Wędrówka roszczeniowych ludów

Jakakolwiek propaganda dżihadu powinna być zakazana, szkoły koraniczne, będące często wylęgarnią radykalizmu, powinny być ściśle kontrolowane

Jakakolwiek propaganda dżihadu powinna być zakazana, szkoły koraniczne, będące często wylęgarnią radykalizmu, powinny być ściśle kontrolowane

W związku ze współczesną „wędrówką ludów” wielu Europejczyków obawia się, że muzułmańscy uchodźcy nie będą się łatwo asymilować. Z sondaży wśród imigrantów wynika, że wielu z nich nie akceptuje porządku polityczno-kulturowego w Europie.

To prawda, choć z pewnością większości odpowiada to, że państwa europejskie im pomagają. Oni są bardzo roszczeniowi, wielu z nich uważa, że nie tylko mają prawo do otrzymania pomocy, ale również – że my mamy obowiązek im ją zapewnić. Wśród tych roszczeń są nie tylko żądania materialne, lecz także zapewnienie wolności słowa i sumienia w możliwie szerokim ich sensie. Oni dość dobrze znają prawo europejskie i wszystkie możliwe luki prawne.

Skąd bierze się ta roszczeniowość?

W islamie wszystko, co robisz, może znaleźć uzasadnienie w Koranie lub w wypowiedziach Proroka. Znam mieszkających w Europie Syryjczyków, którzy uważają, że to normalne, że oni wszystko wykorzystują, co tu dostają. To jest ziemia Boga, czyli – de facto – należy się muzułmanom. Niektórzy uważają, że nie należy traktować świadczeń socjalnych jako zapomogi, tylko jako daninę – dżizję – którą chrześcijanin powinien płacić muzułmaninowi. Psychicznie czują, że jest wszystko w porządku. Rzecz jasna nie wszyscy uchodźcy są muzułmanami i nie wszyscy muzułmanie w ten sposób do tego podchodzą.

Ale w Stanach Zjednoczonych ten problem nie występuje. Tam nie tworzą się getta muzułmańskie, choć wyznawców islamu jest tam także wielu. Czy to wynika z różnicy w polityce społecznej?

Częściowo tak, ale nie generalizowałbym. Ludzie powyżej 50. roku życia przyjeżdżają do Europy ze świadomością, że nic tu nie będą robili. Pewne grupy przyjeżdżają z pełną świadomością, że obowiązkiem państwa jest zapewnienie im środków do życia. Ale jest i wielu takich, którzy nie chcą opierać się na zapomogach. Wczoraj spotkałem się z trzema młodymi chłopakami, którzy uciekli z Syrii – i chcą studiować i pracować. Naród amerykański jest młody i powstał na skutek imigracji z całego świata. Tożsamość amerykańska nie jest podobna do tożsamości francuskiej, niemieckiej czy brytyjskiej. W Europie popełniono spore błędy w stosunku do imigrantów postkolonialnych. Do lat 60. nie mówiono o Algierczyku czy Marokańczyku „muzułmanin”, tylko „z Maghrebu”. Tym ludziom nie zapewniono możliwości asymilacji. Pozwolono im pozostać w swoich gettach.

A to nie ułatwia ich uobywatelnienia. Jak zwalczać negatywne tendencje wynikające z powstawania tych „społeczności równoległych”?

Jakakolwiek propaganda dżihadu powinna być zakazana, szkoły koraniczne, będące często wylęgarnią radykalizmu, powinny być ściśle kontrolowane. W tym wychowaniu religijnym są elementy antyzachodnie, nawet umiarkowany muzułmanin nie tak łatwo zaakceptuje porządek prawno-moralny w Europie. Dlatego wyznawca islamu powinien się zastanowić, czy kraj, w którym ludzie piją alkohol, jedzą wieprzowinę i nie karzą za homoseksualizm, jest krajem dla niego wymarzonym.

Póki co jednak przymykają oko na te nasze „grzechy”. W dużej mierze dlatego, że ciągle trwa wojna domowa w Syrii, choć władza Państwa Islamskiego w tym kraju i w północnym Iraku umacnia się. Czy kiedyś przedstawiciel ISIS będzie przemawiał przed Zgromadzeniem Ogólnym ONZ?

Nie sądzę. Ten twór nie wytrzyma próby czasu, jednak pokonanie ISIS będzie trwało długo. Tu nie chodzi tylko o kwestie militarne, bo gdyby Amerykanie i Rosjanie zdecydowali się na współpracę, likwidacja ISIS mogłaby trwać tyle, ile – powiedzmy – pokonanie III Rzeszy w czasie II wojny światowej. Znacznie dłużej potrwa jednak zniszczenie podstaw, na których zbudowane jest to państwo. Jest niemal pewne, że na gruzach ISIS powstanie w przyszłości coś podobnego.

Dlaczego?

ISIS opiera się na wielowiekowej tradycji edukacji i wychowania w krajach arabsko-muzułmańskich. To kwestia stosunku do Innego. Nie chcę nazywać tego rasizmem, ale tu chodzi o przekonanie, że skoro jestem muzułmaninem, to jestem lepszy niż ten „Inny”, a to daje mi prawo do pokonania Innego. To nie tylko problem Syrii czy Iraku, lecz także Afganistanu czy Pakistanu.

Ten Inny ma być pokonany u siebie czy to podejście zakłada także coś w rodzaju islamskiego imperializmu?

Imperializm wymaga hegemonii i przywództwa. Tego w islamie nie ma. Islam ma dwóch przedstawicieli: Arabię Saudyjską, jako strażnika miejsc świętych islamu, i Iran, jako strażnika świętych miejsc szyizmu. Ale to przedstawicielstwo symboliczne, tu nie ma mowy o państwowej supremacji. Z drugiej strony Państwo Islamskie jest esencją wielowiekowej tradycji wychowania i elementów tęsknoty do wielkości dawnego imperium arabsko-muzułmańskiego, powrotu do źródeł kalifatu. Imperializm nie potrzebuje żadnej religii – w przeciwieństwie do kalifatu, który nie ma racji bytu bez islamu.

Niektórzy uważają, że nie należy traktować świadczeń socjalnych jako zapomogi, tylko jako daninę – dżizję – którą chrześcijanin powinien płacić muzułmaninowi

Jako syryjski chrześcijanin był Pan jednym z Innych. Odczuwał Pan to poczucie wyższości muzułmanów?

Z Syrii wyjechałem do Polski w 1971 roku, by studiować archeologię śródziemnomorską, później doktoryzowałem się w dziedzinie orientalistyki. Zanim opuściłem moją ojczyznę, mieszkałem w mieście, które było specyficzne. Większość mieszkańców Al-Hasaka to chrześcijanie, to zresztą młode miasto, powstałe po 1920 roku. Nie miało autochtonów, tam każdy pochodził skądś. I ci ludzie do dziś stanowią jedność: obecnie swojego miasta przed Państwem Islamskim bronią chrześcijańsko-kurdyjsko-arabskie jednostki samoobrony.

Czyli życie razem jest możliwe?

Tak, ale oczywiście nie wyobrażajmy sobie tego życia jako sielanki. Porządek prawny narzucał asymetrię w traktowaniu chrześcijan i muzułmanów, nawet w tak stosunkowo oświeconym państwie, jakim była Syria po uzyskaniu niepodległości. Na przykład w edukacji Koran jest obecny wszędzie. Ja nie chodziłem na lekcje religii muzułmańskiej, ale same lekcje języka arabskiego są naszpikowane wersetami z Koranu i wypowiedziami Proroka, jako wzorem języka arabskiego. To pozwala na szerzenie islamskiej propagandy. Inny przykład: nie tylko tradycja, lecz także prawo zakazywało małżeństw mieszanych. W praktyce oznaczało to, że chrześcijanka mogła poślubić muzułmanina, ale muzułmanka chrześcijanina już nie. To przekładało się też na relacje międzyludzkie: co innego mówiło się na zewnątrz, a co innego w domu.

Co się mówiło w domach?

To zależy od pokolenia. Jestem potomkiem chrześcijan, którzy uciekli z obecnych terenów Turcji przed pogromem, moja Babcia od strony matki była Ormianką. Dlatego jej pokolenie przestrzegało mnie przed muzułmanami. Z kolei moi rodzice przyjaźnili się z wyznawcami islamu, choć z pewnością nie usłyszy Pan z ich ust dobrego słowa o islamie. Ale już moje pokolenie się otworzyło, zarówno chrześcijanie, jak i muzułmanie, wręcz śmialiśmy się z tej niechęci „starszych” do siebie nawzajem – na przykład z tego, że dla muzułmanów widok kobiety w krótkim rękawku czy bez chusty na głowie to niemal pornografia. W dużym uproszczeniu – religia była prywatną sprawą.

Może dlatego, że muzułmanie byli w mniejszości?

Raczej nie. Każdy w tym mieście był tak „tutejszy”, jak i „nietutejszy”. Każdy przybył skądś, każdy szukał lepszego życia – a to można znaleźć jedynie działając razem. Nie było żadnych gett, a symbolem tego współżycia był bazar, gdzie obok siebie sprzedawali chrześcijanie i muzułmanie. Muzułmanki chodziły do chrześcijańskich ginekologów, bo znakomita większość lekarzy to byli chrześcijanie – i mąż, ojciec czy brat rozumieli, że ten człowiek leczy ich żonę, córkę czy siostrę, a nie traktuje jak obiekt pożądania.

Mówił Pan, że Al-Hasaka była specyficzna. Czyli w innych rejonach Syrii było inaczej?

Niekoniecznie. Uciskanie mniejszości religijnych i etnicznych było zakazane, trudno było sobie wyobrazić, by ktoś otwarcie publicznie krytykował chrześcijaństwo. I to było odbierane jako coś naturalnego. Ten eksperyment przez parę dobrych lat się udawał, lecz został brutalnie zgwałcony przez Hafiza al-Asada, zmarłego prezydenta Syrii.

W jaki sposób?

Podwaliny tego, co teraz mamy, powstały w początku lat 70. XX wieku, kiedy Asad przejął władzę w Syrii. O ile w Syrii muzułmanie, chrześcijanie i przedstawiciele innych wierzeń zaczynali się akceptować, o tyle nagle do gry wszedł element saudyjski. Jak mogło dojść do tego, że dwa lata temu prezydent Baszar al-Asad pochwalił się, że od lat 70. zbudowano w Syrii 18 tys. meczetów i 250 instytutów szariatu? Rząd Asada nie miałby na to pieniędzy – robiono to za pieniądze saudyjskie i za cenę wpuszczenia do Syrii propagandy wahabickiej. A ona nakazuje „powrót do źródeł”. Tam, gdzie są „źródła”, nie ma miejsca dla innowierców. Tak więc chrześcijanin, który jest autochtonem na tych terenach, staje się ciałem obcym. To zaowocowało Państwem Islamskim, które jest niechcianym produktem ubocznym działań Arabii Saudyjskiej, Iranu, skutkiem instrumentalnego potraktowania religii przez Amerykanów i Rosjan.

Polska powinna się do odbudowy Syrii dołożyć, bo razem z Amerykanami weszła do Iraku, co jest jedną z przyczyn obecnego chaosu na Bliskim Wschodzie

Sami Syryjczycy mogli być jednak odporni na wahabicką propagandę. Ale może problemy w relacjach muzułmańsko-chrześcijańskich zaczęły się wcześniej, niż pojawiło się ISIS?

Grubo wcześniej, w momencie rewolucji islamskiej w Iranie, która spowodowała euforię w świecie muzułmańskim. Wtedy zaczęła się jednostkowa emigracja chrześcijan z Syrii. Ale najbardziej widoczne stało się to podczas arabskiej wiosny. Jej hasła początkowo nie były religijne, dopiero później zaczęły się wybitnie islamskie hasła antyrządowe. To wynika być może z tego, że rządzi przedstawiciel mniejszościowej grupy wewnątrz islamu, alawityzmu, a większość Syryjczyków to sunnici. Wtedy chrześcijanie zaczęli się coraz bardziej obawiać.

Jednak jeśli muzułmanin ucieka z Syrii przed Państwem Islamskim, można zakładać, że nie popiera radykalnych form islamu.

Bardzo wielu muzułmanów nie akceptuje ISIS. Tym niemniej islam jest religią doczesną i duchową, ingeruje we wszystkie dziedziny życia. W kontekście obecnej fali uchodźców, małe grupy muzułmańskie mogą nawet być wzbogaceniem kultury, do której przybywają. Ale jeśli mamy do czynienia z falą, która identyfikuje się z islamem, a nie z państwem, z którego pochodzi, to będziemy mieć kłopot, ponieważ można spodziewać się, że jednym z pierwszych postulatów tych ludzi będzie budowa meczetów, na które nie mają pieniędzy. Chętnie sfinansuje je Arabia Saudyjska – i tu wracamy do elementu, który leży u źródeł problemów z islamem na Bliskim Wschodzie, czyli wahabickiego.

Jaka powinna być nasza odpowiedź na to zjawisko?

Przede wszystkim należy leczyć chorobę, a nie jej objawy. Dlatego liczę na zgodę między USA a Rosją w kwestii pokonania ISIS. Miliardy wydawane na wojnę między poszczególnymi ugrupowaniami walczącymi w Syrii można by wydać na odbudowę kraju. Także Polska powinna się do tego dołożyć, bo razem z Amerykanami weszła do Iraku, co jest jedną z przyczyn obecnego chaosu na Bliskim Wschodzie. Inaczej sytuacja będzie się pogarszać. Tylko pokój na Bliskim Wschodzie może odwrócić exodus do Europy – znam wielu Syryjczyków, którzy natychmiast by wrócili, gdyby skończyła się wojna.

Orientalista, pracownik Katedry Arabistyki i Islamistyki Uniwersytetu Warszawskiego

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz