SKOK-i w tarapatach

W batalii o Kasy nie ma bohaterów i czarnych charakterów. Na ich kłopotach i rozgrywkach politycznych wokół nich tracą ich członkowie - i wszyscy, którzy chcieliby budować polski kapitał

 W batalii o Kasy nie ma bohaterów i czarnych charakterów. Na ich kłopotach i rozgrywkach politycznych wokół nich tracą ich członkowie – i wszyscy, którzy chcieliby budować polski kapitał

– Te 14 mld, te pieniądze 2,5 mln ludzi wracają do systemu bankowego, tam gdzie powinny być – krzyczał w 2013 roku z trybuny sejmowej ówczesny poseł Ruchu Palikota Wincenty Elsner. Trwała debata nad nową ustawą o Spółdzielczych Kasach Oszczędnościowo-Kredytowych. Słowa te mogą napawać grozą. Ugrupowanie posła z Biłgoraja jest dla Platformy Obywatelskiej tym, czym dla Władimira Putina partia Władimira Żyrinowskiego: niby opozycją, ale jak trzeba, opowie się za rządem. I w zwulgaryzowanej formie przekaże to, na czym naprawdę gabinetowi zależy.

Bez precedensu

Od czasów tej dyskusji wiele się zmieniło. Do SKOK-ów należy dziś więcej, bo aż 2,66 mln Polaków, którzy zgromadzili w nich 18,7 mld złotych. Partia Palikota stała się Twoim Ruchem, poseł Elsner przeszedł do SLD, a nowa ustawa zwiększyła wpływ Komisji Nadzoru Finansowego na Kasę Krajową SKOK i umożliwiła bankom komercyjnym przejmowanie kas będących w kiepskiej sytuacji finansowej. Zmieniła się także sytuacja samych kas.

Pod koniec września upadła SKOK Wspólnota. To wydarzenie bez precedensu, bowiem od kiedy w 1992 roku w Polsce odrodził się ruch kas spółdzielczych, nie upadła ani jedna. Wcześniej, w sierpniu, Alior Bank przejął kasę Świętego Jana z Kęt, z kolei w grudniu kasa Kopernik stała się własnością Pekao. Innego rodzaju problemy mieli z kolei członkowie SKOK Wołomin. Jedna z największych kas w Polsce, do której należało 85 tysięcy osób, osiągała, w przeciwieństwie do wielu innych, zyski. Jednak prokuratura widzi ich źródła w praniu brudnych pieniędzy. Pod zarzutem działania na szkodę spółdzielni aresztowano członków jej zarządu.

Trwa informacyjna batalia między Kasami a ich przeciwnikami. W wojnie tej obie strony nie biorą jeńców

Sytuacja staje się jeszcze bardziej złowroga, gdy zdamy sobie sprawę z tego, że w kwietniu 2014 roku brutalnie pobito wiceprzewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego, Wojciecha Kwaśniaka. Zdaniem śledczych pobicie miał zlecić były członek rady nadzorczej Wołominu. KNF nie zatwierdziła także kilkunastu nowych prezesów różnych kas (w tym Krajowej), zarzucając im, że nie gwarantują gospodarnego prowadzenia tych instytucji.

Jakby tego było mało, w bezprecedensowym raporcie „Informacja w sprawie powiązań kapitałowych i personalnych w sektorze spółdzielczych kas oszczędnościowo – kredytowych” KNF wskazuje na to, iż osoby zarządzające kasami (i samą „krajówką”) przynależą jednocześnie do kilku, a nawet kilkunastu spółek powiązanych z systemem, a także z zarejestrowaną w Luksemburgu spółką SKOK Holding – za pomocą której z systemu spółdzielczego miało wyciec ponad 80 mln złotych.

Te dane wystawiają systemowi SKOK bardzo słabą notę. Przedstawiciele kas twierdzą jednak, że są nieprawdziwe. Założyli stronę internetową PrawdaoSKOK.pl, na której chwalą się swoimi sukcesami, a także polemizują z raportem KNF. Ich zdaniem SKOK Holding wcale nie wyprowadzał pieniędzy z kas, a wręcz przeciwnie – udzielił im 100 mln pożyczki. W tym pogmatwaniu połapać może się tylko ktoś, kto ma wgląd w księgi kas. Jedno jest pewne: trwa informacyjna batalia między kasami, a jej przeciwnikami.

Niewypłacalne molochy?

W wojnie tej obie strony nie biorą jeńców. Krytycy kas wytaczają przeciwko nim potężne działa, zarzucając ich kierownictwu niegospodarność – z kolei same kasy starają się przedstawić jako szykanowana mniejszość. Tymczasem zarzuty wobec ich działania są poważne. Aż 42 z 52 wszystkich przeprowadza, bądź ma przeprowadzać programy naprawcze. Zdaniem KNF jedna trzecia kredytów może nie zostać nigdy spłacona. Pod koniec 2012 roku ministerstwo finansów wydało rozporządzenie, które zmieniało sposób obliczania współczynnika wypłacalności dla SKOK-ów. W wyniku tego posunięcia liczne instytucje nagle stały się niewypłacalne. Pytanie tylko: faktycznie, czy na papierze?

– Wymogi nadzorcze względem sektora można liczyć bardzo konserwatywnie, ale to nie odpowiada naturze SKOK-ów, jak i zasadzie współmierności – mówi „Nowej Konfederacji” były wiceminister finansów i współzałożyciel KNF, Cezary Mech. – Są to instytucje z założenia niewielkie, a ich członkami są osoby z założenia należące do jednego środowiska. W takim układzie wzajemna kontrola zmniejsza ryzyka, nawet jeśli na papierze brak wykonania wielu kosztownych analiz – dodaje. Jeśli więc KNF liczy wypłacalność kas w sposób nieodpowiedni do ich istoty, czyni im krzywdę.

Być może tak właśnie jest. Ale trzeba pamiętać o tym, że przeciętna kasa wcale nie jest mała. O ile przed II wojną światową do 3500 kas należało 1,5 mln osób, o tyle dziś do zaledwie kilkudziesięciu należy ponad 2,6 mln. Największy SKOK: Kasa Stefczyka – liczy 900 tys. członków. Trudno wyobrazić sobie, że jej członkowie są połączeni „więzią o charakterze zawodowym lub organizacyjnym” lub należą „do tej samej organizacji społecznej lub zawodowej” – jak wskazuje na to ustawa o SKOK-ach. Ich podmiotowość w ramach spółdzielni też jest raczej iluzoryczna.

W dodatku wcale nie jest pewne, czy istnienie małej kasy gwarantuje jej sprawne funkcjonowanie. Jan Filip Staniłko z Warszawskiego Instytutu Studiów Ekonomicznych uważa, że współcześnie nawet w małych kasach wzajemna kontrola to mrzonka. – Nawet jeśli ludzie się znają, to przecież nie mają możliwości obserwowania np. transakcji dokonywanych internetowo. To ładnie brzmi, ale nie działa – tłumaczy dla „NK” ekspert.

Kapitał nie pracuje

Gdy w XIX wieku powstawały pierwsze tego typu instytucje, miały na celu uratowanie niezamożnych ludzi przed bankierską lichwą, a także edukację w kierunku oszczędzania. Na terenach zaborów dochodził do tego jeszcze jeden, narodowy aspekt – chodziło o to, by umożliwić Polakom akumulację kapitału niezależną od zaborców, która pozwoliłaby przedsiębiorcom konkurować na przykład z Niemcami. Także gdy system odradzał się po upadku komunizmu, miał podobne cele.

Zarządzający SKOK-ami podkreślają ich społeczną rolę, zwłaszcza walkę z wykluczeniem finansowym. Rzeczywiście – wielu członków kas nigdy by nie dostało pożyczki w banku. Miałoby nawet problemy z otwarciem rachunku, ponieważ kasy często otwierają oddziały na głębokiej prowincji, tam, gdzie bankom się to nie opłaca. To także ma być wytłumaczeniem dla kiepskich wskaźników dotyczących wypłacalności.

Innym zarzutem wobec kas jest to, że nieustannie się łączą. Widać to po liczbach – jeszcze w 2006 roku do 70 kas należało 1,5 mln członków. Dziś kas jest prawie o 20 mniej – zaś członków o ponad milion więcej. KNF krytykuje za to kasy. – Z jednej strony od kas wymaga się, aby były małe. Z drugiej strony stawia przed nimi podobnie kosztowne wymogi, co bankom. I gdy w celu ich sprostania kasy zaczynają się rozrastać, aby uzyskać efektywność związaną z efektem skali, jest to stawiane jako zarzut – odpowiada na zarzuty Komisji Cezary Mech.

SKOK-i  są świetną formą budowania polskiego kapitału

Problem może pogłębić wydanie nowej planowanej rekomendacji KNF, która zaleca SKOK-om drobiazgowe sprawdzanie zdolności kredytowej swoich członków – na sposób, który może drastycznie podnieść koszt funkcjonowania kas. I jeszcze bardziej upodobni je do banków.

Nie da się jednak ze stuprocentową pewnością powiedzieć, że kasy upodabniają się do innych instytucji finansowych tylko dlatego, że zmusza je do tego sytuacja prawna. Może zwyczajnie taka strategia się opłaca? Reklamy SKOK-ów właściwie nie różnią się od reklam banków. Działają wedle wzorca: potrzebujesz gotówki, przyjdź do nas, my ci jej udzielimy. Kredyt konsumpcyjny, na dowód, bez licznych formalności. I tak są powszechnie odbierane: jako banki dla mniej zamożnych, które pomagają im pozwolić sobie na to, na co ich nie stać.

To jednak mocno różni współczesne SKOK-i od ich pierwowzorów. – Kiedyś do kas należeli przedsiębiorcy, rolnicy, rzemieślnicy. Dziś to są głównie pracownicy budżetówki. Trudno to określić akumulacją kapitału inwestycyjnego – mówi Staniłko.

Znaleźć złoty środek

Z jednej strony mamy więc prawodawcę i nadzór, który robi wszystko, by ograniczyć kasom pole manewru. Z drugiej strony: widzimy działania kas prowadzące do rozmywania ich pierwotnych założeń. A szkoda, bo kasy są świetną formą budowania polskiego kapitału. Niekoniecznie na remont mieszkania, czy po to, by wyjechać na urlop, ale służącego na przykład temu, by przedsiębiorcy mogli rozbudowywać swoje firmy. Tym banki komercyjne nie są w pierwszej kolejności zainteresowane.

Do tego przydałaby się jednak konkurencja między związkami kas (dziś, z racji konieczności podlegania pod Kasę Krajową, niemożliwa), tworzenie pozytywnego klimatu dla ich funkcjonowania (obecnie króluje raczej nastrój podejrzliwości) oraz – powrót do korzeni.

 

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY MIESIĘCZNIK IDEI, NR 2 (56)/2015, 4 LUTEGO–3 MARCA, CENA: 0 ZŁ
Stefan Sękowski
Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem" i "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz