Newsletter

Spotkanie stronników Merkel

Nieformalny szczyt UE nt. migracji zorganizowany w niespotykanym dotąd trybie to test tego, na ile może sobie pozwolić Angela Merkel w Radzie Europejskiej

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

„Spotkanie stronników Merkel” to moim zdaniem najlepsze określenie na niedzielne spotkanie niektórych przywódców państw UE. Także dlatego, że spotkanie ma mocny związek z konfliktem politycznym w Niemczech.

Spór osobisty i kompetencyjny liderki Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU), Angeli Merkel, z liderem bawarskiej Unii Chrześcijańsko-Społecznej (CSU), Horstem Seehoferem, przeniósł się do salonu europejskiego. To właśnie swoje wpływy w tym salonie zamierza wykorzystać kanclerz Niemiec w rywalizacji z ministrem spraw wewnętrznych swojego rządu.

Wybory do bawarskiego Landtagu, które odbędą się 14 października, mają własną dynamikę. Szczególnie sprawa migracji może mieć duży wpływ na wynik wyborów regionalnych. CSU, która w ostatnich wyborach krajowych uzyskała w swoim rodzimym kraju związkowym wynik o 10 proc. gorszy niż poprzednio, boi się o wzrost popularności antyimigranckiej Alternative fur Deutschland.

O ile prawnie spór między kanclerzem a ministrem w jego rządzie rozstrzygnąć można wewnątrz kraju, to politycznie arbitrem w tej sprawie – paradoksalnie – jest tylko Unia Europejska, dlatego, że minister Seehofer respektuje tylko werdykt unijny. I dlatego Merkel liczy szable w Radzie UE

Seehofer broni więc interesu własnego zaplecza politycznego i działa w logice lokalnej kampanii wyborczej, a ta logika niekoniecznie jest spójna z założeniami rządu federalnego w Berlinie i samej kanclerz Merkel. W tej chwili nie można odesłać z granicy niemieckiej imigrantów, którzy po krótkim pobycie i rejestracji w innym państwie unijnym chcą wjechać na teren państwa. Seehofer jako szef Ministerstwa Spraw Wewnętrznych zamierza to zmienić i zlecić „zawracanie imigrantów na granicy”, co wyraźnie wyklarował w sobotnim wywiadzie dla „Süddeutsche Zeitung”. Wymowa całej rozmowy bawarskiego polityka jest bardzo ofensywna wobec polityki Merkel. „Moje stanowisko jest klarowne: jeśli do czasu szczytu UE (28-29 czerwca) nie będzie żadnego rozporządzenia, zlecę rozpoczęcie zawracania imigrantów na granicy” – zadeklarował Seehofer.

Merkel broni więc z jednej strony własnej twarzy i własnego pomysłu sprzed 3 lat, a z drugiej strony – własnych kompetencji krajowych, zapisanych w ustawie zasadniczej RFN. Ostrzegła CSU, że decyzja w sprawie forsowanego przez nią rozwiązania bez konsultacji z partnerami z UE należy do kompetencji kanclerza.

Abstrahując od tego, czy polityka migracyjna, która – siłą praktyki politycznej – zaczęła być dyskutowana w gremiach międzynarodowych, jest już domeną polityki zagranicznej (jak twierdzi kanclerz Merkel), czy nadal domeną polityki wewnętrznej (jak twierdzi minister Seehofer), skupmy się na aspektach praktycznych tej sytuacji.

O ile prawnie spór między kanclerzem a ministrem w jego rządzie rozstrzygnąć można wewnątrz kraju, to politycznie arbitrem w tej sprawie – paradoksalnie – jest tylko Unia Europejska. Dzieje się tak dlatego, że minister Seehofer respektuje tylko werdykt unijny. I dlatego Merkel liczy szable w Radzie UE.

Dlatego też – w mojej ocenie – tej sytuacji nie opisuje dobrze podział na różne bloki geograficzne w całej Unii. Spór o imigracje już od jakiegoś czasu nie toczy się na linii Europa Środkowa – reszta państw, a na nieformalne spotkanie w niedzielę nie przyjechali nie tylko przywódcy Grupy Wyszehradzkiej, ale także krajów bałtyckich, Portugalii, Rumunii, Cypru Wielkiej Brytanii i Irlandii.

Aspekt polski w tej sprawie ma, jak zazwyczaj, dwie odsłony. Dla rządu wydaje się być to sytuacja dość łatwa. Cała retoryka PiS jest w kontrze do polityki „otwartych drzwi” Angeli Merkel, i zmiana frontu w tej sprawie oznaczałaby rewolucję, na którą nie ma sensu się nastawiać. Warszawa prowadzi własne negocjacje z UE, które biegną innym trybem niż szczyty Rady Europejskiej, bo głównym partnerem rządu jest Komisja Europejska. Natomiast dla Donalda Tuska jest to znacznie ciekawsza rozgrywka. Z jednej strony polski polityk jest uważany za rdzeń stronników Angeli Merkel, ale z drugiej strony „nieformalne szczyty”, których Przewodniczący Rady nie zwołuje ani im nie przewodniczy nie służą jego pozycji osobistej i politycznej. Tusk odważył się już kilka razy na krytyczne słowa względem polityki relokacji migrantów opartej na z góry ustalanych kwotach i to, że Merkel próbuje tę sprawę załatwić niejako „obok” formalnej Rady i „obok” Donalda Tuska jest czymś nowym wewnątrz rodziny Europejskiej Partii Ludowej, do której należą obaj przywódcy.