Kup prenumeratę i czytaj NK

Nie taka zimna wojna

Aktualności,

Syria stanowi strategiczną klęskę dla USA i Rosji. Oba mocarstwa nie mogą się z niej wycofać. By toczyć ze sobą wojnę zastępczą musiałyby być tak silne jak były w okresie Ziemnej Wojny. A nie są.

Porozumienie między USA a Rosją w sprawie Syrii trwało krótko. Najpierw lotnictwo zachodniej koalicji omyłkowo zbombardowało pozycje syryjskich sił rządowych, następnie Asad wznowił ofensywę na Aleppo, a syryjskie myśliwce zbombardowały konwój humanitarny podążający do oblężonego miasta. Amerykanie zerwali rozmowy pokojowe. W odwecie Moskwa wypowiedziała porozumienie o utylizacji zapasów plutonu, zawarte z USA w 2000 roku. Wszystko to było okraszone agresywną retoryką. Ambasador USA przy ONZ Samantha Power nazwała działania Kremla w Syrii „barbarzyństwem”, a szef MSZ Rosji Siergiej Ławrow oświadczył, że „język przemocy” nie robi na jego kraju wrażenia i zwiększył budżet na wojsko o 10 mld dolarów.

Wywołało to spekulacje w zachodnich mediach o nowej epoce lodowcowej na linii Rosja-USA i możliwości wybuchu wojny zastępczej (proxy war) między oboma mocarstwami w Syrii.
W rzeczywistości nie grozi nam ani jedno ani drugie. Rosja, mimo iż dominuje dziś w Syrii, natrafia tam na coraz większe problemy. Celem Kremla jest utrzymanie Asada u władzy, nie poprzez odbicie kolejnych terytoriów z rąk rebeliantów, tylko poprzez eliminację opozycji. Rosja słusznie założyła, że Zachód nie będzie współpracował z dżihadystami, więc skupiła się na zabijaniu umiarkowanych przeciwników Asada. Jednocześnie Kreml uwikłał USA w proces negocjacyjny dotyczący przyszłości Syrii, co miało zniechęcić Waszyngton do zwiększenia swojego zaangażowania militarnego i dać Kremlowi więcej czasu na usunięcie tych, którymi Amerykanie mogliby zastąpić obecny reżim.

W konsekwencji Rosja zdominowała syryjskie pole bitwy, spychając zachodnią koalicję na wschód kraju, gdzie znajdują się pozycje Państwa Islamskiego. Kreml liczy, że gdy ostatni bojownik Wolnej Armii Syryjskiej polegnie, wypracowane zostanie porozumienie ws. przyszłych rządów w Damaszku, oczywiście z udziałem Asada, zawierające kilka drobnych, ale całkiem realnych koncesji wobec Zachodu. Problem w tym, że stan syryjskiego wojska jest o wiele gorszy, niż Rosjanie zakładali. Bez wsparcia Iranu i libańskiego Hezbollahu nie dałoby się podtrzymać obecnego wysiłku militarnego. Zdobycie jednego miasta często idzie w parze z utratą kolejnego. W grudniu ub. r. irańskie i syryjskie siły już raz otoczyły Aleppo, by następnie zostać odepchniętym przez dżihadystów z frontu Al-Nusra.

Wcześniej czy później, pewnie jeszcze przed końcem roku, oba kraje znów zasiądą więc do stołu negocjacyjnego

Rosja utknęła w Syrii w miejscu.  A Asad jest dla niej bardziej obciążeniem niż atutem. Bez niego Syria rozsypałaby się na kawałki, bo nie ma go kim zastąpić. Asad o tym wie i gra we własną grę. Syryjski prezydent chce odzyskać stracone terytoria i uważa, że militarne zwycięstwo jest możliwe. Rosja nie chce się jednak wikłać w kosztowną i wyczerpująca wojnę, której wynik jest niepewny. Dla Rosji celem głównym jest umocnienie swojej pozycji w Syrii oraz w regionie i osłabienie tam pozycji Stanów Zjednoczonych. W przekonaniu moskiewskich decydentów najlepszą drogą do tego celu jest zaangażowanie Zachodu w długi dyplomatyczny proces, podczas gdy umiarkowana syryjska opozycja się powoli wykrwawia. Tym bardziej iż zbyt ofensywne działania na polu bitwy mogą skłonić Zachód do tego, by poszerzyć sankcje nałożone na Rosję w następstwie agresji na Ukrainę. Głosy nawołujące do ukarania Rosji za wielokrotne zbombardowanie Aleppo się już zresztą pojawiły.

Tyle, że Amerykanie maja jeszcze mniejszą ochotę na wyczerpująca wojnę w Syrii niż kremlowscy decydenci. Dlatego sekretarz stanu USA John Kerry zdecydował się 9 września w Genewie zawrzeć umowę z Rosją ws. zawieszenia broni, uznając ją tym samym za równouprawnionego partnera w Syrii. Było to dla Rosji, jak powiedział rosyjski analityk Leonid Bershydsky, „nieprzyjemnym zaskoczeniem”. Dla Kremla negocjacje z USA są celem samym w sobie, nie liczy się ich szczęśliwe zakończenie. To, że Waszyngton jest zmuszony negocjować z Kremlem, podkreśla jego słabość. Administracji Obamy tymczasem zależy na zamrożeniu konfliktu i pozostawieniu syryjskiej kwadratury koła następcom. Wznowienie ofensywy na Aleppo było więc próba Kremla wyjścia z dość niewygodnej sytuacji.

Syria stanowi strategiczną klęskę dla obu mocarstw. Ani USA ani Rosja nie mogą się z niej wycofać. Utknęły w Syrii i ze sobą. Putin używa Syrii do odgrywania roli wielkiego mocarstwa, a Obama spełnia lekkomyślnie złożoną obietnicę usunięcia dyktatora i obdarzenia Syryjczyków dobrodziejstwami liberalnej demokracji. By toczyć ze sobą wojnę zastępczą musiałyby być tak silne jak były w okresie Ziemnej Wojny, a nie są. Rosja potrzebuje pomocy Iranu, a Amerykanie posiłkują się koalicją ponad 60 państw, z których niektóre, choćby kraje Zatoki Perskiej, wydają się mocniej kształtować wydarzenia w Syrii, niż oni.

Kreml może zapobiec zmianie reżimu i amerykańskiej interwencji, ale nie rozwiąże samodzielnie syryjskiego konfliktu. Usuwając umiarkowanych rebeliantów wzmocnił dżihadystów, którzy stanowią teraz poważne zagrożenie dla rządów Asada. Zaciągnął także dług w Teheranie, który będzie musiał spłacić. Amerykanie także nie mają zbyt wielu opcji. Podobnie jak Rosjanie dokonali błędnej oceny realnej siły umiarkowanej opozycji. Wcześniej czy później, pewnie jeszcze przed końcem roku, oba kraje znów zasiądą więc do stołu negocjacyjnego. Cykl agresywnej retoryki, militarnych i dyplomatycznych ofensyw rozpocznie się od nowa.