Tykająca włoska bomba

Wzrost zadłużenia Włoch stanowi zagrożenie dla całej unii walutowej. Jednocześnie przedłużająca się stagnacja gospodarcza też jest zagrożeniem dla tej unii, przede wszystkim politycznym

Na początku czerwca Komisja Europejska zwróciła się do państw członkowskich o uruchomienie procedury nadmiernego deficytu wobec Włoch. Zapewne ministrowie finansów państw UE, zasiadający w Radzie do Spraw Gospodarczych i Finansowych (ECOFIN), uruchomią tę procedurę w najbliższych tygodniach. Może ona doprowadzić w teorii do nałożenia na Rzym nawet 3,5 mld euro kary, choć taki finał jest stosunkowo mało prawdopodobny.

Komisja zarzuca włoskiemu rządowi, że nie panuje nad finansami publicznymi i w coraz większym stopniu łamie tzw. kryteria fiskalne, mające w założeniu ograniczać deficyt budżetowy (do 3 proc. PKB) i dług publiczny (60 proc. PKB). Szczególnie niepokoi włoski dług, który wynosi 132 proc. PKB, a więc ponaddwukrotnie przekracza normy unijne. Według Komisji, w 2020 roku zwiększy się on do 135 proc. Wprawdzie deficyt budżetowy jest zgodny z unijnymi kryteriami (2,5 proc.), jednak też rośnie. Ma w przyszłym roku osiągnąć 3,5 proc. Ponadto Bruksela zarzuca Rzymowi, że nie dotrzymuje ustaleń z ubiegłego roku, kiedy deficyt miał wynieść maksymalnie 2,04 proc.

Napięta sytuacja wokół włoskiej gospodarki, która jest obecnie o włos od kolejnej recesji, wokół słabości włoskiego sektora bankowego i wreszcie procedury nadmiernego deficytu oraz możliwości wprowadzenia waluty równoległej – to nie jedyne wyzwania dla przyszłości unii walutowej

Wielu ekonomistów wskazuje na to, że władze w Rzymie znalazły się między młotem a kowadłem. Aby rozruszać gospodarkę, powinny poluzować politykę fiskalną, w tym wspierać inwestycje lub obniżyć podatki. Jednak twarde reguły fiskalne UE – przy tak wysokim zadłużeniu publicznym – stwarzają bardzo niewielkie ramy dla takiej polityki. Ponadto, włoski rząd ma zamiar przede wszystkim rozwijać programy socjalne, które bardziej będą wspierać popyt konsumencki niż inwestycje gospodarcze.

Sytuacja Włoch pokazuje też specyfikę funkcjonowania wspólnej waluty. Nakłada ona na państwa członkowskie ostre kryteria oszczędności fiskalnych, a jednocześnie nie oferuje w zasadzie żadnych instrumentów, pobudzających wzrost w sytuacji słabej koniunktury lub niskiej konkurencyjności gospodarki. Tworzy to sytuacje paradoksalną: wzrost zadłużenia Włoch stanowi zagrożenie dla całej unii walutowej. Jednocześnie przedłużająca się stagnacja gospodarcza też jest zagrożeniem dla tej unii – przede wszystkim politycznym, gdyż prowadzi do władzy coraz bardziej zdesperowanych, radykalnych (i coraz mniej doświadczonych) polityków. Nakładanie kagańca na finanse włoskie byłoby rozsądne, jeśli byłyby inne instrumenty stymulowania gospodarki, na przykład ze strony unii walutowej. Na to się jednak nie zanosi, co tworzy sytuację „tykającej bomby”, która w końcu musi wybuchnąć.

Włoski parlament zaaprobował ostatnio w głosowaniu projekt wprowadzenia waluty równoległej. Początkowo ma ona regulować zobowiązania wobec państwa (będzie w niej można opłacać podatki), a także służyć drobnej wymianie detalicznej. Póki co pomysł jest w fazie bardzo ogólnej, nie wiadomo, kiedy może zostać wprowadzony w życie. Prawdopodobnie służy obecnie władzom włoskim do wywierania presji w negocjacjach z Brukselą i z państwami członkowskimi. Jednak może ostatecznie zostać uruchomiony, co zdaniem niektórych specjalistów będzie stanowić pierwszy krok do opuszczenia unii walutowej przez to państwo. Bez wątpienia, równoległa waluta włoska wywołałaby znacznie więcej emocji w strefie euro, niż obecna dyskusja, związana z łamaniem przez Rzym jednego z kryterium fiskalnych.

Napięta sytuacja wokół włoskiej gospodarki, która jest obecnie o włos od kolejnej recesji, wokół słabości włoskiego sektora bankowego i – wreszcie – procedury nadmiernego deficytu oraz możliwości wprowadzenia waluty równoległej – to nie jedyne wyzwania dla przyszłości unii walutowej. Ekonomiści spodziewają się kłopotów gospodarczych także z innych przyczyn, przede wszystkim z powodu brexitu i nabrzmiewających wojen handlowych. Europejski Bank Centralny zapowiedział, że jest gotów przywrócić nie tak dawno zawieszony program luzowania ilościowego, ale także dalej obniżać stopy procentowe (mimo tego, że niektóre są już ujemne). Jednocześnie przedstawiciele banku coraz częściej powtarzają, że amunicja polityki monetarnej jest na wyczerpaniu i potrzeba nowej broni, aby walczyć z kolejnym kryzysem. Wskazują przede wszystkim na politykę fiskalną. Możliwości większości państw w tej mierze są jednak ograniczone. Podobnie jest we Włoszech. Być może istnieje tu kilka wyjątków, np. Niemcy i Holandia, niemniej państwa te nie są skore, aby słuchać tych rad. Dlatego problemy strefy euro pozostają nierozwiązane.

 

Współpracownik „Nowej Konfederacji”, socjolog, politolog i historyk. Jest profesorem na Uniwersytecie Warszawskim. Ekspertem Instytutu Sobieskiego i Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Specjalizuje się w analizie polityk gospodarczych w UE i w państwach członkowskich, a także w zarządzaniu publicznym. Ostatnio opublikował „W objęciach europeizacji” (ISP PAN, Warszawa 2012) oraz zredagował książkę „Między polityką a rynkiem. Kryzys Unii Europejskiej w analizie ekonomistów i politologów” (Uczelnia Łazarskiego, Warszawa 2013).

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Tykająca włoska bomba”

  1. z grubsza pisze:

    Po prostu strefa euro sama w sobie jest problemem – jest w swej istocie wadliwie skonstruowana. To co się dzieje przypomina PRL i Sowiety – na bolączki systemu jeszcze więcej tego samego.

    Kolejne państwa ulegają zniszczeniu, ale to nie powstrzyma aparatczyków i ideologów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz