrożenia monopolem PiS i w konsekwencji przekonanie o konieczności bezwzględnego popierania PO. Tak czy owak, otworzyć się może pole do szybkiego powstania nowej siły lub sił opozycyjnych. Czy ośrodkiem tego procesu będzie Robert Biedroń (całkiem realne, o ile zdoła wyjść poza dotychczasowe „lewicowe” opłotki i złożyć ofertę na przykład klasie średniej o centrowej i umiarkowanie prawicowej wrażliwości, w tym małym i średnim przedsiębiorcom, gnębionym przez etatystyczny rząd), czy ktoś inny – zbyt wcześnie dziś dywagować. Pewne jest jedno – sposób prowadzenia kampanii przez dwa dominujące chwilowo obozy, jej niska jakość programowa i personalna oraz koncentracja na problemach drugo- i trzeciorzędnych powodują wzrost popytu na inną politykę. Niestety, na realną podaż w tym zakresie – przyjdzie nam poczekać zapewne przynajmniej do wyborów parlamentarnych lub prezydenckich.