Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Tupolewizm w walce z zarazą

Z tragedii smoleńskiej niczego się jako wspólnota narodowa nie nauczyliśmy. Podczas pandemii powtarzamy te same błędy

Już samo zestawianie liczby ofiar tegorocznej katastrofy pandemicznej w Polsce i tragedii smoleńskiej – niebędące przecież jeszcze porównaniem tych dwóch wydarzeń – wzbudza silne emocje. Nie jest to jednak powód, by powstrzymywać się tak od zestawień, jak i od porównań. Przeciwnie, refleksja nad tym czy ostatnia i przedostatnia katastrofa narodowa wykazują podobieństwa, wydaje się być obywatelskim, analitycznym i po prostu polskim obowiązkiem. Dotyka ona jednej z najważniejszych spraw w życiu zbiorowym: zdolności do uczenia się na doświadczeniach. W tym na katastrofach i własnych błędach.

Polska przystąpiła do zmagań z COVID-19 „uzbrojona” w od dawna znane – i dramatycznie podkreślone przez tragedię smoleńską – problemy: słaby rząd będący „luźną federacją resortów”, niewydolną administrację, niekompetentną legislację, słabe i źle zarządzane instytucje

Tragedia smoleńska i obecna są bardzo różne i pod wieloma względami nieporównywalne. Nie ma znaku równości między nimi. Jednocześnie jednak widać przynajmniej trzy podobieństwa.

Zapomniane instytucje

Pierwszym jest stań państwa, w sensie jakości instytucji. Przed dziesięcioma laty III RP okazała się w bardzo praktycznym sensie „państwem istniejącym tylko teoretycznie”. Państwem fikcyjnych procedur dotyczących bezpieczeństwa najważniejszych osób publicznych. Państwem bez planowania i koordynacji, z ważnymi dokumentami krążącymi jak śmieci na wietrze. Państwem fikcyjnych instytucji, z Biurem Ochrony Rządu niesprawdzającym lotniska przed przylotem i oficerami w chwili próby zdającymi się na „bardziej doświadczonych Rosjan”. Polska stanęła po Smoleńsku wyraźnie w jednym szeregu z takimi krajami jak Panama, Rwanda i Bośnia, gdzie zdarzyły się podobne katastrofy. Okazała się  przerażająco słaba i bezradna. Również za sprawą od dawna opisanych i nie rozwiązywanych braków instytucjonalnych.

Podobnie jest obecnie. Ponad 55 tysięcy nadliczbowych zgonów (stan na 48 tydzień, 29 listopada) i drugi najgorszy pod tym względem (po przeliczeniu na milion mieszkańców) wynik w bardzo źle radzącej sobie Europie, pomimo bardzo łagodnego przebiegu pierwszej fali – nie wzięły się z niczego. Państwo polskie zawodzi tu pod każdym istotnym względem. Zignorowało pojawiające się od co najmniej 2005 roku przestrogi dotyczące pandemii. Zignorowało powtarzane od lat wezwania do naprawy systemu ochrony zdrowia. Zignorowało wreszcie ponad pół roku lekcji z globalnego i lokalnego przebiegu pandemii.

Polska przystąpiła do zmagań z COVID-19 „uzbrojona” w od dawna znane – i dramatycznie podkreślone przez tragedię smoleńską–problemy: słaby rząd będący „luźną federacją resortów”, niewydolną administrację, niekompetentną legislację, słabe i źle zarządzane instytucje. Tym razem uwidoczniło się to przede wszystkim na przykładzie systemu ochrony zdrowia, ale przecież też całokształtu zarządzania antykryzysowego. Ze służbą zdrowia cierpiącą na niedostatek – wiekowych zresztą i przemęczonych – kadr, zmuszonych do permanentnej migracji między placówkami, podobnie jak pacjenci, co zwiększa ryzyko epidemiczne, jak i obciążenie całego systemu. Ze słabą inspekcją sanitarną, nieskoordynowaną siecią placówek, niedostatkiem laboratoriów, brakami materiałowymi. Z kulturą lekceważenia procedur. Żaden z tych problemów nie został rozwiązany ani nawet istotnie ograniczony przed drugą falą pandemii. Dziś płacimy za to cenę.

Nieodpowiedzialne elity

Państwo to z jednej strony instytucje, z drugiej: ludzie. Z elitą polityczną na czele, odpowiedzialną za pierwszy wymiar i za bieżące decyzje kierownicze. Ich zachowanie to drugie główne podobieństwo dwóch katastrof. Rządząca dziesięć lat temu PO przyczyniła się zasadniczo do katastrofy smoleńskiej, zaniedbując państwo, dając się rozegrać prezydentowi Rosji, rozdzielając wizyty i obniżając rangę lotu prezydenckiego. Po tragedii postawiła na kłamstwo i negację: w sprawie rzekomego błędu pilotów, w kwestii wyjaśniania przyczyn, wobec rodzącego się mitu. W imię bieżącej kalkulacji politycznej spróbowała zamieść katastrofę pod dywan. Na krótką metę jej się to udało, czego miarą był wygrany trójskok wyborczy 2010-11, na dłuższą – nie.

Wszystkie główne elementy dziś się powtarzają, tym razem w wykonaniu Zjednoczonej Prawicy. Do niezależnego czynnika globalnej pandemii obecny obóz władzy również dołożył zaniedbanie znanych – i tragicznie podkreślonych w Smoleńsku – problemów państwa. Podobnie jak poprzednicy sprzed dekady, przyczynił się do tragedii swoją dramatycznie błędną polityką, dobrze podsumowaną ostatnio przez prof. Rafała Matyję w eseju „Państwo w epoce COVID”. Stając w obliczu poważnego kryzysu, również zdawał się nie rozważać nawet opcji powiedzenia własnemu narodowi prawdy o wielowymiarowości problemu oraz własnych ograniczeniach i na niej budowania strategii antykryzysowej, na co stać przecież było przywódców tak różnych jak premier Singapuru czy kanclerz Niemiec, lecz – postawił na dezinformację. Buńczuczne zawołania o wirusie w odwrocie jako żywo przypominały słowa Bronisława Komorowskiego o „zdanym egzaminie”. Podobnie zresztą jak wezwania do narodowej zgody akompaniujące stawiającej na podział i konflikt polityce. A gdy premier Morawiecki ponawiał w ostatniej dekadzie listopada narracyjną ofensywę mówiąc o kolejnych sukcesach i stabilizacji, Polska wysuwała się na pozycję jednego z europejskich liderów pod względem nadliczbowych zgonów na milion mieszkańców.

I tym razem strategia dezinformacji okazała się krótkofalowo skuteczna: partia władzy utrzymała popularność, wygrała wybory. Z czasem staje się to jednak coraz trudniejsze.

Smoleńsk długo zajmował publiczną uwagę, rozpalając wielkie emocje, ale jakość państwa i elity państwowej jako takiej pełniły w tych dyskusjach niewielką i malejącą z czasem do marginalnych rozmiarów rolę

Polak i po szkodzie głupi?

Trzecim podobieństwem jest nieobecność dwóch pierwszych, najbardziej fundamentalnych aspektów bieżącej rzeczywistości w debacie. Smoleńsk długo zajmował publiczną uwagę, rozpalając wielkie emocje, ale jakość państwa i elity państwowej jako takiej pełniły w tych dyskusjach niewielką i malejącą z czasem do marginalnych rozmiarów rolę. Podobnie tym razem. Rozmowa o najważniejszych wymiarach życia publicznego: jakości instytucji i elit – nie wydaje się interesująca dla opiniotwórców, nie rozpala też oddolnie obywatelskiej wyobraźni. To już nie tylko przesłonięcie strategii przez taktykę i przyszłości przez teraźniejszość: to równoległa rzeczywistość, w której pozór pilności zakrywa istotę rzeczy. Rozwoju tego zjawiska w dłuższym okresie tym razem jeszcze oczywiście nie znamy.

To prowadzi do pytania o możliwość czwartego podobieństwa. Z tragedii smoleńskiej niczego się jako wspólnota nie nauczyliśmy. Niczego nie nauczyła się PO, niczego nie nauczył się też PiS, czego dobrym symbolicznym podsumowaniem był artykuł Zbigniewa Parafianowicza o „tupolewizmie na pokładzie embraera” w ponad sześć lat po katastrofie. Gdyby było inaczej, dziś polska polityka musiałaby wyglądać inaczej a przebieg tragedii pandemicznej byłby znacznie łagodniejszy.

Czy i pod tym względem będzie tak samo? Wszystko w naszych rękach. Patrząc na dotychczasowy przebieg debaty o kryzysie pandemicznym, jesteśmy na drodze do powtórki.

 

 

prezes i założyciel „Nowej Konfederacji”. Politolog zaangażowany, publicysta i eseista, organizator. Absolwent UMCS i studiów doktoranckich na UKSW. Pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywał w Polskim Radiu i, zwłaszcza, w „Rzeczpospolitej” Pawła Lisickiego, później był wicenaczelnym portalu Fronda.pl i redaktorem kwartalnika „Fronda”. Następnie założył i w latach 2010–2013 kierował kwartalnikiem „Rzeczy Wspólne”. W okresie 2015-17 współtwórca i szef think tanku Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Publikował też m.in. w „Gazecie Polskiej”, "Gazecie Wyborczej", „Gościu Niedzielnym”, "Dzienniku Gazecie Prawnej", "Arcanach", „Polsce The Times”, „Super Expressie”, "Fakcie". Autor książki "Między wielkością a zanikiem. Rzecz o Polsce w XXI wieku". Pochodzi z Lublina, mieszka w Warszawie.

Komentarze

2 odpowiedzi na “Tupolewizm w walce z zarazą”

  1. Robert Juszczak pisze:

    Każde społeczeństwo ma swoją specyfikę wynikającą z wielu aspektów. Zaryzykuję tezę, że właściwym kierunkiem dla rozwoju naszego kraju jest tworzenie mechanizmów wspierających indywidualne sukcesy, wokół których następowałby lokalny rozwój. Statystycznie (chyba) mamy w Polsce 1% utalentowanych, czyli ponad 300.000 osób, gdyby wokół każdej było 10 ponadprzeciętnych satelitów to już 3 miliony, czyli 10% narodu. Nasza specyfika sprzyja równoległym niezależnym, a nie szeregowym zależnym projektom. Obstawiam, że nasze DNA buntuje się przeciwko “narzucaniu” czegokolwiek, bo jesteśmy mistrzami indywidualnego kombinowania (nawet członkowie rządu nie potrafią inaczej). Możemy czekać pokolenia na zmianę narodowego DNA, albo właściwie ukierunkować “dar kombinowania”, poprzez wzmacnianie jednostek, samorządów, rywalizacji, konkurencji, etc. oraz likwidację wszelkich przywilejów za samą przynależność do jakiejkolwiek organizacji, etc. Wszelkie uprzywilejowane organizacje są wrogiem ponadprzeciętnych, służą miernotom bo umożliwiają im schowanie się pod parasolem ochronnym “klubu”. Zaryzykuję, że systemowe wsparcie indywidualnych talentów to droga rozwoju dla Polski. Silni milionem silnych obywateli, a nie czekający na przywódców kraju od Boga nadanych. Ten milion wybitnych, to milion odpowiedzialnych za resztę społeczeństwa, garstka ministrów jest puchem marnym przy sile miliona. Poza tym silna wewnętrznie jednostka jest niezniszczalna, pokona wszelkie przeciwności losu, bo musi przetrwać. Rządy odchodzą i przychodzą. Polska powinna wypracować równolegle modele (nie jeden model!) zarządzania milionem pozytywnie “kombinujących” talentów. To naturalna droga rozwoju naszych obywateli, naszego kraju, nie jesteśmy, ani nie będziemy zachodem czy wschodem, jesteśmy zwyczajnie środkiem Europy i … kombinujemy. Należy to zacząć robić natychmiast w sposób spontaniczny na wielu płaszczyznach w każdej dziedzinie życia, poprzez uruchomienie wielu równoległych modeli wspierających pozytywne kombinowane, by na końcu pozostawić trzy współistniejące i rywalizujące modele. Monopole czy inna forma nadmiernej koncentracji to zawsze katastrofa odłożona w czasie. Błędem jest myślenie, że stworzymy silną Rzeczpospolitą odrzucając własną siłę “kombinatorstwa”, czyli kreatywności, wychodzenia poza schematy, etc. Przestańmy szukać rozwiązań na zachodzie, dość porównywania się z innymi krajami, poprzez to powstają piękne intelektualnie lecz fałszywe narracje, że recepta leży w USA, w UE, czy gdziekolwiek indziej, czy poprzez zrobienie tego czy tamtego. Nie ma wzoru do naśladowania na zewnątrz, nie ma żadnego wzoru także wewnątrz, jest tylko i aż nasza narodowa indywidualna umiejętność radzenia sobie z przeciwnościami losu. Czas najwyższy by zacząć ją wspierać i rozwijać w szerszym kontekście dla rozwoju kraju, to nasza unikalna siła, należy także tępić bezmyślną adaptację obcych nam zachowań i zwyczajów z innych stron. Czym innym jest minimalistyczna adaptacja do norm EU i lawirowanie na granicy, biorąc to co dla nas najlepsze, a czym innym ślepa implementacja wszystkiego co z EU, branie wszystkiego w ciemno, bo z EU. Stwórzmy warunki dla chaosu kontrolowanego, w którym rozkwitnie nasze indywidualne kombinatorstwo, przy okazji ukierunkowane na rozwój naszego kraju, nigdy kosztem jednostki. Kto wie czy to nie jedyny sposób by szczęśliwie przetrwać pranie mózgów oraz zawirowania społeczne i gospodarcze, których doświadczamy w ciągle i dynamicznie zmieniającym się świecie. “Polak potrafi” oraz “kombinowanie” należy systemowo wspierać w kierunku pozytywnym odchodząc od pejoratywnego podejścia, eksperymentowanie i kreatywność w swoją naturę mają wpisane błędy, nie myli się ten co nie robi nic, jednakże instynktownie czujemy, że to bardziej nasza narodowa życiowa zaradność i powód do dumy, niż ułomność co słyszymy od myślących inaczej.

    P.S. Największa kastracja indywidualnych talentów Polaków ma miejsce w zerówce i/lub w pierwszej klasie szkoły podstawowej.

  2. sonifled pisze:

    Czy mógłby Pan, Panie Robercie, bardziej sprecyzować ten system?
    Gdyż na podstawie powyższego opisu stwierdzam, że to obraz nieco odlegleszych dziesięciu procentów społeczeństwa Rzeczypospolitej – tworzącej demokrację szlachecką.
    A muszę przypomnieć, że idea ta została brutalnie zweryfikowana przez kraje ościenne…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz