Newsletter

Scorsese uczył się na jego filmach

Nie mogę przeboleć, że dziś młodsi twórcy filmowi nie są w stanie w tak nowoczesny i dosadny sposób opowiadać o historii, jak Andrzej Wajda.

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Nie mogę przeboleć, że dziś młodsi twórcy filmowi nie są w stanie w tak nowoczesny i dosadny sposób opowiadać o historii, jak Andrzej Wajda.

W historii światowej kinematografii jest pewien kanon kilkudziesięciu filmów „must-see” studentów szkół filmowych. Wśród nich są dwa filmy zmarłego 9 października Andrzeja Wajdy: „Kanał” i „Popiół i diament”. O tym wspominał nawet sam Martin Scorsese odbierając doktorat honoris causa łódzkiej Szkoły Filmowej. Był wzruszony faktem, że otrzymuje go od szkoły, która wykształciła takich reżyserów jak Andrzej Wajda, na którego filmach się uczył i które go ukształtowały jako filmowca.

Bo rzeczywiście głębia psychologiczna bohaterów tych filmów jest bardzo poruszająca. Dziw bierze, że powstały one aż 60 lat temu, w czasach gdy większość plonów kinematografii światowej była dość naiwna. I między innymi właśnie ta złożoność rysunków psychologicznych sprawia, że i dziś te filmy tak dobrze się ogląda.

Filmy, których Andrzej Wajda nakręcił ponad 50, najczęściej rozliczały się z naszą trudną historią. Z jednej strony zachwycały i poruszały, ale niejednokrotnie były też kontrowersyjne. W debacie publicznej najczęściej powtarzano pytania o umieranie „na śmietniku historii”, między innymi w odniesieniu do ostatniej sceny „Popiołu i diamentu”, filmu o kultowym już dziś Maćku Chełmickim, żołnierzu AK, który po wojnie nie złożył broni. Postrzelony umiera na śmietnisku. W wielu widzach, którzy widzieli w tym bohaterze siebie lub najbliższych kolegów, scena ta wywoływała oburzenie. Mieli poczucie, że całe ich życie jest warte wyrzucenia na śmietnik. Sam reżyser inaczej tłumaczył się w wywiadach. Mówił, że chciał wzbudzić w widzu pytanie: „co to jest za ustrój, który każe umierać teraz naszemu chłopakowi na śmietniku?”. A może miał rację w tym, że nie warto było dać się zabijać za, z góry przegraną, sprawę i próbował to przekazać? Może wcale nie potępił bohatera, a pokazał tragizm postaci. Jako reżyser musiał odnaleźć się w politycznej rzeczywistości, która nie pozwalała gloryfikować żołnierzy podziemia. Gdyby chciał to zrobić, nie otrzymałby zezwolenia na realizację filmu. Choć trudno pewnie wtedy było dyskutować z widzami pełnymi emocji, którzy w czasie wojny i po niej przegrali wszystko. Sztuka filmowa z reguły stawia pytania, a nie daje odpowiedzi i pozostawia pole do interpretacji. A jeśli reżyserzy poruszają trudne historycznie i społecznie tematy, to muszą liczyć się z różnymi reakcjami. To samo z pewnością przeżywa teraz Wojtek Smarzowski po świeżej premierze „Wołynia”.

W niektórych sekwencjach „Ziemi Obiecanej” zastosowano prawie teledyskowy montaż. Muzyka jest jakby zagrana na maszynach tkackich

Nie można na pewno odmówić Wajdzie nowatorskości, co jest szalenie ważne w rozwoju sztuki filmowej. Lata 60. i 70. to nieustanne poszukiwanie nowych środków filmowego wyrazu. Wajda w swoich filmach użył takich środków, że dzieła te są nowoczesne do dzisiaj! Mam na myśli tak niezwykłe filmy, jak „Wszystko na sprzedaż” z 1969 r. i „Ziemia obiecana” z 1974 r. Pierwszy opowiada o śmierci znanego aktora i powstał po tragicznym śmiertelnym wypadku Zbigniewa Cybulskiego. Pomysły na kadrowanie, prowadzenie kamery, montaż, zastosowanie muzyki i dźwięku są tu naprawdę bardzo wizjonerskie. Nie wspominając już o wybitnym aktorstwie, z którym zresztą mamy do czynienia we wszystkich dziełach mistrza. A przecież to właśnie wiarygodny aktor jest tym, co najbardziej przekonuje widza. A umiejętność ich prowadzenia to podstawowa cecha dobrego reżysera.

Nie mogę przeboleć, że dziś młodsi twórcy filmowi nie są w stanie w tak nowoczesny i dosadny sposób opowiadać o historii, jak Wajda. Bo jak na przykład opowiedzieć o XIX wieku, który kojarzy się z nudą, sztywnością i pruderią, by przekonać współczesnego widza, że to prawdziwy, żywy świat, pełen ruchu, brudu, ludzi z krwi i kości, żądz i emocji? By się przekonać jak można to zrobić, wystarczy obejrzeć „Ziemię obiecaną” – adaptację powieści Władysława Reymonta, opowiadająca o włókienniczej Łodzi epoki pary i elektryczności. Wszystkie środki filmowego wyrazu są tu zastosowane w niecodzienny sposób: szeroki kąt patrzenia kamery zniekształca obraz wynaturzając jeszcze bardziej chory świat dzikiego kapitalizmu XIX w. Charakteryzacja i kostiumy zrobione są tak, jakby wszyscy byli brudni. W niektórych sekwencjach zastosowano prawie teledyskowy montaż. Muzyka jest jakby zagrana na maszynach tkackich. Bywają sceny krwawe, drastyczne, i jak na owe czasy, odważne erotycznie. Aktorzy są w ciągłym ruchu, no i jacy aktorzy… To trzeba zobaczyć. Oczywiście film nie pozostaje bez kontrowersji. Obraz kończy się zupełnie inaczej niż książka. Główny bohater – w powieści chcący zmienić swoje dotychczasowe życie – pozostaje bezduszny i rozkazuje strzelać do strajkujących robotników. Bezimienny robotnik pada na bruk ściskając w dłoni czerwoną chustę. I tu znowu można było poczuć ducha czasów, w których film powstawał.

Ale czy to źle być kontrowersyjnym artystą? Może to właśnie czyni twórcę wyjątkowym i pożądanym? Gorzej oceniani są ci, którzy tworzą jednowymiarowe dzieła, nie starając się nawet o wieloaspektowe przedstawienie sprawy i bohaterów. Na pewno zawsze w cenie jest profesjonalizm i szukanie nowych rozwiązań, a to było nieodłączną cechą twórczości Andrzeja Wajdy. A debata nad przekazem i odpowiedzialnością za widza nigdy się nie skończy.