Weto w UE nie uzdrowi naszej zbrojeniówki

Aktualności,

Brukselskie „nie pozwalam” polskiej delegacji w sprawie unijnej polityki zbrojeniowej było w obecnej sytuacji konieczne. Świadczy jednak także o naszej  słabości

Polska zablokowała w poniedziałek 19 listopada przyjęcie wspólnego stanowiska Unii Europejskiej w sprawie polityki zbrojeniowej na grudniowy szczyt przywódców państw członkowskich. Ministrowie obrony Tomasz Siemoniak i spraw zagranicznych Radosław Sikorski wystąpili więc w Brukseli w roli Reytanów polskiej zbrojeniówki.

Przed czym chcą nas uchronić? Państwa takie jak Niemcy, Francja czy Włochy, a więc europejska pierwsza liga zbrojeniowa, forsują regulacje liberalizujące rynek zamówień obronnych. Ich efektem byłaby dalsza hierarchizacja zbrojeniówek w UE. Skonsolidowany przemysł państw zachodniej Europy, który w efekcie cięć budżetów wojskowych traci rynki zbytu we własnych krajach, pożywiałby się kosztem państw o rosnących wydatkach obronnych, za to z rozdrobnionym i niewystarczająco konkurencyjnym technologicznie przemysłem – w tym zwłaszcza Polski.

Sprawa ta skupia jak w soczewce główne problemy polskiej zbrojeniówki. Z jednej strony zastopowanie unijnych zapędów leży w naszym najżywotniejszym interesie. Z tej perspektywy brukselską reytanadę naszego rządu trzeba więc pochwalić. Dobrze też, że polska Rada Ministrów zauważa możliwość rozwoju potencjału przemysłowego w oparciu o krajowe zamówienia.

Z drugiej jednak strony, stanowisko polskiej delegacji świadczy o naszej – w dużej mierze zawinionej przez nas samych – słabości. Pokazuje, że stać nas na spektakularne gesty i mocne słowa, ale na czyny – już niespecjalnie.

Dlaczego tak twierdzę? Bo o tym, że UE zmierza w kierunku konsolidacji przemysłów obronnych (wychodząc naprzeciw globalnemu trendowi w tej sferze), wiadomo od lat. Wchodziły w życie kolejne regulacje w tym kierunku zmierzające, by wymienić tylko Europejski Kodeks o Zamówieniach Obronnych (do którego, wbrew naszym interesom, dobrowolnie przystąpiliśmy), czy tzw. Dyrektywę Obronną z zeszłego roku. Każda z nich ograniczała możliwość wspierania rodzimego przemysłu – a więc uderzała w naszą zbrojeniówkę.

Jasne jest, że prędzej czy później do liberalizacji rynku europejskiego dojdzie. Jeszcze tym razem kładzenie się Reytanem może nam przejdzie. Trudno jednak będzie ponownie wytłumaczyć taką obronę krajowego przemysłu, podczas gdy w ostatnich latach rząd nie zrobił prawie nic, żeby się na tę chwilę przygotować.

Naszą polityką zbrojeniową rządzą niezmiennie chaos i inercja

Aby móc w spokoju wyczekiwać liberalizacji, powinniśmy w oparciu o priorytety obronne i gospodarcze opracować obszary pożądanych i potencjalnie konkurencyjnych obszarów kompetencji. W następnej kolejności należy naszej zbrojeniówce zaaplikować konsekwentną i przemyślaną konsolidację. Trzeba również pomyśleć o doborze odpowiednich partnerów zagranicznych – najlepiej zaawansowanych technologicznie, ale niezbyt dużych, tak aby byli gotowi po partnersku rozwijać z nami nowe produkty.

Tymczasem naszą polityką zbrojeniową rządzą niezmiennie chaos i inercja. Przykładem jest sytuacja, kiedy to państwo wydało kilkadziesiąt milionów złotych na prototyp platformy bojowej „Anders” tylko po to, by potem stwierdzić, że go nie potrzebuje.

Słabo opłacani i obawiający się ryzyka urzędnicy z MON korzystają z każdej okazji, żeby nie podejmować decyzji, a gdy potrzeba staje się paląca – improwizują. Tak wyglądały nasze zakupy na potrzeby misji w Afganistanie. Kierownictwo resortu obrony mówi o wspieraniu rodzimego przemysłu, jednak nie daje mu szans, przeważnie preferując zakupy „z półki”: zbyt nagłe, aby firmy mogły zaplanować i uruchomić cykl produkcyjny.

Obok priorytetów naszej zbrojeniówce brakuje od lat dalekosiężnej wizji konsolidacji. Co prawda pod wpływem krytyki rząd niedawno taką koncepcję ogłosił. Jednakże poza nazwą nowego tworu (Polska Grupa Zbrojeniowa) oraz poza faktem, iż koncepcja odwraca dotychczasowe (w tym niedawne) procesy konsolidacji, pozostają jedynie liczne pytania i wątpliwości. Wiele z nich ma charakter prawny. Nie wiadomo więc, czy do wprowadzenia w życie tej koncepcji istotnie dojdzie.

W rezultacie mamy sytuację, w której zagraniczni kontrahenci chcący robić z nami interesy – nie wiedzą, z kim rozmawiać.

Przykłady chaosu i inercji można by mnożyć. Rzecz jednak w tym, że dopóki ich nie przezwyciężymy, jedyne, na co nas będzie politycznie stać, gdy nadchodzić będą kolejne ważne dla nas rozstrzygnięcia, będzie kładzenie się Reytanem. Warto przy tym pamiętać, że ten ostatni swojego celu nie osiągnął.

 

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY TYGODNIK IDEI, NR 7/2013, 21–27 LISTOPADA, CENA: 0 ZŁ