Newsletter

Twardy rdzeń i koniec europejskiego złudzenia

Bogate kraje Północy prędzej czy później wstrzymają transfery do krajów dłużników. Te zbankrutują, co pociągnie za sobą rozpad strefy euro i rozwód Berlina z Paryżem. Wtedy dopiero rozpoczną się reformy UE

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Bogate kraje Północy prędzej czy później wstrzymają transfery do krajów dłużników. Te zbankrutują, co pociągnie za sobą rozpad strefy euro i rozwód Berlina z Paryżem. Wtedy dopiero rozpoczną się reformy UE

Kryzys w strefie euro zmieni nasze obiegowe poglądy na temat przyszłości Unii Europejskiej. Ujawni utopijność projektu europejskiego państwa federalnego, a więc także koncepcji twardego rdzenia. Zmieni konstelację na kontynencie, wskutek rozpadu osi Berlin-Paryż.

Koncentryczne kręgi

Mocarstwa zachodnie w latach 90. XX wieku podjęły decyzję o przyjęciu do struktur integracyjnych państw środkowej i południowej Europy. W perspektywie UE miała liczyć prawie 30 członków. To wymagało gruntownego przemyślenia dotychczasowych mechanizmów współpracy, w pierwszej kolejności procesów decyzyjnych.

Europejskie elity doszły do przekonania, że nie da się utrzymać zasady homogeniczności integracji, tzn. takiego samego zaawansowania procesów integracyjnych we wszystkich krajach członkowskich. Za oczywiste uznano różnicowanie, a więc podział na grupy państw, które będą różniły się intensywnością współpracy. Unia miała stać się strukturą przypominającą koncentryczne kręgi, tworzone przez państwa o podobnym zaawansowaniu procesów integracyjnych. Ponieważ równolegle z decyzją o poszerzeniu Unii postanowiono o wprowadzeniu wspólnej waluty, w sposób naturalny doszło do pierwszego, fundamentalnego podziału na strefę euro i resztę państw członkowskich. Koncepcja koncentrycznych kręgów znalazła swoją wzorcową formę w dokumencie opracowanym w roku 1994 przez frakcję CDU/CSU w Bundestagu. Wolfgang Schäuble i Karl Lamers przedstawili wówczas „Refleksje na temat polityki europejskiej”, które stały się najważniejszym dokumentem strategicznym niemieckiej polityki zagranicznej ostatniego ćwierćwiecza. Ci dwaj politycy opowiedzieli się za reformą Unii, na którą składały się dwa równoległe procesy: poszerzenia i pogłębienia jej struktur. Przewidując, że rozszerzenie może sparaliżować Unię, zaproponowali reformę instytucji europejskich. Jej celem było stworzenie państwa federacyjnego („der föderative Staatsaufbau”) na fundamencie czegoś w rodzaju konstytucji („das verfassungsähnliche Dokument”). Parlament Europejski wraz z Radą stałyby się prawodawcą europejskiego państwa federacyjnego. Rada dodatkowo – drugą izbą parlamentu, a Komisja Europejska – kontynentalnym rządem.

Dziś bez ryzyka można stwierdzić, że niemieckie próby budowy europejskiego państwa federalnego skończyły się porażką

Do urzeczywistnienia tego konceptu konieczna była nowa metoda integracji – metoda „różnych prędkości”. Nie można bowiem zmusić wszystkich członków UE do podążania do celu w takim samym tempie. Najszybciej poruszać się będą Niemcy i Francja, „motor integracji”, do których najprawdopodobniej dołączą Belgia, Luksemburg i Holandia, które stworzą „twardy rdzeń” (der feste Kern). Kraje te silnie zwiąże ze sobą unia walutowa.

Do tych pomysłów sześć lat później nawiązał minister spraw zagranicznych w gabinecie Gerharda Schrödera, Joschka Fischer, który swoją wizję przyszłej Europy przedstawił w wykładzie wygłoszonym w roku 2000, na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie. W zasadniczych punktach pokrywała się ona z tym, co zaprezentowali 6 lat wcześniej Schäuble i Lamers. Fischer w swoich rozważaniach był bardziej odważny i naszkicował ostateczny cel integracji europejskiej, jej – posługując się językiem eurokratów – finalité politique. Była nim Europejska Federacja, wybudowana na fundamencie traktatu konstytucyjnego, ustanawiającego europejski parlament i rząd, które sprawowałyby „faktyczną władzę ustawodawczą i wykonawczą w granicach federacji”. Miał on zostać osiągnięty, podobnie jak u Schäublego i Lamersa, dzięki zastosowaniu metody „różnych prędkości”. Zamiast o „twardym rdzeniu”, Fischer mówił o „awangardzie”, czyli o grupie kilku państw, szczególnie zaangażowanych w to przedsięwzięcie. Wskazał, że mogłyby ją stanowić kraje realizujące projekt wspólnej waluty.

Fiasko niemieckiej Europy

Dziś bez ryzyka można stwierdzić, że niemieckie próby budowy europejskiego państwa federalnego skończyły się porażką. Fatalny w skutkach błąd popełnił już kanclerz Helmut Kohl, jeden z największych zwolenników federalizmu – wyrażając zgodę na przyjęcie euro, zrezygnował z postulatu stworzenia unii politycznej w Europie. Według jego pierwotnego planu nowa unia miała mocno stać na dwóch filarach: wspólnej waluty i politycznej federacji. Francuski prezydent, François Mitterrand, nie chciał pogłębienia współpracy politycznej. Zależało mu przede wszystkim na osłabieniu zjednoczonych Niemiec, a więc na odebraniu im najważniejszej geoekonomicznej broni, jaką była marka. Euro w zamiarach francuskich miało zapewnić utrzymanie mocarstwowej pozycji Paryża w Europie.

Nie znaczy to wcale, że Niemcy łatwo zrezygnowały z postulatu tworzenia „coraz ściślejszej Unii”. Kolejni kanclerze Gerhard Schröder i Angela Merkel próbowali naprawić zaniechanie swojego poprzednika. Ich wysiłki ukoronował traktat lizboński. Mimo szumnych zapowiedzi, nie okazał się on kamieniem milowym wymarzonej federacji. Wręcz przeciwnie, jego istotą była gruntowna zmiana mechanizmu decyzyjnego; rezygnacja z zasady nadproporcjonalnej reprezentacji państw małych i średnich oraz drastycznego ograniczenia zasady jednomyślności.

Z diagnoz ekonomicznych wynikają bezpośrednie polityczne skutki. A przede wszystkim ten, że kryzys strefy euro nie pozwoli na powstanie twardego rdzenia w Europie

Oznaczało to odejście od federalistycznego sposobu podejmowania decyzji i oddanie władzy w ręce największych państw unijnych. Lizbona była raczej krokiem ku renacjonalizacji Unii aniżeli federalizacji.

Fiasko niemieckich dążeń przypieczętował kryzys w strefie euro. Wspólna waluta nie spełniła pokładanych w niej nadziei i nie była katalizatorem procesów integracyjnych. Wprowadzenie euro spowodowało, że biedniejszym krajom Południa nagle zaoferowano tańszy niż do tej pory kredyt. Politycy włoscy, greccy i hiszpańscy zaczęli nieodpowiedzialne zadłużać swoje kraje; aby utrzymać się przy władzy realizowali wszelkie zachcianki swoich wyborców. W Europie powstał nowy mur, który podzielił ją na wierzycieli i dłużników. Trwające od 6 lat działania antykryzysowe tylko ten podział pogłębiły. Euro okazało się więc rodzajem bomby podłożonej pod fundamenty integracji europejskiej. Co gorsza, politycy nie tylko nie mają realnego pomysłu, jak zasypać ów podział, ale zdają się go w ogóle nie dostrzegać. Kolejne programy naprawcze polegają na przekazywaniu następnych kredytów, czyli na dalszym zadłużaniu dłużników.

Eurogeddon

Część niemieckich elit, przede wszystkim grupa szanowanych profesorów ekonomii, od dawna ostrzegała przed zgubnymi skutkami wprowadzenia euro. Jednak politycy nie starali się nawet słuchać ich argumentów. Popełnili więc sposób poważny błąd, albowiem z diagnoz ekonomicznych wynikają bezpośrednie polityczne skutki, przede wszystkim ten, że kryzys strefy euro nie pozwoli na powstanie twardego rdzenia w Europie.

Taki wniosek można wyprowadzić z lektury opublikowanej przed rokiem książki Hansa-Wernera Sinna pt. „Euro. Pokojowa idea, która przyniosła niezgodę” („Der Euro. Von der Friedensidee zum Zankapfel”). Ten najbardziej wpływowy niemiecki ekonomista na 500 stronach dokonał pionierskiej diagnozy choroby toczącej strefę euro.

Polityków najbardziej może zaskoczyć konstatacja, że tzw. unia transferowa w praktyce jest już realizowana. Jest to postulat Francji i związanych z nią krajów Południa, aby państwa-wierzyciele przekazywali ogromne kwoty państwom zadłużonym w celu wyrównywania różnic rozwojowych w eurostrefie. Mechanizm wyrównywania poziomów bogactwa i dobrobytu istnieje w Unii od dawna. Taki jest cel dobrze nam znanych funduszy strukturalnych i spójności. Jednak wydatki na nie wynoszą kilka promili PKB całej UE. Natomiast w przypadku unii transferowej chodzi o kwoty znacznie większe, być może nawet na poziomie kilkunastu procent PKB. Właśnie z tego względu najbogatsze kraje są tej idei przeciwne. Berlin wielokrotnie dystansował się od propozycji Paryża.

Sęk w tym, że pomimo sprzeciwu wierzycieli, setki miliardów euro płyną z północy na południe kontynentu. Dzieje się tak za sprawą nieprzejrzystej i niezgodnej z unijnym prawem polityki Europejskiego Banku Centralnego. Od momentu wybuchu kryzysu finansowego trwa cały czas ogromna akcja kredytowa, skierowana do krajów europejskiego Południa. Unia bierze tym samym odpowiedzialność za dług państw członkowskich. W ten sposób łamie własne traktaty, które jej tego jednoznacznie zakazują (klauzula „no bail-out” z art. 125 Traktatu o funkcjonowaniu UE).

Kredyty w wysokości setek miliardów euro nie przyniosły pozytywnych efektów. Gospodarki państw południa Europy nadal znajdują się w kryzysie

Sinn wyliczył, że w marcu 2015 r. zadłużenie sześciu państw, które stanowią największy problem strefy euro, czyli Grecji, Włoch, Hiszpanii, Portugalii, Cypru i Irlandii, osiągnęło astronomiczną kwotę prawie 11 bilionów euro, czyli 335% PKB tych krajów. To oznacza, że w praktyce jest ono nie do spłacenia i wierzyciele muszą się liczyć ze stratami. Sinn oszacował maksymalne straty (stan na grudzień 2014), jakie poniosą wierzyciele w przypadku niewypłacalności tych sześciu kryzysowych krajów. Niemcy będą musiały się pogodzić z ubytkiem 260 mld euro, Francja – 202 mld euro, a Holandia prawie 60 mld euro. Bankructwo południa Europy będzie kosztowało każdego obywatela państw północnych przeszło 3 tys. euro. Od czasu tych wyliczeń minęło już półtora roku i można mieć pewność, że kwoty te znacząco wzrosły.

Zdaniem niemieckiego ekonomisty, kontynuowanie polityki transferowej musi skończyć się katastrofą. Kredyty w wysokości setek miliardów euro nie przyniosły pozytywnych efektów. Gospodarki państw południa Europy nadal znajdują się w kryzysie. Jedynym wskaźnikiem, który rośnie, jest dług. Transfery są więc grą na czas, odsuwają jedynie moment, w którym dojdzie do krachu. Sinn jest zwolennikiem czasowego wyjścia dłużników ze strefy euro i przyjęcia przez nich własnej waluty. Ta, tracąc na wartości w stosunku do euro, przywróci ich gospodarkom konkurencyjność. Po kilku zaś latach, gdy kurs nowej waluty się ustabilizuje, będzie można myśleć o powrocie do strefy euro.

Głównym lekiem na kryzys zadłużeniowy ma być zaprzestanie realizacji unii transferowej, czyli kredytowania przez Unię zadłużonych państw członkowskich. Po pierwsze, polityka ciągłego kredytowania biednych państw lub regionów przez bogatych, w celu wyrównania różnic rozwojowych, zazwyczaj jest nieskuteczna, albowiem nie powoduje, że słabiej rozwinięte państwa (regiony) doganiają bogatsze. Drugi argument ma charakter polityczny. Trudno oczekiwać, że społeczeństwa bogatych państw północnej Europy zgodzą się na długotrwałe finansowanie biednego Południa. To w praktyce oznaczałoby bowiem, że Niemcy czy Holendrzy musieliby zrezygnować z własnego państwa dobrobytu. Dzisiaj transfery są możliwe tylko dlatego, że nie ma nad nimi demokratycznej kontroli, albowiem decyduje o nich EBC. Jednak Niemcy i Holendrzy w którymś momencie zrozumieją, że Unia odbiera im spokojną starość i to będzie nie tylko koniec unii transferowej, ale także Unii Europejskiej, jaką znamy.

Koniec pewnego złudzenia

Sinn przekonuje, że Niemcy wcale nie są największymi wygranymi kryzysu w strefie euro. Kryzys ten doprowadził bowiem ostatecznie do krachu ich dotychczasowej polityki europejskiej, której koncepcja powstała w latach 90. XX wieku. Przypomnijmy: niemiecka koncepcja federalizacyjna polegała na stworzeniu, zarządzanego wspólnie przez Berlin i Paryż, twardego rdzenia integracji europejskiej w strefie euro. Na tym opierała się istota planów Schäublego, Lamersa, a później Fischera. Rzeczywistość negatywnie zweryfikowała te projekty.

Euro nie może stać się głównym ośrodkiem procesów integracyjnych, ponieważ zamiast łączyć, dzieli i tworzy fundamentalny konflikt pomiędzy dłużnikami oraz wierzycielami. Konflikt ten zagraża dziś istnieniu Unii. Francja i Niemcy, państwa które miały być „motorem” UE, spierają się o strategiczny kierunek, w którym miałyby zmierzać. Paryż nie godzi się na realną unię polityczną, albowiem oznaczałaby ona np. wspólne zarządzanie arsenałem jądrowym, a chciałby jedynie, żeby najbogatsze państwa UE wzięły większą odpowiedzialność za długi strefy euro.

Niemieckie elity polityczne coraz bardziej uświadamiają sobie przykrą prawdę, że koncepcja federalizacyjna jest utopią, albowiem nie znajduje poparcia wśród innych państw członkowskich. Jednak nie są w stanie przedstawić żadnej poważnej alternatywy. Doszło nawet do tego, że obecna koalicja rządząca spiera się o przyszłość polityki europejskiej. Socjaldemokraci, nie bacząc na fakty, nadal wyznają utopię europejskiego państwa federalnego. CDU i kanclerz Angela Merkel zachowują bardziej trzeźwy stosunek do rzeczywistości i zdają się wyciągać lekcję z Brexitu. Ponadpartyjny konsensus, źródło siły niemieckiej polityki zagranicznej, odchodzi powoli w niebyt.

Brak jednolitego stanowiska Niemiec i strategicznego kompromisu mocarstw powoduje, że w najbliższym czasie nie należy spodziewać się realnej reformy Unii

W niemieckim dyskursie coraz częściej pojawiają się propozycje odejścia od koncepcji federalistycznej i jej głównego postulatu, czyli twardego rdzenia integracji europejskiej. Hans-Olaf Henkel, były prezes Federalnego Związku Przemysłu Niemieckiego, od lat nawołuje do podziału strefy euro na dwa obszary walutowe. W jednym znajdą się Niemcy i bogate państwa Północy, a w drugim Francja i jej południowi klienci, co oznaczać będzie ostateczny rozbrat Berlina z Paryżem. Argumentuje on, że obecne zyski z eksportu, jakie gospodarka niemiecka zawdzięcza aktualnemu kształtowi strefy euro, nie pokryją ogromnych wydatków na podtrzymywanie przy życiu państw-bankrutów. Jego sensowna ekonomicznie argumentacja, zbieżna zresztą z wywodami Sinna, dziś jest uważana jeszcze za herezję. Niemieckie elity i społeczeństwo nie wyobrażają sobie bowiem rozwodu Berlina z Paryżem. Ich polityczne przyzwyczajenia zmieni jednak kolejna odsłona kryzysu zadłużeniowego, gdy przeciętny Niemiec uświadomi sobie, że za sojusz z Francją będzie musiał zapłacić ze swojej emerytury, czyli gdy będzie musiał wybierać pomiędzy nim a dostatnią i wygodną starością.

Brak jednolitego stanowiska Niemiec i strategicznego kompromisu mocarstw powoduje, że w najbliższym czasie nie należy spodziewać się realnej reformy Unii. Francja nie zrezygnuje z wymuszenia na Niemcach zgody na unię transferową, ponieważ dysponuj silną kartą – poparciem Włoch i innych państw Południa. To spowoduje, że do momentu nadejścia kolejnej fali kryzysowej Europa pozostanie w swoistym klinczu.

Polska partnerem Niemiec

Dla Polski ten okres przejściowy nie musi być czasem straconym. Niemcy będą poszukiwały sojuszników przeciwko francuskim pomysłom unii transferowej. Nie będą grymasić, gdyż niedawno straciły Wielką Brytanię – najważniejszego partnera, który wraz nimi blokował etatystyczne dążenia Francji. Polska i kraje naszego regionu są dla nich naturalnym partnerem, ponieważ ich gospodarki, znajdując się poza strefą euro lub wstępując do niej stosunkowo późno, zachowały swoją konkurencyjność względem krajów południa Europy.

Warszawa ma również ważny interes we współpracy z Berlinem, albowiem realizacja unii transferowej pozostawi ją na marginesie polityki europejskiej i utrwali jej peryferyjny status.

Musimy jednak uważać, aby nie popełnić typowego dla naszej dyplomacji błędu, polegającego na hojnym płaceniu mocarstwom za to, co i tak oddałyby nam za darmo. Berlin będzie się z pewnością ostro targował. Można sobie wyobrazić, że za swoją niezgodę na unię transferową zażąda od nas zapłaty. Będzie nas bowiem przekonywał, że jest jej przeciwny w imię solidarności z państwami środkowoeuropejskimi, a więc że robi to przede wszystkim dla nas, a nie dla siebie. Taki scenariusz jest bardzo prawdopodobny, ponieważ politycy niemieccy już dziś nas straszą, że jeśli nie będziemy im ulegli, to będą budować Europę twardego rdzenia. To oczywisty blef, albowiem w żywotnym interesie Berlina jest utrzymanie niemieckiego państwa dobrobytu, a nie finansowanie bankrutów. A zatem to Warszawa winna domagać się zapłaty od Niemiec za sprzeciw wobec francuskiej polityki europejskiej.

A jest co negocjować. Niemcy i bogate kraje Północy prędzej czy później wstrzymają transfery do krajów dłużników. Te w efekcie zbankrutują, co pociągnie za sobą rozpad strefy euro i rozwód Berlina z Paryżem. Wtedy dopiero na serio rozpoczną się poważne reformy Unii i co za tym idzie negocjacje, których celem będą zmiany traktatowe. Na negocjacyjnym stole z pewnością znajdzie się zmiana unijnego mechanizmu decyzyjnego, a więc gra będzie dotyczyć poprawy pozycji Polski w UE. I to będzie nasza cena, jakiej powinniśmy żądać za storpedowanie unii transferowej.