Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

To nie koniec Platformy – to koniec epoki

Kilka momentów ostatniej kampanii wyborczej mówi o polityce więcej niż drobiazgowe analizy szczegółów. Oprócz faktu, że wybory wygrał Andrzej Duda, ważne są trzy liczby i trzy obrazy

Kilka momentów ostatniej kampanii wyborczej mówi o polityce więcej niż drobiazgowe analizy szczegółów. Oprócz faktu, że wybory wygrał Andrzej Duda, ważne są trzy liczby i trzy obrazy

Te liczby to wyniki Dudy, Komorowskiego i Kukiza w pierwszej turze (5,2 miliona; 5 milionów; 3,1 miliona). Obrazy to atak Kukiza na TVN w wieczór 10 maja, odstawienie przez Komorowskiego chorągiewki PO, nieobecność Jarosława Kaczyńskiego na wieczorze wyborczym Dudy.

Szczegóły są dobre w czasach stabilizacji, gdy nic nie dzieje się „z dnia na dzień”. Przez osiem ostatnich lat warto było je destylować. Fragmenty „taśm prawdy”, wyniki sejmowych głosowań dowodzące istnienia frakcji konserwatywnej. Niektórzy popadli nawet w obłęd, badając „strategię polityczną” posła Godsona i ekstrawagancje jego kolegi Kłopotka, analizując każdy wyborczy klip, każdy tweet Grasia.

10 maja szczegóły straciły na znaczeniu. Do tego stopnia, że prezydent Komorowski w ciągu dwóch tygodni dzielących pierwszą i drugą turę przejawił więcej politycznej inicjatywy niż we wcześniejszych pięciu latach. Ten aktywizm okazał się zaraźliwy dla Pani Premier, która zapowiedziała ustrojową rewolucję i nowy program partii. Szczegóły straciły na znaczeniu do tego stopnia, że przenikliwi komentatorzy nie zauważyli nawet gładkiego przejścia od hasła JOW do idei ordynacji mieszanej, jakiego dokonywali politycy PO. Kto by się tym przejmował w chwili, gdy stawką jest załamanie się istniejących porządków.

Obrazy

Tej stawki nie wyznaczyła kampania Dudy ani twarda opozycyjność PiS, głoszącego potrzebę wyciągnięcia państwa z upadku, w jaki stoczyło się pod rządami PO. Wyznaczył ją bezceremonialny atak Kukiza na TVN, najlepsze i najciekawsze przemówienie wyborczego wieczoru 10 maja. To ono, jak sądzę, a nie głosy wyborców Kukiza, wywołało ripostę Adama Michnika, który tym razem zachował się cokolwiek bezrefleksyjnie i samobójczo. Kukiz chciał powiedzieć, że gra nie toczy się o ordynację wyborczą ani o to, kto będzie prezydentem, ale o to, jak będzie wyglądać życie publiczne Polaków w najbliższych latach. To Kukiz – a nie Duda czy Komorowski – określił stawkę drugiej tury.

Atak Kukiza bardziej niż wszystko co powiedział w kampanii Andrzej Duda nadał wyborom posmak antyestablishmentowego buntu. „Mamy dość i możemy wreszcie powiedzieć to w dotkliwy dla was sposób” – taka była treść kartek, na których zaznaczono krzyżyk przy nazwisku nowego lidera sprzeciwu. Przemówienie Kukiza sprawiło, że druga tura dotyczyła już tylko wyboru między zmianą a kontynuacją. Duda pasował do tego scenariusza bardziej niż inni politycy PiS – wiekiem, sposobem mówienia, zachowaniem tak bardzo różnym od adwersarza. Świetnie podkreślili to autorzy kampanii, organizując jej ostatnie 24 godziny jako manifestację fizycznej siły kandydata i jego dobrego kontaktu z różnymi grupami polskiego społeczeństwa.

Jednak najważniejszym gestem, który wykonał w kampanii Duda, było postawienie chorągiewki PO na blacie Bronisława Komorowskiego. Gestem wielokrotnie wzmocnionym przez samego prezydenta, który pozbył się jej jak gorącego kartofla. To lepiej niż szczegółowe analizy pokazało relację między partią a kandydatem. Komorowski uznał – nie wiadomo, jak dawno – że logo Platformy nie ułatwi mu wygranej. Uznał sondażowe poparcie za „własne” i niezwiązane z aparatem politycznym, któremu zawdzięczał zwycięstwo pięć lat temu. Popełnił dziesiątki medialnych błędów, ale najbardziej niezrozumiałym pozostanie ten polityczny – myślenie o własnej partii jako o przynoszącym wstyd krewnym, którego należy się wyprzeć przed publicznością.

„Mamy dość i możemy wreszcie powiedzieć to w dotkliwy dla was sposób” – taka była treść kartek, na których zaznaczono krzyżyk przy nazwisku Kukiza

To, że Platformy nie było w tej kampanii, nie było jednak wyłącznie „zasługą” kandydata. Możliwe, że jako maszyny politycznej zdolnej do czegokolwiek nie było jej od kilku miesięcy. To, co robił z nią Tusk przez minione lata, pozbawiło ją organizacyjnej podmiotowości. Działała, gdy on chciał. Gdy nie chciał – była pasywna i potulna. Była kolejką do sklepu z konfiturami, z listą kolejkową układaną przez lidera, dwór, lokalnych baronów. By przekształcić ją w zdolną do prowadzenia wojny wyborczej machinę, trzeba było nie lada siły. Tuskowi się to udawało.

Tym razem nawet tego nie spróbowano, nikt nie dał sygnału do mobilizacji. Ani Ewa Kopacz, ani lider żadnej z legendarnych frakcji. Platformę zlekceważył nadmiernie pewny siebie Komorowski. Oddając chorągiewkę Monice Olejnik, zakwestionował nie tylko swoje związki z PO, ale prawomocną pozycję całego obozu władzy, którego był zaledwie elementem.

Trzeci ważny obraz to nieobecność Jarosława Kaczyńskiego na triumfalnym wieczorze wyborczym Dudy. Nieobecność przemyślana, wzmacniająca politycznie zwycięskiego kandydata. Do wyborów parlamentarnych Kaczyński nie zrobi świadomie niczego, co osłabi pozycję Andrzeja Dudy, bo nie jest politykiem, który „obstawia” jedynie najkorzystniejszy dla siebie scenariusz. Wie, że jesienią może wygrać koalicja antypisowska. Wie, że kryzys w Platformie – nie wiadomo jeszcze jak poważny – może prowadzić do bardzo dobrego wyniku list Kukiza. Nie istnieje zatem powód, by ograniczać sobie pole manewru i osłabiać najsilniejszego dziś i jedynego sojusznika w strukturach państwa.

Komentatorzy polityczni nad wyraz chętnie posługują się partyjnymi etykietkami „PiS”, „PO” czy „SLD”, a ci subtelniejsi mówią o walce toczącej się wewnątrz. Mam wrażenie, że można równie prawdziwie opisywać politykę polską jako walkę kilku silnych ośrodków, w których partie mogą być zarówno traktowane jako zasób, jak i pole gry. W tym sensie Miller odegrał się na Kwaśniewskim, przejmując SLD, a Tusk zablokował Kaczyńskiego skutecznie, wprowadzając Komorowskiego na fotel prezydenta. Zablokował też możliwość frondy we własnej partii, skazując na wewnętrzną emigrację Schetynę.

W tym sensie – Kaczyński wygrał walkę o przetrwanie i reputację. Wygrał z tymi, z którymi przez lata walczył: z Tuskiem i Millerem. Trudno dziś na scenie dostrzec poważnego rywala. Nie jest nim i nie był Komorowski, nie jest nim Ewa Kopacz. Nie wydaje się, by rolę taką mógł wziąć na siebie – mimo wszystko – Kukiz. Przeciwko Kaczyńskiemu skutecznie może wystąpić tylko jakaś nieźle zorganizowana ponadpartyjna spółdzielnia. Kaczyński mógł sobie 24 maja pozwolić na nieobecność. Był jedynym z głównych graczy ostatniego ćwierćwiecza, który tego dnia wygrał. Nawet jeżeli nie wygra wyborów jesienią, nie zejdzie ze sceny jako pokonany, wiecznie przegrywający polityk.

Liczby

Powyborczą sytuację ukształtowały trzy obrazy. Stawkę jesiennych wyborów wyznaczają trzy wspomniane na wstępie liczby. Platforma myli się, mówiąc o ośmiu milionach zwolenników. W rzetelnych rachunkach liczą się głosy oddane w pierwszej turze wyborów prezydenckich. A i to nie wszystkie. Bo na Komorowskiego głosowało zapewne wielu wyborców SLD i PSL, wiedzących dobrze, że kandydaci ich partii nie są „do końca serio”. Ale te 5 milionów wyborców Bronisława Komorowskiego to tylko o 600 tys. mniej od wyniku, z jakim Platforma wygrywała wybory w 2011 roku. Myślę, że wielu polityków tej formacji chętnie zgodziłoby się na taki wynik jesienią. Zwłaszcza jeżeli możliwe byłoby zawarcie rządzącej koalicji z SLD, PSL lub innymi podmiotami zdolnymi przekroczyć pięcioprocentowy próg.

Problem nie ma jednak charakteru technicznego czy marketingowego, ale polityczny. Partia znajduje się bowiem w fazie dekompozycji, której nikt z jej wnętrza nie potrafi nawet nazwać. Projekt reform ustrojowych zaproponowanych przez Panią Premier jest arytmetycznym policzkiem wymierzonym jej własnemu zapleczu. Gdyby kiedyś się udał, to 260-osobowy klub posłów i senatorów nawet przy powtórzeniu sukcesu z 2011 roku musiałby zadowolić się najwyżej 100 fotelami w izbie niższej. A gdyby sukcesu – z dziwnych zapewne dla autorki pomysłu przyczyn – powtórzyć się nie udało, mogłoby to oznaczać redukcję do poziomu 30 procent dzisiejszego stanu kadrowego. Oczywiście, powie ktoś, to tylko obietnice, które pozostaną zawsze nierealne.

Przeciwko Kaczyńskiemu skutecznie może dziś wystąpić tylko jakaś nieźle zorganizowana ponadpartyjna spółdzielnia

Może tak, ale pokazują one właśnie utratę elementarnego wyczucia realiów. Model polityczny wypracowany po 2007 roku przez Tuska i Schetynę polega na sterowaniu kolejką do sklepu z konfiturami i surfowaniu na falach społecznych emocji, a nie na reprezentowaniu tych emocji wobec kolegów z kolejki. Tymczasem Bronisław Komorowski dzień po pierwszej turze postanowił reprezentować te społeczne emocje wobec kolegów z kolejki, atakując partie polityczne, w tym PO. Nieco ponad dwa tygodnie później poszła w jego ślady Ewa Kopacz, zapowiadając radykalne zmiany ustrojowe. Nawet jeżeli ktoś w PO sądzi jeszcze, że ten wątpliwej jakości makiawelizm pozwoli na utrzymanie sondażowego poparcia i bezpieczne dojechanie do wyborów – to szybko przekona się, że zabiegi te są równie skuteczne, co nerwowa aktywność Komorowskiego między pierwszą a drugą rundą. A wtedy proces dekompozycji Platformy ulegnie przyspieszeniu.

W walce o pięć milionów głosów PO ma tylko jedno wyjście – popularne na Zachodzie, a u nas lekceważone. Tym wyjściem jest spektakularna wymiana kierownictwa. Manewr, na który zdobyło się spadające w sondażach poniżej 5 procent SLD, wybierając na szefa Olejniczaka. Polityka wizerunkowo innego od rządzącej w latach 2001–2005 ekipy. Dziś jednak PO jest partią zadającą sobie pytanie „co jeszcze musimy zrobić, żeby nie zmieniać personalnego status quo”? SLD stawiało je sobie przez kilkanaście miesięcy, od wiosny 2004 roku do wiosny roku 2005. Ale wybory wypadały jesienią 2005 roku. PO tego czasu nie ma.

Drugie istotne pięć milionów – to głosy oddane w pierwszej turze na Andrzeja Dudę. PiS jako zwycięzca wyborów będzie miał większą szansę na ich utrzymanie, a może nawet poszerzenie wpływów, niż PO. Będą postrzegani jako naturalny pretendent do objęcia władzy jesienią. Zarazem jednak: to, co dawało dodatkowe głosy SLD w 2001 r. czy AWS w 1997 r., PO dwukrotnie w 2007 r. i 2011 r., a nawet PiS-owi w 2005 r., nie musi zadziałać w przypadku partii Jarosława Kaczyńskiego w 2015 r.

W walce o utrzymanie poparcia PO ma tylko jedno wyjście: spektakularną wymianę kierownictwa

Po pierwsze dlatego, że znacząca część elit społecznych, środowisk medialnych i opiniotwórczych nie żywi żadnych nadziei na dogadanie się z PiS-em. Jest świadoma, że ostentacja, z jaką krytykowała partię bądź co bądź opozycyjną, nie ma precedensu w historii III Rzeczpospolitej. Słowa przesady, zapamiętałość w krytyce opozycji i lekceważenie błędów rządzących ustawiły część tych środowisk w sytuacji klienta obozu władzy, niezdolnego do zmiany stanowiska nawet w obliczu zmiany społecznych nastrojów. Postawę tych grup widać było w reakcji na wyniki pierwszej i drugiej tury wyborów. Przedmiotem ich złości nie był tym razem PiS. Nawet nie elektorat Andrzeja Dudy, ale ci, którzy ośmielili się głosować na Pawła Kukiza.

Drugi powód jest nie mniej istotny. Prawo i Sprawiedliwość nie będzie w stanie także zadowolić całego elektoratu zmiany. Zwłaszcza jeżeli symbolicznym hasłem tych wyborców staną się JOW, a kampania wokół referendum 6 września wytyczy istotny podział polityczny. PiS może w tej walce utrzymać większość z pięciu milionów wyborców Dudy, a mimo to nie wygrać wyborów. Wystarczy, że Kukiz przejmie odpowiednio dużo wyborców Komorowskiego, straszonych przez media widmem rządów PiS, a zarazem dostrzegających proces rozkładu samej Platformy. Wiele zależy od tego, jak zachowa się w najbliższych tygodniach. Czy do wizerunku nonkonformisty w walce z establishmentem doda zdolność dobierania ludzi, którzy będą równoważyć jego indywidualizm.

Jeżeli Kukiz połączy ogień z wodą i do spektakularnej akcji antyestablishmentowej, której osią będzie hasło JOW, doda pewien stopień odpowiedzialności w wystąpieniach na temat polityki gospodarczej, relacji z Unią i potwierdzi go, wskazując kilka osób, które mogą w imieniu jego ruchu pełnić poważne funkcje państwowe – może poważnie pomieszać szyki obu partii.

Przeciwko niemu działa fakt, że realia tworzenia partii różnią się w sposób istotny od tworzenia aparatu wyborczego w wyborach prezydenckich. Po to, by nie powtórzyć losu Palikota, trzeba mieć przynajmniej kilkudziesięciu rozsądnych kandydatów na „jedynki” i niektóre „dwójki” oraz kilku takich, którzy pomogą w prowadzeniu klubu. A w sprzyjających okolicznościach także rządzącej koalicji. Czy Kukiz ma takich ludzi ? Tego nie wiemy. Samorządowcy, zwłaszcza prezydenci i burmistrzowie, rzadko kiedy chcą rezygnować z realnej, sprawowanej jednoosobowo władzy w znanym im dobrze terenie na rzecz niepewnych karier „centralnych”. Z prześwietlającymi zbyt dokładnie warszawskimi tabloidami, z koniecznością występowania w telewizji, poznawania setek nowych wpływowych graczy, o których – inaczej niż we własnym mieście – tak naprawdę niewiele wiadomo.

Gra podjęta przez Kukiza wiąże się zatem z ryzykiem uzależnienia się od niewłaściwych ludzi – zarówno we własnej „drużynie”, jak i wśród tych, którzy chętnie okażą bezinteresowną pomoc na starcie. To ta dość okrutna „gra w partię” nauczyła Tuska i Kaczyńskiego skrajnej nieufności i twardego odbierania podmiotowości każdemu nadmiernie silnemu lub choćby tylko obiecującemu ośrodkowi politycznemu wewnątrz. Szybki sukces oszałamia, ale bardzo trudno go zagospodarować. Jeżeli ma się jakieś KLD, jakiś „zakon PC”, długie doświadczenie zbudowane przez kolejne polityczne porażki – można taką nową partię okiełznać.

Przyszłość w rękach Kukiza

Kukiz, utrzymując trzymilionowe poparcie będzie sejmowym języczkiem u wagi. Decydującym o tym, z kim zawrzeć większościową koalicję. Ale w tej grze obóz władzy dał Kukizowi kilka dodatkowych szans, pozwalających na wyjście poza te trzy miliony. Referendum 6 września jest najważniejszą z nich. Brak zmian personalnych, nerwowe zgłaszanie projektów ustrojowych, medialne ataki sojuszników obozu władzy na wyborców Kukiza tworzą z kolei zbiór okazji, których od 10 lat nie miał żaden nowy podmiot na scenie politycznej. By je wykorzystać, Kukiz musiałby się okazać nie lada politycznym talentem.

Paradoksalnie zatem od dwóch rywalizujących od kilkunastu lat partii zależy dziś znacznie mniej niż od politycznych zdolności (lub ich braku) nowego, na razie nieposiadającego za sobą zorganizowanej siły lidera.

Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, politolog, wykładowca Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”. Ostatnio opublikował książkę "Rywalizacja polityczna w Polsce" (2013)

Komentarze

Jedna odpowiedź do “To nie koniec Platformy – to koniec epoki”

  1. MCH pisze:

    Co do szczegółów – zgoda, co do ogólnego nazwania spraw – pewna korekta.
    Mamy do czynienia raczej z zapowiedzią końca epoki niż samym końcem. Gdyby szukać odniesień do niedawnej historii Polski, szukałbym ich pod koniec czasów Gierka. Ale i to byłoby trochę naciągane, bo obok wielu innych różnic jest i ta, że teraz mamy otwarte granice. Termodynamiki garnka z pokrywką i garnka bez niej są zupełnie odmienne.
    Poza tym, na razie nie bardzo wiadomo, kim okaże się w polityce Duda, a tym bardziej Kukiz. Pierwszy pozostaje zresztą wewnętrzsystemowy, a drugi jest antysystemowy powierzchownie, a może i pozornie. Chyba wciąż najważniejsi są starzy gracze, i tu rzeczywiście na czoło wychodzi Kaczyński.
    Ale w jakim kierunku to pójdzie, tego chyba naprawdę nie wiadomo. Jeszcze pół roku temu bardzo prawdopodobny wydawał się dla Platformy scenariusz długiego trwania, coś jak meksykańskiej Partii Instytucjonalno-Rewolucyjnej. Teraz wydaje się niemożliwy. A przesądziło o tym raptem kilkaset tysięcy głosów, które odpędził od siebie Komorowski – rzeczywiście, przy wydatnej pomocy Kukiza.
    Ten system jest wciąż bardzo wrażliwy na zaburzenia i nieprzewidywalny. Proszę sobie wyobrazić, jak mało prawdopodobna byłaby nominacja i zwycięstwo Dudy, gdyby Kaczyński mocno zaniemógł jesienią zeszłego roku. I jak wielką czyniłoby to różnicę teraz, także w wypadku wygranej PIS w najbliższych wyborach. Albo jak wiele mogłaby zmienić publikacja – zapewne przez Amerykanów – jakichś nagrań czy obrazów związanych ze Smoleńskiem. Albo podejście wojny pod naszą granicę. Albo reset monetarny w Europie. Albo światowy reset zadłużenia…
    Ale rzeczywiście, koniec epoki już chyba widać, tyle że jeszcze na horyzoncie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz