Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

W czasach rewolucji kulturowej nie ma miejsca na ospały konserwatyzm

Partie klasycznie konserwatywne nie zauważyły, że znaczna część ich dotychczasowych wyborców czuje się uciskana i niezauważona w świecie zrewolucjonizowanym, w świecie zglobalizowanego liberalizmu

Czym jest dla pana konserwatyzm?

Czym innym jest konserwatyzm dzisiaj, a czym innym był on w XIX wieku. Dzisiaj konserwatyzm broni pewnych tradycyjnych instytucji, języka i wizji człowieka. Broni form życia społecznego, które kiedyś wydawały się zupełnie niepodważalne – czego w XIX wieku nie musiał robić, gdyż te formy nie były aż tak powszechnie kwestionowane.

U podstaw myśli lewicowej leży radykalna idea równościowa, więc nie może być mowy o tożsamości narodowej, bo narody i kultury mają być zupełnie równoważne

Jakie formy ma pan na myśli?

Chodzi o zróżnicowania płci, o kształt rodziny, o wagę narodu jako wspólnoty, o zobowiązania wobec niej. Konserwatyzm prowadzi też spór o język, który dzisiaj jest sztucznie zmieniany. Zalążki tych zmian pojawiały się już w czasach komunizmu, i w latach 60. XX wieku na Zachodzie. Dzisiaj mamy nową, radykalną fazę tych zmian i konserwatyzm na nią odpowiada.

To jest konserwatyzm w rozumieniu kulturowym. A co z konserwatyzmem politycznym?

Konserwatyzm kulturowy ma przełożenie na kwestie polityczne. Niegdyś konserwatyści byli zwolennikami monarchizmu. Dziś nie mamy liczących się w realnej polityce stronnictw monarchicznych w Polsce. Współcześni konserwatyści, nawet jeśli są świadomi słabości demokracji, zupełnie jej już nie kwestionują. Jeśli więc chodzi o konkretne propozycje ustrojowe, to jest to inna myśl niż ta, którą znamy z tradycji konserwatywnej – choć wówczas, broniąc pewnych zasad ustrojowych, broniono też pewnej wizji człowieka, społeczeństwa, polityki i narodu. W tym sensie ta tradycja pozostaje żywa, choć jest zmienna.

Dziś konserwatyści zajmują się kwestiami takimi jak globalizm, idea państwa narodowego, kształt rodziny. Nie chcą zlikwidować demokracji, tylko dyskutują o sposobach jej interpretacji, co wyraża się w sporze z ideą demokracji liberalnej.

Stosunek między myślą a życiem politycznym nie polega na tym, że ktoś formułuje teorię i ona następnie jest stosowana w polityce. To bardzo naiwne i dogmatyczne wyobrażenie

Istnieją jednak powiązania konserwatyzmu z liberalizmem – choćby w przypadku Margaret Thatcher czy Ronalda Reagana.

Owszem, jeszcze kilkanaście lat temu konserwatyzm był utożsamiany z neoliberalizmem. Często konserwatyści głosili idee wolnorynkowe, a jednocześnie reprezentowali interesy ludzi zamożnych w polityce fiskalnej. Próbowali łączyć gospodarczy liberalizm z wartościami konserwatywnymi. Ten model był popularny od lat 70. do 90. XX wieku i na pewno wpłynął na charakter naszej transformacji.

Dla konserwatyzmu politycznego naszych czasów charakterystyczny jest jednak powrót do idei organicystycznych. Dziś Polska jest pionierem łączenia zasad socjalnych z ideami konserwatywnymi. Przełamujemy myślenie, że lewica powinna być za państwem interweniującym, wchodzącym w życie społeczne, za wyrównywaniem szans, a prawica – za państwem minimum, wolnym rynkiem i przeciw zmniejszaniu nierówności społecznych.

Pana zdaniem połączenie konserwatyzmu z liberalizmem gospodarczym jest niewłaściwe?

Moim zdaniem to stanowisko jest zupełnie anachroniczne, ponieważ nie da się połączyć konserwatyzmu z libertarianizmem. Już w latach 70. zwracano uwagę, że modelowanie różnych sfer życia na wzór mechanizmów rynkowych rewolucjonizuje te sfery, co może wiązać się z niszczeniem tradycyjnych wartości. Widzimy to dzisiaj – mamy sojusz wielkich korporacji z tendencjami lewicowymi.  To właśnie zastosowanie modelu rynku do innych sfer życia niszczy tradycję i tradycyjne wartości.

Dzisiaj mówimy, że lewica wygrała wojnę kulturową, długi marsz przez instytucje, ale stało się tak również dlatego, że pomagały jej zasady wolnorynkowe. Konserwatyzm musi więc oznaczać czynną politykę państwa – kulturową, społeczną, rodzinną. Nie dotyczy to wyłącznie Polski. Donald Trump artykułował interesy tych warstw i grup społecznych, które kiedyś w USA głosowały raczej na demokratów – czyli tradycyjnej klasy robotniczej czy katolików. W Wielkiej Brytanii od lat mówiło się o sojuszu torysów z bogaczami, a dziś mieszkańcy postprzemysłowych, zaniedbanych regionów, głosują na kandydatów Partii Konserwatywnej.

Nam zależy na restauracji Polski, Platformie na włączenie Polski do struktur przyszłej Federacji Europejskiej

Jednak wolny rynek jest dosyć ważnym elementem myśli konserwatywnej. Odwołuje się do prawa własności, które jest mocno osadzone zarówno w tej myśli, jak i na przykład w katolickiej nauce społecznej. Podobnie jest z ideą wolnej jednostki – konserwatyzm dwudziestowieczny był szczególnie nieufny wobec kolektywizmu i nadmiernej ingerencji państwa w działania jednostek.

Idea wolnej jednostki jest ideą liberalną, a nie konserwatywną. Idea konserwatywna mówi, że jednostka jest wolna, uczestniczy we wspólnocie politycznej – ale jej wolność nie jest totalna. Ograniczają ją obowiązki wobec wspólnoty. Z tej wspólnoty jednostka wyrasta. Myślę, że tu leży owa różnica między koncepcjami. Indywidualizm i wolność wyboru to idee liberalne, które kiedyś łączono faktycznie z konserwatyzmem. Problem pojawił się, gdy zostały one zastosowane do innych sfer życia poza gospodarką. Jeżeli jesteśmy całkowicie wolni w sferze gospodarczej, to pociąga za sobą całkowitą wolność w sferze kulturowej. Ernest Gellner twierdził, że marksizm jest de facto arcyliberalny, a nie antyliberalny, ponieważ kultywuje idee wolności i równości. Na pierwszym etapie drogi do pełnej wolności trzeba według tej koncepcji tę wolność ograniczyć, żeby ustanowić równość. A z kolei równość jest podstawą owej przyszłej, całkowitej wolności. Dzisiaj mówimy o lewicowym liberalizmie – analizy Gellnera pokazują, że ten mariaż lewicy z liberalizmem jest czymś oczywistym. Skądinąd trzeba dodać, że rynek także wydziedziczał z własności: przypomnijmy sobie losy „wysadzonych z siodła” polskich ziemian w XIX wieku, a dzisiejszy turbokapitalizm nie stawia już w centrum sprawy własności.

Konserwatyzm zaś to przede wszystkim zasada wspólnoty i zbiorowego rozumu ucieleśnionego w instytucjach. To poczucie więzi z poprzednimi pokoleniami, przynależności do wspólnoty, którą nazywamy narodową, zobowiązania wobec niej. To także ogólna idea zróżnicowania naszych zobowiązań moralnych: mamy inne obowiązki względem swojej rodziny i swoich rodaków niż wobec kogoś, kto jest spoza tych wspólnot.

Konserwatyści na Zachodzie bronią idei autonomicznej jednostki przed ideami akcentującymi tożsamość grupową.

Tożsamościowa lewica mówi przede wszystkim o tożsamościach represjonowanych – o Afroamerykanach czy mniejszościach seksualnych. Konserwatyści też często powołują się na tożsamości, przede wszystkim narodowe. We Francji coraz większe zainteresowanie polityczne budzi Éric Zemmour, który mówi o obronie francuskości.

PO nie jest żadną partią konserwatywną. W Parlamencie Europejskim jest w grupie Europejskiej Partii Ludowej, ale mogłaby spokojnie być kiedyś wśród liberałów, a teraz lewicowo-liberalnej w grupie „Renew”, zdominowanej przez „macronistów”

U podstaw myśli lewicowej leży radykalna idea równościowa, więc nie może być mowy o tożsamości narodowej, bo narody i kultury mają być zupełnie równoważne. Tożsamości etniczne i inne mają istnieć w ramach otwartego, wielokulturowego społeczeństwa. W myśli lewicowej jest zawarty element rewolucyjny – chodzi o to, by rozbić wspólnoty tradycyjne i zaprowadzić równość. Więc tak naprawdę chodzi o uwolnienie się spod represji, czyli o emancypację jednostki.

Przejdźmy do Polski. Tomasz Merta mówił, że w Polsce po PRL-u nie ma czego konserwować, więc konserwatyści powinni się zwrócić ku przyszłości. Czy zgadza się pan z tą diagnozą?

Sądzę, że ona nie była trafna. Nie bronię PRL-u, ale pozostawiał on wiele nisz, w których trwała tradycyjna Polska. Z dzisiejszej perspektywy widzimy, że komunizm nie zniszczył pewnych sfer w takim stopniu, jak się nam wydawało. Mimo całej propagandy – a może dlatego, że była ona tak prymitywna. A może dlatego, że komunizm nie był jednak w Polsce endogenny. Był obcy temu społeczeństwu.

Co to za sfery?

Przetrwało bardzo wiele sfer, które należy chronić. Na przykład rodzina czy edukacja. Niezależnie od tego, jak interpretowano Mickiewicza w peerelowskiej szkole – bez wątpienia go czytano. Podobnie jak Sienkiewicza. Nikt nie usiłował zmienić języka. Co prawda był on zachwaszczony przez nowomowę komunistyczną, ale ta nowomowa była wyśmiewana i mało kto brał ją na poważnie.

Drugi błąd w tej diagnozie to utożsamienie konserwatyzmu z postawą czysto zachowawczą, z konserwowaniem stanu zastanego. Tak jak mówiłem, spór między konserwatyzmem i progresywizmem dotyczy kondycji człowieka. Jest sporem antropologicznym, filozoficznym. To nie jest tylko kwestia zachowywania tradycji jako źródła-wzoru dla teraźniejszości czy przyszłości lub obrony status quo. Pamiętajmy, że myśl konserwatywna narodziła się już po rewolucji francuskiej, która zniszczyła ancien régime. U nas konserwatyzm także był potrzebny w procesie restauracji Polski.

Jak ocenia pan stan myśli konserwatywnej w Polsce w 2021, po sześciu latach rządów PiS?

Dzisiejszym konserwatystom nie chodzi też przecież o ograniczenie praw jednostki czy praw człowieka

Przed 2015 rokiem wykonana została ogromna praca intelektualna, programowa, organizacyjna, która przyczyniła się do wygranej Prawa i Sprawiedliwości. Były to dziesiątki publikacji i spotkań (nie wszystkie zostały spisane). Po 2015 roku wiele osób z naszego środowiska, które przedtem zajmowały się myśleniem, przeszło do działań. Stali się ministrami, dyrektorami, posłami czy europosłami. To stwarza niekorzystne warunki do rozwoju myśli. Natomiast nadal się ukazują ważne publikacje – Ryszarda Legutki, Bronisława Wildsteina, Włodzimierza Boleckiego. Powstają dzieła filmowe – niedługo będzie premiera nowego filmu Lecha Majewskiego. Co więcej, rośnie zainteresowanie naszym sposobem myślenia, w innych krajach europejskich. Konserwatyści z innych krajów patrzą z nadzieją.

Gdy czytam materiały programowe PiS, to nie mam wrażenia, że dzisiejsza praktyka tych rządów faktycznie realizuje te szczytne założenia.

Stosunek między myślą a życiem politycznym nie polega na tym, że ktoś formułuje teorię i ona następnie jest stosowana w polityce. To bardzo naiwne i dogmatyczne wyobrażenie. To tak nie działa. Relacja między teorią polityczną a życiem politycznym to wzajemna interakcja. Rzeczywistość jest płynna, pojawiają się nowe zjawiska, więc teoria jest ciągle rozważana bądź artykułowana na nowo.

PiS jest według pana partią konserwatywną?

Często pojawiają się głosy, że nie jest. Zwolennicy takiego poglądu argumentują podobnie jak pan wcześniej: że jednostka czy prawo własności nie jest w centrum programu PiS, że PiS promuje państwo aktywne w polityce społecznej i kulturalnej. Pojawiają się wypowiedzi, że to partia socjalistyczna, czy wręcz bolszewicka. Moim zdaniem to całkowite nieporozumienie, być może wynikające z kompleksu czy traumy czasów komunizmu.

Nie chodzi mi tylko o komponent liberalny, ale o konserwatyzm polityczny, ustrojowy. Za czasów pierwszego PiS-u wśród konserwatystów pojawiało się mnóstwo państwowotwórczych koncepcji (pisze o tym Stefan Sękowski – przyp. red.) – w polityce historycznej prężnie działało środowisko Pawła Kowala czy Jana Ołdakowskiego, Rafał Matyja czy Kazimierz Ujazdowski proponowali konserwatywne pomysły na uzdrowienie państwa. A co mamy dziś? Myślicieli takich jak pan czy Ryszard Legutko zastąpiły trolle internetowe. Dochodzi do zerwania ciągłości instytucjonalnej. Nie mówię już nawet o sądownictwie, ale spójrzmy na media publiczne. Miały stać się narodowymi instytucjami kultury i promować kulturę wysoką, a mamy propagandę i Zenka Martyniuka. To ma być konserwatyzm?

Oczywiście ma pan rację, że pewne zjawiska trudno oceniać pozytywne, i że pewne programowe tezy nie zostały, a mogły być zrealizowane. Co do mediów publicznych nie ma sporu, wskazałbym jednak, że obok kanałów informacyjnych są znakomite media publiczne – choćby TVP Kultura.

To prawda, trudno być zadowolonym z poziomu polskiego parlamentaryzmu i ze sposobu prowadzenia debaty publicznej. Rzeczywiście, opinia publiczna jest mocno spolaryzowana. Z jednej strony mamy opozycję, która program swój sprowadza do „ośmiu gwiazdek”, a po stronie ekipy rządzącej faktycznie pojawia się bardzo dużo bardzo prostej demagogii. Dodałbym do tego dramatyczne braki w edukacji obywatelskiej.

Skąd więc taka przepaść między założeniami a realiami?

Te przykre zjawiska wynikają z nowej sytuacji politycznej, która nie jest kwestią wyboru PiS. W 2015 roku rozpoczął się wielki konflikt polityczny. Rozpoczął się bój o Trybunał Konstytucyjny i o władze personalne w różnych instytucjach. To spowodowało eskalację emocji, ale to nie jest tak, że PiS te emocje eskalował jednostronnie. One są reakcją na emocje drugiej strony. TVP i TVN są ze sobą sprzężone. Na propagandę odpowiada się propagandą. Idee wciela się, lub nie, w pewnej konkretnej sytuacji. Efekt który mamy jest efektem interakcji myśli, emocji i rzeczywistości, która jest skomplikowana. Uważam, że podstawowym założeniem konserwatyzmu jest to, że nie jesteśmy perfekcyjni – ani poznawczo, ani moralnie. Co więcej, nie doskonalimy się, bo nie wierzę, aby następował jakiś zasadniczy postęp.

Wspomniany Kazimierz Ujazdowski niedawno przedstawił w sejmie pakiet uzdrawiający parlamentaryzm, jak najbardziej konserwatywny politycznie, i oczywiście ten pomysł nie został przyjęty. Jaki kontekst czy emocje w tym przeszkadzają?

Mówi pan o kimś, kto do senatu został wybrany z list KO [dziś należy w Senacie do koła Koalicja Polska – Polskie Stronnictwo Ludowe – przyp. red.] i uważa, że to stronnictwo jest propaństwowe. Dla mnie to raczej kompromitacja. Oczywiście, że należy budować dobrze funkcjonujące instytucje, poprawić jakość debaty sejmowej tak, by sejm bardziej przypominał parlament, a nie kabaret. Tego rodzaju usiłowania są trudne, ale ich porażka jest dla mnie mniej kompromitująca niż przyłączenie się do Platformy, która nie ma nic wspólnego nie tylko z konserwatyzmem, ale i z polską racją stanu.  Nam zależy na restauracji Polski, Platformie na włączenie Polski do struktur przyszłej Federacji Europejskiej. Trudno mi zrozumieć, jak ktoś może przechodzić do porządku rzeczy nad jej głosowaniami w Parlamencie Europejskim.

Na poziomie europejskim Platforma jest uważana za partię konserwatywną.

PO nie jest żadną partią konserwatywną. W Parlamencie Europejskim jest w grupie Europejskiej Partii Ludowej, ale mogłaby spokojnie być kiedyś wśród liberałów, a teraz lewicowo-liberalnej w grupie „Renew”, zdominowanej przez „macronistów”.

Oczywiście ma pan rację, że z powodu swej przynależności frakcyjnej Platforma tak samo jak CDU jest postrzegana jako partia konserwatywna. Ale Europejska Partia Ludowa, skupiająca, jak się twierdzi, partie centrowo-prawicowe, przechodzi kryzys tożsamościowy. Działa pod dyktando Zielonych i lewicy. Wszystkie te centrowo-prawicowe partie przeżywają w Europie ogromny kryzys – tak bardzo usytuowały się w centrum, że zupełnie straciły wyrazistość. Dlatego na prawo od nich pojawiły się nowe ugrupowania polityczne, które odbierane są jako zagrożenie. Stąd negatywna reakcja establishmentu republikanów na Trumpa w USA, czy reakcja CDU na powstanie AfD w Niemczech. A przecież w AfD są też dawni działacze CDU. Przesuwając się coraz bardziej na lewo, chadecy w jakimś sensie zdradzili swoich wyborców. CDU trudno już nazwać partią chrześcijańską lub konserwatywną. A cóż dopiero mówić o Platformie, która jest znacznie bardziej na lewo.

Czy dobrze rozumiem, że stawia pan taką tezę: świat się zmienił, mamy do czynienia z innymi mediami, innym rodzajem demokracji i konserwatyzmu w bardziej spokojnej i mniej rewolucyjnej formie uprawiać się nie da?

Myślę, że tak jest. Po pierwsze, w czasach rewolucji kulturowej i społecznej nie można uprawiać konserwatyzmu spokojnego czy ospałego. A po drugie, tzw. spokojny konserwatyzm w gruncie rzeczy zmienia swoją pozycję, przechodząc coraz bardziej na stanowiska liberalne. Dziś tzw. liberalna demokracja oznacza nie tylko uznanie podstawowych instytucji takich jak parlamenty czy niezależne sądownictwo, ale również liberalizm kulturowy i społeczny. Partie klasycznie konserwatywne nie zauważyły, że znaczna część ich dotychczasowych wyborców czuje się uciskana i niezauważona w świecie zrewolucjonizowanym, w świecie zglobalizowanego liberalizmu.

Sądzę, że można by nawet zakazać funkcjonowania Facebooka – i, co więcej, tego rodzaju zakazy rozpatrywane w pewnym kontekście nie byłyby wcale ograniczeniem wolności, tylko wręcz przeciwnie – jej obroną przed cyfrową manipulacją

W roku 2015 na PiS głosowali ludzie dawnej „Solidarności”, ludzie z mniejszych ośrodków, żyjący tradycyjnie. To samo dzieje się w Wielkiej Brytanii. Dziś na torysów głosuje tradycyjna brytyjska klasa robotnicza, lewicująca w kwestii ekonomicznej, ale bardzo patriotyczna i konserwatywna, jeżeli chodzi o styl życia. Te idee zostały zanegowane przez labourzystów w toku ich ewolucji. Stąd wybuch tzw. populizmu.

A czy w Polsce mieliśmy kiedykolwiek klasyczną partię konserwatywną?

Nie, chyba nie. Co by to miało znaczyć? Może w XIX wieku było nią Towarzystwo Rolnicze Andrzeja Zamoyskiego, może Stańczycy? Dzisiaj żyjemy w czasach drapieżnego liberalizmu, przejętego także przez środowiska lewicowe, zmieniającego fundamenty życia społecznego, a w Europie do budowy państwa paneuropejskiego opartego o te nowe wartości i europejskiego narodu. PiS jako partia prawicowa, która odwołała się do tych, którzy nie chcą żyć w takim „nowym, wspaniałym świecie” było światowym prekursorem pewnych tendencji politycznych – nowego konserwatyzmu tych, którzy zaczęli bronić „starego świata”.

Czy widzi pan jakąś alternatywę dla demokracji liberalnej? Jeżeli ona nie jest najlepsza – to co zamiast niej? Jak miałaby wyglądać demokracja nieliberalna i czemu mielibyśmy nie bać się, że oznacza ona ograniczenie wolności, że nie osunie się w dyktaturę?

Demokracja liberalna jest pojęciem wieloznacznym. Oznacza podział władzy, ale ten podział nigdy nie jest idealny, bo sfery różnych władz muszą się zazębiać. Zawsze istnieje jakiś główny ośrodek suwerenności. Każde społeczeństwa ma swoje centrum symboliczne i polityczne. Ale niech pan zauważy, że podstawowe zasady takie jak wolne wybory czy większość parlamentarna nie są przez nikogo poważnego kwestionowane. Porównuje się dzisiejsze ruchy prawicowe do tych radykalnych ruchów, które pojawiały się w latach trzydziestych. Te paralele są bezsensowne. Nie pojawiają się partie, głoszące konieczność zniesienia demokracji parlamentarnej, ustanowienia rządów autorytarnych. Prawica walczy o swoje cele i wartości w ramach demokracji. W tym sensie demokracja liberalna nie jest zagrożona. Dzisiejszym konserwatystom nie chodzi też przecież o ograniczenie praw jednostki czy praw człowieka.

Akurat idea praw człowieka jest często krytykowana przez prawicę.

Tylko wtedy, kiedy rozumiana jest inflacyjnie. Nikt nie występuje na przykład przeciwko zakazowi tortur. Natomiast jeśli demokracja liberalna ma oznaczać, że pojęcie małżeństwa może być dowolnie interpretowane, jeżeli ma oznaczać usunięcie z pamięci publicznej wszystkich osób i wydarzeń, które nosiły znamiona niesprawiedliwości czy niegodziwości, jeśli ma oznaczać używanie neutralnego języka płciowo, to dla mnie to jest barbarzyństwo a nie demokracja liberalna.

To co ma być alternatywą?

Przyzwoita demokracja parlamentarna i społeczeństwo zbudowane na mocnym fundamencie aksjologicznym.

Są też inne tradycje – zwłaszcza w Polsce mamy tradycję połączenia klasycznego republikanizmu z demokracją parlamentarną. I Rzeczpospolita miała również elementy parlamentaryzmu, i to bardzo rozwinięte. Więc to nie jest tak, że demokracja liberalna to jedyna tradycja wolnościowa.

Niestety tego pojęcia używa się jako wytrychu. Kiedyś zapytałem swoich niemieckich studentów, czym jest dla nich demokracja liberalna, i natychmiast odpowiedzieli, że to małżeństwa jednopłciowe. Zapytałem w związku z tym, od kiedy Niemcy są taką demokracją liberalną. Nie wiedzieli. Otóż – od roku 2017.

Konserwatyści często marzą, by odwrócić lub znacząco spowolnić przemiany kulturowe. Ale czy to nie jest marzenie ściętej głowy w świecie internetu?

Owszem, treści lewicowo-liberalne są promowane na całym świecie – i to właśnie przez zasadę liberalną w gospodarce, którą łączył pan z konserwatyzmem. W latach 90. uważano, że rozwój internetu doprowadzi do wzrostu wiedzy obywatelskiej i partycypacji publicznej. Dziś widzimy, że te marzenia się nie spełniły. Przyczynia się do tego globalizacja i nieregulowana działalność wielkich koncernów medialnych. Dopiero niedawno sobie uświadomiliśmy, że są one zagrożeniem dla kultury, suwerenności i demokracji.

Czyli konieczne jest ograniczenie wolności?

Wolność nie może polegać na tym, że każdy wybór jest równie dobry. Jeżeli człowiek może dowolnie wybierać płeć, zmieniać swój wygląd, to pytanie zasadnicze brzmi, gdzie postawić granicę – bo za chwilę dojdzie do ulepszania człowieka poprzez pomieszanie go z maszyną. Wielki skok do królestwa wolności kończy się wielkim zniewoleniem.

Moim zdaniem negatywne procesy można zatrzymać. Kilka lat temu mówiono, że wolności rynków nie da się ograniczyć, a dziś zaczyna przeważać protekcjonizm, do czego mocno przyczynił się też Donald Trump. Jeszcze niedawno wydawało się, że powstanie jakiś rodzaj rządu globalnego, a dziś mówimy znów o rywalizacji geopolitycznej mocarstw. Pojawiły się więc pewne tendencje, które jeszcze 10 lat temu brzmiały jak herezje. Sądzę, że można by nawet zakazać funkcjonowania Facebooka – i, co więcej, tego rodzaju zakazy rozpatrywane w pewnym kontekście nie byłyby wcale ograniczeniem wolności, tylko wręcz przeciwnie – jej obroną przed cyfrową manipulacją.

główny ekspert do spraw społecznych Nowej Konfederacji, socjolog, publicysta (m.in. "Więź", "Rzeczpospolita"), współwłaściciel Centrum Rozwoju Społeczno-Gospodarczego, współpracownik Centrum Wyzwań Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, Fundacji Pole Dialogu i Ośrodka Ewaluacji. Główne obszary jego zainteresowań to rozwój lokalny i regionalny, kultura, społeczeństwo obywatelskie i rynek pracy. Autor i współautor wielu publikacji, np. "Pomysłowość miejska. Studium trajektorii realizacji oddolnych inicjatyw mieszkańców Warszawy"(Fundacja Pole Dialogu 2017). Autor powieści biograficznej "G.K.Chesterton", eSPe 2013).
Filozof, socjolog, publicysta. W latach 1976–1991 wykładał socjologię teoretyczną i filozofię społeczną na Uniwersytecie Warszawskim. Od 1991 do 1992 r. był profesorem na Uniwersytecie w Kassel. W 1992 r. zamieszkał na stałe w Niemczech. Od 1995 profesor Uniwersytetu w Bremie, a w latach 2001–2011 również Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Wykładał także m.in. na Katolickim Uniwersytecie Ameryki oraz Columbia University. Wykłada również na Akademii Ignatianum w Krakowie. Był członkiem Komitetu Socjologii Polskiej Akademii Nauk (w latach 1999–2006), Rady Naukowej Helmuth-Plessner-Gesellschaft, jury Nagrody im. Hanny Arendt (od 2003 do 2007), a także przewodniczącym Rady Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. Współpracował z miesięcznikiem „Znak”, „Rzeczpospolitą”, „Faktem”, „Gazetą Polską” oraz „Dziennikiem” (w tym z dodatkiem „Europa”). Obecnie pisze artykuły do tygodnika „wSieci”.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “W czasach rewolucji kulturowej nie ma miejsca na ospały konserwatyzm”

  1. Baltman pisze:

    Niestety, bardzo dużo głupstw i przekłamań pisanych z pozycji partyjnego funkcjonariusza.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz