fbpx
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Tajwan – najwyższa stawka. Jak Stany zbliżyły się do Chin i oddaliły od nich

„Nowa zimna wojna” będzie inna od poprzedniej. Chiny i USA to naczynia mocno gospodarczo i handlowo połączone, w przeciwieństwie do Stanów i ZSRR. Kiedy i dlaczego obecni rywale się do siebie zbliżyli?

 

Niemal na każdym kroku widać, również u nas, że świat nam się zmienił, a dotychczasowa siła hegemoniczna, czyli – od ponad dwóch stuleci – Zachód, rozumiany przede wszystkim jako Europa Zachodnia i USA, nie jest już jedynym i najważniejszym graczem na światowej scenie. Coraz bardziej odczuwamy, chociaż nie u nas, tektoniczną zmianę, czyli przesuwanie się ośrodka siły z Atlantyku na Pacyfik, a wraz z tym narastającą rywalizację dotychczasowej wszechmocnej potęgi, czyli Stanów Zjednoczonych Ameryki z szybko – dotychczas – rosnącym pretendentem i rywalem, czyli Chińską Republiką Ludową. Oba te procesy nie są dla nas tu w Europie zbyt przyjemne, bowiem przesuwają centrum uwagi w inny region świata, a nas, jeśli nie będziemy uważni i zapobiegliwi, mogą skazać na peryferyzację, a nawet margines. 

Jedno jest pewne: nie będzie już dalej takiej Europy, jaką znamy, czyli mocarnej i wielkomocarstwowej, a wielkim znakiem zapytania jest to, czy w ogóle zostaniemy w tej grze, która po rosyjskiej agresji na Ukrainę coraz bardziej przybiera znamiona nowej zimnej wojny. Znowu mamy rywalizację Wschodu i Zachodu, tylko z innym głównym rozgrywającym po stronie wschodniej, gdzie Moskwę zastąpił Pekin. A nowa Wielka Gra toczy się już na dwóch frontach – na terenie Ukrainy oraz na Morzu Południowochińskim i wokół Tajwanu. Do nich wypadałoby dodać jeszcze narastającą walkę o wpływy na światowym Południu, a przede wszystkim konkurencję w kosmosie i o wysokie technologie. To jest treść wyłaniającej się „nowej zimnej wojny”, której forma też będzie inna od poprzedniej, bo tym razem ścierają się naczynia dotychczas mocno gospodarczo i handlowo połączone, czego nie można było powiedzieć o byłym Związku Sowieckim i USA. 

Ameryka stawia na Chiny 

By nie sięgać zbyt daleko wstecz – wiadomo, kiedy i dlaczego obecni rywale się do siebie zbliżyli. Trzeba zacząć od pamiętnych wizyt Henry’ego Kissingera, a potem prezydenta Richarda Nixona w całkowicie wówczas zamkniętych, autarkicznych i izolowanych, ale za to „rewolucyjnych” Chinach. Nie ma wątpliwości – i raczej nie było ich od samego początku – o co wówczas chodziło. Nie zważając na wszelkie różnice i ideologiczną odmienność połączono siły w jednym „zbożnym” celu: osłabić, a nawet zniszczyć Związek Sowiecki. 

Silne lobby protajwańskie ostro zarzucało Brzezińskiemu i całej ówczesnej administracji, iż „sprzedała sojusznika”  

Jak pisze wnikliwy biograf Kissingera, Walter Isaacson: „Ich wspólny interes opierał się głównie na niechęci do ZSRR”. W tym celu odwrócono sojusze i stworzono „strategiczny trójkąt”: USA – Chiny – Związek Sowiecki z zawartą w nim prostą logiką: dwóch na jednego. Kissinger był dokonaną zmianą tak zaskoczony, że natychmiast po otrzymaniu zaproszenia i jeszcze przed udaniem się do Pekinu oświadczył: „To najważniejsza wiadomość dla amerykańskiego prezydenta od zakończenia drugiej wojny światowej”. A po latach pisał w ważnym tomie „O Chinach”: „Otwarcie się na Chiny dało szansę rozwinięcia współpracy tam, gdzie interesy były zbieżne, i zatarcia różnic tam, gdzie istniały. W okresie zbliżenia się Chin ze Stanami Zjednoczonymi groźba sowieckiej napaści stała się siłą napędową procesu”. 

Ta ostatnia była na tyle silna, że USA poświęciły na tym ołtarzu dotychczasowego sojusznika, czyli Tajwan, który po pozbawianiu go amerykańskiego parasola szybko stracił dotychczasową reprezentację Chin w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Także w świetle tego, co dzieje się obecnie, warto oddać głos Kissingerowi raz jeszcze, gdy pisze: „Biorąc pod uwagę zbrojne starcia poprzednich piętnastu lat, znaczące było to, że Tajwan wymieniono jako  j e d y n ą (podkr. H. K.) kwestię dzielącą Chiny i Stany Zjednoczone – innymi słowy, Wietnam nie stał na drodze do pojednania”. Jednakże senior amerykańskiej dyplomacji w innym miejscu dodaje, po swoich osobistych rozmowach z Mao Zedongiem, który odsunął „kwestię Tajwanu” do rozwiązania przyszłym pokoleniom: „Nie wolno jednak mylić modus vivendi  z trwałym stanem rzeczy. Żaden chiński przywódca nigdy nie odstąpił od ostatecznego zjednoczenia i nie można oczekiwać, że kiedykolwiek to zrobi”. 

Nie będzie już dalej takiej Europy, jaką znamy, czyli mocarnej i wielkomocarstwowej, a wielkim znakiem zapytania jest to, czy w ogóle zostaniemy w tej grze 

W podobne tony uderzył Zbigniew Brzeziński, który z kolei był siłą sprawczą po stronie amerykańskiej w procesie normalizacji i nawiązania stosunków dyplomatycznych. On z kolei pisał w swych pamiętnikach „Cztery lata w Białym Domu”: „Samo istnienie Związku Radzieckiego było w tym kontekście (relacji z Pekinem – B.G.) jedną z tych okoliczności, o których «myśli się stale, ale nie mówi się nigdy»”. Spoiwo było więc to samo – Związek Sowiecki, ale podstawowy punkt sporny – Tajwan – też. Ten pierwszy czynnik był jednak na tyle istotny, że przed udaniem się Brzezińskiego z kluczową misją do Pekinu w maju 1978 r. został on upoważniony przez prezydenta do przekazania zgody na trzy warunki strony chińskiej w sprawie normalizacji, czyli „zakończenia oficjalnych stosunków z Tajwanem, wycofania z Tajwanu całego personelu wojskowego i wszystkich instalacji militarnych, oraz unieważnienia amerykańsko-tajwańskiego układu obronnego (z 1954 r.)”.  

Usunięcie tych przeszkód – jak widać, wszystkich dotyczących Tajwanu – pozwoliło na normalizację, ale uruchomiło zarazem silne lobby protajwańskie, które ostro zarzucało Brzezińskiemu i całej ówczesnej administracji, że „sprzedała sojusznika”. Efektem było przyjęcie w kwietniu 1979 r. specjalnej Ustawy o stosunkach z Tajwanem (Taiwan Relations Act), a później, z uwagi na ówczesną biedę i relatywną słabość Chin, jak też ich głód amerykańskiej wiedzy i know how, 17 sierpnia 1982 r. przyjęto jeszcze tzw. trzeci komunikat (obok Komunikatu szanghajskiego wieńczącego wizytę Nixona i komunikatu z 15 grudnia 1972 r. o nawiązaniu stosunków dyplomatycznych), który umożliwiał ponowne, ograniczone dostawy amerykańskiego sprzętu wojskowego na wyspę. 

Tak narodził się syndrom, później nazwany i nazywany dziś „strategiczną ambiwalencją”: Waszyngton oficjalnie współpracował i robił interesy z Pekinem, a nieoficjalnie podtrzymywał stosunki z Tajpej. Te „trzy komunikaty” stanowiły instytucjonalną i formalnoprawną podstawę relacji dwustronnych i poniekąd pozostają takimi do dziś, chociaż już coraz częściej słychać i widać,  że są podważane, czy to przez stronę amerykańską, czy nawet tajwańską, bo okoliczności ostatnio mocno się zmieniły. Co prowadzi do coraz większej pasji władze w Pekinie.  

Chiny rozczarowane Ameryką i pewne siebie 

Jak zwykle na Zachodzie, gdzie Chin nigdy za bardzo nie rozumiano, a w XIX i XX stuleciu lekceważono za wewnętrzny upadek i osłabienie, nigdzie nie wzięto pod uwagę faktu, że 1 stycznia 1979 r., dokładnie w tym samym dniu, kiedy znormalizowano stosunki z USA, władze w Pekinie wydały – bardzo wówczas nagłośnioną – „Odezwę do współrodaków na Tajwanie”. Była to polityczno-medialna salwa, która miał dowodzić, co jest w oczach Pekinu najważniejsze: zjednoczenie z Tajwanem.  Oczywiście, nie spotkała się z żadnym odzewem w Tajpej, a świat zewnętrzny jej nie dostrzegł, traktując ją jako jeszcze jeden przejaw chińskiej propagandy czy polityki wewnętrznej ChRL.  

Na kolejną „salwę” trzeba było poczekać ponad dekadę. Na początku lat 90. doszło wreszcie, na terenie neutralnym, do bezpośrednich rozmów przedstawicieli Chin i Tajwanu, pierwszych od podziału w 1949 roku. Ostatecznie przyjęto wówczas tzw. konsensus ‘92, na mocy którego – prawdziwie po chińsku – ustalono, że „są jedne Chiny, tylko inaczej traktowane po obu stronach Cieśniny (Tajwańskiej)”. Władzom w Pekinie wystarczyła tylko ta pierwsza część: „Są jedne Chiny”. 

Przyjęto wówczas tzw. konsensus 1992, na mocy którego – prawdziwie po chińsku – ustalono, że „są jedne Chiny, tylko inaczej traktowane po obu stronach Cieśniny (Tajwańskiej)”. Władzom w Pekinie wystarczyła tylko ta pierwsza część: „Są jedne Chiny” 

Te drugie Chiny, formalnie zwane Republiką Chińską na Tajwanie i będące w sensie konstytucyjno-prawnym kontynuacją reżimu Czang Kaj-szeka sprzed 1949 r., od końca 1988 r. zaczęły się demokratyzować. W roku 2000 po raz pierwszy doszła tam do władzy opozycyjna Demokratyczna Partia Postępowa (DPP), odsuwając rządzący dotąd stale i niepodzielnie Kuomintang (KMT). Kiedy jednak DPP i prezydent z jej nadania Chen Shui-bian zaczął negować sens konsensusu ‘92, a nawet mówić o „suwerenności”, Pekin zareagował raz jeszcze i w marcu 2005 r. przyjął specjalną ustawę antysecesyjną, w ramach której zagwarantował sobie możliwość „użycia wszelkich możliwych sił” (w domyśle: z militarnymi włącznie) w celu ewentualnego zastopowania takiego procesu. 

Początkowo nie musiał, bowiem w 2008 r. do władzy powrócił KMT i jak na nazwę – Partii Narodowej – przystało, dumny z zauważalnych już osiągnięć Chin kontynentalnych, natychmiast zgodził się na bezprecedensowe zbliżenie po obu stronach Cieśniny. Zerwano z dotychczasową niemal pełną izolacją i podpisano wówczas ponad 20 ważnych umów dwustronnych w tym kluczową ECFA, tworzącą poniekąd z obu organizmów naczynia połączone w wymiarze gospodarczym i handlowym.  

Kiedy jednak władze KMT chciały pójść jeszcze o krok dalej i przyjąć uzupełniającą do ECFA ustawę dotyczącą znaków firmowych, praw własności, etc. (CSSTA) zbuntowała się – po raz pierwszy od 1949 r. – tajwańska młodzież i wiosną 2014 r. zademonstrowała tzw. ruch słonecznikowy, dowodzący, że mieszkańcy, szczególnie młodzi, wyspy są zadowoleni z demokratycznych zmian i wcale nie chcą zbytniego podporządkowania się Pekinowi czy też pokojowego zjednoczenia forsowanego przez Chiny kontynentalne.  

Wiosną 2014 r. tajwańska młodzież zademonstrowała tzw. ruch słonecznikowy, dowodzący, że mieszkańcy, szczególnie młodzi, wyspy nie chcą zbytniego podporządkowania się Pekinowi 

Uruchomiony wówczas proces w 2016 r. doprowadził DPP ponownie do władzy, przy której zarówno ona, jak i jej przedstawicielka, pani prezydent Tsai Ing-wen pozostają do dziś. Oczywiście, nadal kwestionując, a raczej ignorując konsensus ’92 i całą ideę zbliżenia z Chinami. Poprzedzał to jednak akt strzelisty, albowiem w listopadzie 2005 r. na terenie Singapuru doszło do pierwszego osobistego spotkania „panów” Xi Jinpinga i prezydenta z ramienia KMT, Ma Ying-jeou. To wtedy – co można obejrzeć na YouTube – obaj przez blisko dwie minuty w milczeniu ściskali sobie dłonie. W chińskiej cywilizacji, gdzie wszystko jest symbolem i znakiem, przesłanie było proste: jesteśmy razem. 

Pekin już wcześniej miał jednak jeszcze inne kłopoty, niż tylko poprzez oddalanie się stale nabierającego własnej tożsamości społeczeństwa Tajwanu. Co gorsza, pojawiły się rysy w stosunkach z USA. Pierwsze, wielkie rozczarowanie przyszło podczas pamiętnych wydarzeń na placu Tiananmen wiosną 1989 roku. Z ujawnionych niedawno dokumentów z wizyty specjalnych wysłanników prezydenta George’a Busha seniora do Pekinu tuż po tamtym przelewie krwi wynika, iż Deng Xiaoping, wydając ostateczną zgodę na rozwiązanie siłowe, kierował się przede wszystkim tym, iż podejrzewał stronę amerykańską o to, co się później przyjęło nazywać „kolorowymi rewolucjami”, a więc – ignorując oddolną presję – podejrzewał konspirację, mającą na celu obalenie reżimu spod znaku KPCh.  

A potem, w krótkim odstępie czasowym, przyszły jeszcze dwa wstrząsy, dobrze udokumentowane niedawno w znakomitym studium Rusha Doshiego, odpowiedzialnego w obecnej administracji za sprawy chińskie. Najpierw była to krótkotrwała wojna w Kuwejcie na początku 1990 r. kiedy to Amerykanie zastosowali na placu boju nowoczesne technologie, dowodząc tym samym w władzom i wojskowym chińskim, jak bardzo przestarzały mają sprzęt. Jednakże czynnikiem decydującym był jednak rozpad Związku Sowieckiego, z którym w „erze Gorbaczowa” Pekin ponownie się dość mocno zbliżył. 

Moment przyjęcia ChRL do WTO traktuje się dzisiaj w USA jako kolejny strategiczny błąd, podobnie jak całą „strategię zaangażowania”, forsowaną przez Kissingera i Brzezińskiego 

O tym rozpadzie napisano w Chinach całe biblioteki. Szybko bowiem zrozumiano nową sytuację władz ChRL i ich niebywałe wyzwanie: jak zmienić wszystko, żeby wszystko zostało po staremu, tzn. jak utrzymać władzę, a przy tym nie podzielić losu Gorbaczowa i ZSRR. Skorzystano, nie bez wielkich wewnętrznych oporów, z ogromnego doświadczonego, sędziwego (miał już wtedy 88 lat) Deng Xiaopinga, który – w przeciwieństwie do Borysa Jelcyna i Federacji Rosyjskiej – odrzucił w imieniu Chin dwa pakiety forowane wówczas przez „jedyne supermocarstwo”, USA, a mianowicie: liberalną demokrację (jako nieadekwatną do chińskiej spuścizny cywilizacyjnej) oraz prorynkowy konsensus z Waszyngtonu. W miejsce tego drugiego skorzystano z doświadczeń Singapuru i tzw. wschodnioazjatyckich tygrysów, które wcześniej już skutecznie połączyły rynek z interwencjonizmem państwowym, co nazwano później naukowo „państwem rozwojowym”. Na tej ścieżce, jak wiemy, Chiny odniosły niebywałe sukcesy. 

Ważnym kamieniem milowym na tej drodze było przyjęcie Chin do Światowej Organizacji Handlu (WTO), w tym samym miesiącu, gdy USA wkroczyły z misja ISAF do Afganistanu. Od tej chwili, czyli od grudnia 2001 r., rozpoczął się proces szybkiego dościgania USA przez Chiny i wyrastania przez nie na czołową potęgę gospodarczą i handlową na świecie. Natomiast moment przyjęcia ChRL do WTO traktuje się dzisiaj w USA jako kolejny strategiczny błąd, podobnie jak całą „strategię zaangażowania”, forsowaną przez Kissingera i Brzezińskiego, a forsowaną też po rozpadzie ZSRR przez administracje Clintona i następne, które wówczas przyjęły nową interpretację, i strategię. W odpowiedzi na otwarcie ogromnego i chłonnego chińskiego rynku przez Deng Xiaopinga po 1992 r., władze w Waszyngtonie założyły:  im więcej w Chiny zainwestujemy, tym bardziej się zliberalizują.  

Dzisiaj już widzimy, że z tych planów nic nie wyszło. 

politolog i sinolog, profesor. Dyrektor Centrum Europejskiego UW w latach 2016-2020. Był również ambasadorem Polski na Filipinach, w Tajlandii oraz w dawnej Birmie w latach 2003-2008. Zajmuje się stosunkami międzynarodowymi we współczesnym świecie. Specjalizuje się w tematyce Chin. Bogdan Góralczyk pracował jako profesor wizytujący na zagranicznych uniwersytetach, w tym na terenie Chin i Indii. Autor wielu pozycji poświęconych Państwu Środka, w tym książki "Wielki Renesans. Chińska transformacja i jej konsekwencje" oraz "Nowy Długi Marsz. Chiny w erze Xi Jinpinga"

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz