Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Rosja i interes Polski. Cztery mity i rzeczywistość

Rosja ma narzędzia, a chyba też i ochotę, by wysadzić w powietrze dotychczasowy ład europejski, a być może i światowy. By do tego nie dopuścić, musimy wypracować realistyczną politykę wobec Moskwy. Na razie opieramy się na mitach

„O Rosji dalibóg, mniej wiem niż o Chinach….”. Jeszcze kilkanaście lat temu, gdyby ktoś wygłosił taka parafrazę mickiewiczowskiego tekstu, słuchacze popukaliby się znacząco w czoło. Dzisiaj nie jestem pewien, czy to zdanie nie jest przypadkiem prawdziwe. Chiny są nieustannie obecne w naszej debacie o świecie, tymczasem Rosja odgrywa role złego wilka z bajek dla dzieci. Siedzi sobie gdzieś w lesie, ale może przyjść i nas zjeść. W istocie jednak, nie bardzo w to wierzymy, ale rytualnie w dyskusjach politycznych tę opowieść o złym wilku powtarzamy. Na dodatek, dajemy temu wilkowi oblicze Władimira Putina. Zjawisko „reductio ad Putinum” zostało już nawet opisane w literaturze naukowej.  Bez względu na polityczne afiliacje stosują je w dyskursie publicznym niemal wszyscy, wyzywając się od „agentów Putina” albo twórców „ruskiego ładu”. O tym jak Rosja się zmienia, jak działa rosyjska dyplomacja, czy o pierwszym pokoleniu, które wychowało się bez wszechobecnego terroru rozmawia w wewnętrznych debatach garstka specjalistów. Ze względu na powszechne separowanie się od Rosji, mająca coraz mniej kontaktów na wschodzie i posługująca się w analizach kalkami z przeszłości.

Zły wilk i śpiący niedźwiedź

Skoro polskie myślenie o Rosji jest oparte na mitach to może warto zacząć od ich przypomnienia. Mit pierwszy to opowieść o złym wilku, który w lesie czyha na polskiego Czerwonego (pardon, biało-czerwonego) Kapturka. Otóż od połowy lat 90. ubiegłego wieku znaczenie Polski w polityce rosyjskiej jest marginalne. Jeżeli Rosjanie odnoszą się do Polski w swoich wypowiedziach czy działaniach, to jest to podyktowane albo celami propagandowymi, gdyż nasz kraj jest dość łatwo identyfikowalny w myśleniu Rosjan jako zły agent Zachodu w zdrowej słowiańskiej wspólnocie, i atakowanie Polski jest metodą mobilizowania społeczeństwa wobec zła płynącego z Zachodu. Albo też jesteśmy przedstawiani i postrzegani jako „piesek łańcuchowy amerykańskiego imperializmu”.

Od połowy lat 90. ubiegłego wieku znaczenie Polski w polityce rosyjskiej jest marginalne

Nieliczne próby rzeczywistych rozmów z Warszawą wiązały się ze wzrostem znaczenia Polski w strukturach Unii i NATO. Moskwa podejmowała wtedy próby rozbrajania ewentualnej antyrosyjskiej polityki polskiej. Sławetny reset w połowie pierwszej dekady XXI wieku wiązał się z ówczesna prezydencją Polski w Radzie UE i zamysłem „zmiękczenia” potencjalnych działań Unii skierowanych na wzmocnienie relacji z państwami postsowieckimi. Moskwa buduje swoją politykę w relacjach z USA, Chinami i państwami uznawanymi za kluczowe w Europie (Niemcy i Francja). Zagrożenia dla polskich interesów ze strony Rosji są jak najbardziej realne, ale wynikają one z celów strategicznych polityki Kremla, a nie z takiego czy innego myślenia o naszym kraju. Polska nie jest podmiotem w rosyjskim myśleniu politycznym.

Mit drugi to baśń o kleptokratycznej mafii siedzącej na Kremlu, wspominającej czasy sowieckie. Warto powtarzać sobie przed każdą debatą o Rosji: Putin jest antykomunistą… Putin nie jest małym złodziejaszkiem w stylu afrykańskich dyktatorów… Oczywiście gigantyczna korupcja polityczna jest w Rosji faktem. Podobnie jak powszechne sentymenty wobec supermocarstwowej pozycji państwa sowieckiego. Ale… Nasi politycy i publicyści lubią cytować stwierdzenie Putina z kwietnia 2005 roku, o tym, ze rozpad ZSRS był największa katastrofą geopolityczną XX wieku. Zapominają, że parę tygodni później doprecyzował on, iż „kto nie żałuje Związku Sowieckiego, ten nie ma serca, a ten, kto chce jego przywrócenia – nie ma rozumu”. Aby zrozumieć cele rosyjskiej polityki wypada posługiwać się kategoriami wielkoruskiego nacjonalizmu i politycznego realizmu, a nie mitem gromady pazernych KGB-istów marzących o powrocie do czasów sowieckich.

Mit trzeci to opowieść o uzbrojonej stacji benzynowej. Kreowanie obrazu zapijaczonej, biednej i niezdolnej do modernizacji Rosji, żyjącej wyłącznie ze sprzedaży gazu i ropy. Istotnie, największą klęską Władimira Putina była porażka programu modernizacji państwa podjęta u progu jego prezydentury. Nie pamiętam już, czy od samego Putina, czy od któregoś z jego bliskich współpracowników usłyszałem w latach 90. stwierdzenie, że „gdyby powiodły się reformy Stołypina, gdyby nie rewolucja bolszewicka, to byście po najnowsze mody i trendy jeździli do Petersburga, a nie do Nowego Jorku”. Kolejne reformy im tez nie wyszły. Ale nie znaczy to, że dzisiejsza Rosja jest państwem niezdolnym do udziału w wyścigu technologicznym.  Z jednej strony dowodzi tego udana modernizacja armii, a z drugiej – kosztowny, ale działający program substytucji importu wprowadzany przez Kreml pod pozorem kontrsankcji uderzających w zachodnich eksporterów.

Aby zrozumieć cele rosyjskiej polityki wypada posługiwać się kategoriami wielkoruskiego nacjonalizmu i politycznego realizmu, a nie mitem gromady pazernych KGB-istów marzących o powrocie do czasów sowieckich

Mit czwarty, z pozoru stojący w sprzeczności z trzecim, to zabawa dzieci w „stary niedźwiedź mocno śpi”. Czyli przekonanie, że Rosja w każdej chwili może się obudzić i zniszczyć dowolnego przeciwnika, więc nie należy jej drażnić i prowokować. Efektem takiego myślenia jest niezdolność do prowadzenia normalnej polityki zbudowanej na grze interesów. Rosyjska wszechpotęga, zdaniem wyznawców tego mitu ma polegać na powszechnej penetracji agenturalnej i kapitałowej świata zachodniego. Jedynym sposobem na to by niedźwiedzia nie obudzić, jest schowanie się za mentalnym murem i udawanie, że nas nie ma.

Czego chce Rosja?

Rzecz jasna, można listę mniej lub bardziej szkodliwych mitów na temat Rosji ciągnąć o wiele dłużej. Ważne jest to, że zarówno przyjęcie optyki, iż Rosja jest całkowicie normalnym państwem, jak też powtarzanie, że „rozumem jej pojąć nie można”, nie prowadzi do celu podstawowego, czyli zrozumienia celów polityki Federacji Rosyjskiej i znalezienia rozsądnych metod przeciwdziałania tym działaniom i tendencjom, które nam szkodzą. Nam, czyli światu zachodniemu, bo prowadzenie polityki wobec Rosji w pojedynkę jest z góry skazane na niepowodzenie, co więcej jest realizacją marzeń Moskwy o rozgrywaniu poszczególnych krajów Zachodu przeciwko sobie.

Wypada podziękować Kremlowi za publikację listy żądań skierowanych wobec NATO i Stanów Zjednoczonych. Dzięki temu, część celów politycznych Moskwy otrzymaliśmy w formie gotowca. Z pozoru w dokumentach, przekazanych na ręce Karen Donfried, zastępczyni sekretarza stanu USA, 15 grudnia podczas jej wizyty w Moskwie, nie ma niczego nowego. Przecież jeszcze u progu lat 90. ubiegłego wieku, gdy państwa dawnego bloku wschodniego wyrywały się z pętli zależności, otrzymywaliśmy projekty umów z Rosją zawierających tzw. klauzulę antysojuszniczą, czyli zobowiązanie do nieprzyłączania się do sojuszy i organizacji, które Rosja uzna za wrogie (m.in. Rosjanie próbowali taki zapis włączyć do umowy o wycofaniu wojsk z Polski). Rosyjska koncepcja bezpieczeństwa, a wcześniej jeszcze sowiecka w erze Gorbaczowa mówiła o jednej Europie od Atlantyku po Władywostok. Europie składającej się z czterech elementów: Zachodu, strefy rozrzedzonego bezpieczeństwa (czyli buforowej) obejmującej kraje byłego bloku wschodniego, grupy satelitów Rosji złożonej z byłych republik sowieckich i wreszcie Federacji Rosyjskiej (najchętniej w wersji opisanej przez Sołżenicyna czyli z dużą częścią Białorusi i Ukrainy oraz północnym Kazachstanem).

Rosyjska koncepcja bezpieczeństwa, a wcześniej jeszcze sowiecka w erze Gorbaczowa mówiła o jednej Europie od Atlantyku po Władywostok

Dokładnie taki obraz zawierają dokumenty zaprezentowane publicznie w połowie grudnia. Warto zauważyć jedną, istotną zmianę. Otóż propozycje Putina zawierają także pakiet dobrych usług dla Chin. Artykuły od 5 do 7 propozycji umowy z USA zobowiązują strony m.in. do tego, że Rosja i USA: „wykluczają rozmieszczenie broni jądrowej poza swoim terytorium państwowym i wycofują taką broń już rozmieszczoną poza terytorium państwowym w momencie wejścia w życie niniejszego Traktatu. Strony zlikwidują całą istniejącą infrastrukturę służącą do rozmieszczenia broni jądrowej poza terytorium państwowym”; „zobowiązują się nie rozmieszczać naziemnych pocisków rakietowych średniego i pośredniego zasięgu poza swoim terytorium państwowym, jak również na tych obszarach ich terytorium, z których taka broń jest zdolna do rażenia celów znajdujących się na terytorium drugiej Strony”. I wreszcie przewidują wycofanie okrętów wojennych z akwenów sąsiadujących z drugim państwem. Rzut oka na mapę wskazuje, że te zapisy dotyczą przede wszystkim Japonii i Korei Południowej i są dokładnym powtórzeniem chińskiej doktryny politycznej.

Mówiąc najkrócej: Rosjanie przedstawili projekt kapitulacji Stanów Zjednoczonych i Zachodu. Raczej nie mieli złudzeń, że takie propozycje mogą być przyjęte. Pytanie brzmi: dlaczego Moskwa – wbrew obyczajom dyplomatycznym – te dokumenty opublikowała? A kolejne, dlaczego Amerykanie uznali, że w ogóle warto o nich rozmawiać.

Sygnał wysłany do Chin

Wydaje się, iż jednym z powodów publikacji dokumentów było przekonanie partnerów z Pekinu, ze Moskwa nie zapomina o ich interesach. W połowie listopada ub. roku Ośrodek Studiów Wschodnich opublikował niezwykle ciekawy raport: „Oś Pekin-Moskwa. Fundamenty asymetrycznego sojuszu”. Jedną z jego tez jest stwierdzenie, że doświadczenie dyplomatyczne i możliwości oddziaływania na arenie międzynarodowej są atutem Rosji w sojuszu, w którym Moskwa jest słabszym partnerem. Nie zgadzam się wprawdzie z główną tezą raportu o nierozerwalności porozumień rosyjsko-chińskich, ale zabiegi Kremla o to by Rosja była w tym nieformalnym aliansie „starsza siostrą”, a nie młodszym bratem, znakomicie wyjaśniają powody takiego brzmienia cytowanych wyżej zapisów.

Mówiąc najkrócej: Rosjanie przedstawili projekt kapitulacji Stanów Zjednoczonych i Zachodu

Kolejną przyczyna upublicznienia dokumentu mogą być przygotowania do agresywnych działań wobec Ukrainy. Profesor Andrew Michta słusznie zauważył niedawno, że w sytuacji okupacji Donbasu i separatystycznych prowincji Gruzji (Abchazji i Osetii Południowej) rozmowa o przyjęciu tych krajów do NATO jest w istocie bezprzedmiotowa. A Moskwa zdaje sobie sprawę z tego, że klucz do ewentualnych zmian tej sytuacji jest w jej rękach. Żądanie traktowych gwarancji nie rozszerzania NATO na obszar tych państw jest więc w istocie bezprzedmiotowe. Wysunięcie takich żądań jest więc albo kamuflażem, mającym usprawiedliwić agresję na Ukrainę, albo też sposobem  na wrzucenie jabłka niezgody pomiędzy członków NATO by doprowadzić do dezintegracji sojuszu.

W każdym razie rosyjski plan maksimum został podany do publicznej wiadomości. Wypada jeszcze uzupełnić kwestię relacji z Chinami o bardzo istotny czynnik nie zauważony chyba przez Autorów cytowanego wyżej Raportu OSW.  Otóż USA maja nad Chinami jedna decydującą przewagę. W odróżnieniu od relacji z Rosją, nie istnieje pomiędzy tymi państwami parytet atomowy gwarantujący MAD (Mutual Assured Destruction).  350 chińskich głowic może wyrządzić Ameryce bardzo poważne szkody, ale w razie pełnowymiarowej wojny 5,5 tys. głowic amerykańskich jest w stanie zetrzeć Chiny z powierzchni Ziemi. Tylko groźba włączenia się Rosji z jej arsenałem nuklearnym gwarantuje utrzymanie potencjalnej wojny amerykańsko-chińskiej na poziomie konfliktu konwencjonalnego.

Odbudowa „Rosji historycznej”

Pisałem już na łamach NK o poczuciu rosyjskich elit, że czwarta dekada XXI wieku przyniesie w Rosji nieuchronny kryzys i ograniczenie możliwości oddziaływania Federacji Rosyjskiej na otoczenie międzynarodowe. Cele minimalne należy więc zrealizować jak najszybciej.

W sytuacji okupacji Donbasu i separatystycznych prowincji Gruzji (Abchazji i Osetii Południowej) rozmowa o przyjęciu tych krajów do NATO jest w istocie bezprzedmiotowa

Jednym z takich celów jest uzyskanie kontroli nad obszarem definiowanym przez Putina jako „ziemie rosyjskie”.  Andrei Iłłarionow, niegdyś jeden z najbliższych doradców Putina a obecnie przebywający na emigracji krytyk jego polityki uważa, że celem prezydenta Rosji jest odbudowa „Rosji historycznej” definiowanej przez trzy czynniki: prawosławie, język rosyjski jako dominujący na danym obszarze oraz granice Rosji z końca XVIII wieku. W tej interpretacji ambicje zaborcze, czy terytorialne Moskwy mogą sięgać linii Dniepru i Dźwiny.

Polityka Moskwy zmierza do realizacji celu strategicznego jakim jest dekompozycja NATO. Tutaj od czasu sprzedaży do Turcji systemów S-400 i wojny o Górski Karabach, a także złagodzenia sporów na terenie Syrii i Libii Rosjanie nieustannie sugerują Ankarze aby zaangażowała się wojskowo i politycznie na terenie Azji Środkowej. Nie dlatego, że sami rezygnują z wpływów na tym obszarze, ale zakładają, iż pojawienie się nowego gracza osłabi wpływy chińskie. Na dodatek bliskie relacji Turcji z Pakistanem, który z kolei ściśle współpracuje z Pekinem, dodatkowo komplikują zdobywanie przez Pekin przewagi na obszarze państw środkowoazjatyckich. A przede wszystkim, te nowe kierunki ekspansji tureckiej oddalają Ankarę od NATO. Coraz ściślejsza współpraca rosyjsko-węgierska, która zaowocowała bezprecedensową decyzją Orbana, by pobierać gaz dla swojego kraju z biegnącego pod Morzem Czarnym „South Streamu”, a nie z gazociągów ukraińskich jest tylko jednym z przejawów współdziałania. Tylko w ubiegłym miesiącu Węgrzy wystąpili jako kraj wspierający Łukaszenkę (minister spraw zagranicznych przyjął odznaczenie białoruskie z rąk nieuznawanego przez Zachód dyktatora) oraz w porozumieniu z Rosją negocjowali uwolnienie ormiańskich jeńców wojennych z Azerbejdżanu. Powiązany z prorosyjsko nastawionym prezydentem Radewem minister obrony Bułgarii z kolei oznajmił niedawno, że rozmieszczenie wojsk amerykańskich w Bułgarii niepotrzebnie będzie zwiększało napięcie, a w ogóle to Bułgaria powinna mieć w NATO osobny status. No i wreszcie w rozmowie z prezydentem Bidenem Władimir Putin na stwierdzenie prezydenta USA, że w razie ataku na Ukrainę Zachód nałoży bezprecedensowe sankcje na Rosję, odpowiedział, że nałożenie sankcji byłoby wielkim błędem (tym samum nie zaprzeczył agresywnym zamiarom wobec Ukrainy).

Dla Rosji Unia nie istnieje

Rosja bardzo wyraźnie testuje spoistość NATO. Podobnie rzecz się ma z Unią Europejską. Sztucznie wywołany kryzys gazowy ma nie tylko stanowić argument na rzecz szybszego uruchomienia gazociągu „Nord Stream”. Jest także testem na zwartość Unii. Zdaniem bliskiego Putinowi analityka, Timofieja Bardaczowa: „USA nie mogą już dawać wiele swoim sojusznikom, a lojalność Europy w coraz większym stopniu opiera się na zrozumieniu, że indywidualnie państwa europejskie całkowicie stracą zdolność wpływania na swoją pozycję w świecie. W 2021 roku suwerenność Unii Europejskiej na świecie stała się pochodną nawet nie strategicznego zainteresowania, ale dobrej woli Stanów Zjednoczonych”.

Tylko groźba włączenia się Rosji z jej arsenałem nuklearnym gwarantuje utrzymanie potencjalnej wojny amerykańsko-chińskiej na poziomie konfliktu konwencjonalnego

U progu 2022 roku Rosja zademonstrowała wzmocnienie współpracy mocarstw autokratycznych, czyli osi Moskwa-Pekin, sformułowała cel minimalny, jakim jest pełne podporządkowanie Białorusi i Armenii, swego rodzaju finlandyzacja Ukrainy oraz Gruzji, a w dalszym kroku – odzyskanie wpływów w Mołdawii i Azerbejdżanie. Uderzyła w organizacje międzynarodowe, starając się doprowadzić do osłabienia solidarności państw NATO, a Unię Europejską traktuje coraz bardziej per non est, rozmawiając wyłącznie z Niemcami i Francją.

Stabilizować sytuację

Na koniec powtórzę to, co pisałem już kilkakrotnie, że w interesie Polski leży obecnie stabilizowanie sytuacji za wszelką cenę. Po roku 2030 zacznie się proces stopniowego osłabiania Rosji. Ale przez najbliższą dekadę nie mając zmodernizowanej armii, przy dramatycznie niskim poziomie zaufania społecznego i przy pozrywanych kontaktach międzynarodowych Polska może wyłącznie (nawet płacąc wysoką cenę ekonomiczną i polityczną) próbować utrzymać zainteresowanie NATO jego wschodnią flanką. Podkreślam: NATO – a więc i europejskich członków sojuszu. Podobnie bez względu na koszty powinniśmy wspierać wzmacnianie integracji europejskiej bowiem w przeciwnym wypadku kraje Europy staną się przedmiotem rozgrywki mocarstw. W naszym długofalowym interesie leży również szybkie wprowadzenie Zielonego Ładu. W perspektywie strategicznej uderzy on przede wszystkim w Rosję, pozbawiając Moskwę środków niezbędnych tak do prowadzenia agresywnej polityki zagranicznej jak przebudowy gospodarki.

Stabilizacja oznacza też wsparcie dla utrzymania instrumentarium niepodległości przez Białoruś, Ukrainę, Gruzję i pozostałe państwa obszaru postsowieckiego. Dążenie do natychmiastowego ich zwrotu na Zachód może jedynie przyspieszyć rosyjską agresję. Powinniśmy wspierać budowę nowych elit (co dość udanie czynimy w wypadku Białorusi) ale ze świadomością, że jest to inwestycja na czas, gdy otworzy się okno możliwości. I wreszcie – powinniśmy dużo więcej zainwestować w budowanie kontaktów z Rosjanami. Zadaniem trudnym, ale wciąż jeszcze wykonalnym, jest prowadzenie polityki dialogu z Rosją, a nie z Kremlem. Wobec narastającego twardego autorytaryzmu (czego symbolem ale dalece nie jedynym przejawem była niedawna delegalizacja „Memoriału”) jest to zadanie wymagające delikatności i sprawnej dyplomacji, a przede wszystkim porzucenia niemądrej antyrosyjskości dominującej w polskiej narracji politycznej.

Unię Europejską Rosja traktuje coraz bardziej per non est, rozmawiając wyłącznie z Niemcami i Francją

Rosja ma narzędzia, a chyba też i ochotę, by wysadzić w powietrze dotychczasowy ład europejski, a być może i światowy. Aby do tego nie dopuścić musimy i w Polsce, i na Zachodzie wypracować wspólną, realistyczną politykę wobec Moskwy. Na razie polityka Warszawy jest izolacjonistyczna i mitologiczna. Dzwoni ostatni dzwonek, by to zmienić.

historyk, dyplomata. Był m.in. dyrektorem Ośrodka Studiów Międzynarodowych Senatu, podsekretarzem stanu i głównym doradcą ds. zagranicznych w rządzie premiera Buzka, zastępcą redaktora naczelnego tygodnika “Wprost”. Ostatnio ambasador RP w Rydze i Erywaniu. Autor kilkuset publikacji na temat polskiej polityki zagranicznej i historii Polski w epoce międzywojennej.

Komentarze

2 odpowiedzi na “Rosja i interes Polski. Cztery mity i rzeczywistość”

  1. m_kurjata pisze:

    Mity dotyczące Rosji powielane w polskiej debacie streścił Pan bardzo celnie, ale z opisem realizacji interesów Polski w ramach UE nie do końca mogę się zgodzić. Przede wszystkim z integracją “bez względu na koszty”. Nie ma decyzji, które należy podjąć bez względu na koszty. Rzeczywiście, ciężko sobie wyobrazić przy obecnym potencjale wojskowym, i coraz bardziej ekonomicznym, krajów europejskich, by którykolwiek z nich mógł samodzielnie zachować podmiotowość w relacjach z trzema mocarstwami. W związku z tym współpraca między krajami Europy wydaje się faktycznie jedyną szansą. Pytanie tylko – w jakiej formie.

    Gdybym miał ubrać w słowa banalną oczywistość, dlaczego właściwie nie chcemy, by Rosja wciągnęła nas w swoją strefę wpływów, wychodzi mi, że dlatego, byśmy mogli nadal o sobie samych decydować w conajmniej takim stopniu jak dzisiaj bez pytania elit z zewnątrz, którym mniej zależy na naszym kraju i narodzie niż nam samym, czy wolno nam wprowadzić taką i taką ustawę albo zatrudnić tego i tego jako ministra czy prezesa wielkiej spółki. Jeśli więc chcemy odsunąć perspektywę pytania Rosji w takich sprawach o zgodę, wydaje się niezbyt atrakcyjnym zrobienie tego poprzez zgodę na ustalanie wszystkiego z Niemcami i Brukselą. Po części oczywiście już teraz tak jest, ale postulat jest by integrację zacieśniać, i to za wszelką cenę.

    W związku z tym wydaje mi się błędne analizowanie interesów Polski tylko przez pryzmat militarno-dyplomatyczny, bez uwzględniania kwestii kulturowych, ekonomicznych itd. Wojsko, dyplomacja, sojusze i traktaty są tylko środkami do tego, by żyło nam się coraz lepiej i przede wszystkim po swojemu. A pod względem kulturowym i społecznym dzisiejsza Europa (czy w ogóle Zachód) jest na trajektorii schyłkowej i jeszcze jest z tego dumna, bo przecież według zachodnich “elit” światu nie przydarzyło się w historii nic gorszego niż biały człowiek. I w takim ideologicznym kierunku idą i będą szły naciski z Europy na Polskę. Nie mam niestety żadnej kontr-propozycji, co w tej sytuacji należy robić, ale gdy zastanawiam się, czy wolę ograniczoną możliwość wychowywania dzieci po swojemu czy głoszenia w Internecie poglądów bez strachu o wylecenie z pracy, bo ktoś się przez nie poczuł “unsafe”, ale za to mniejsze wpływy rosyjskie, nie widzę tutaj oczywistych decyzji, zwłaszcza za wszelką cenę. Nie odpowiada mi rosyjski twardy autorytaryzm, ale do europejskiego miękkiego autorytaryzmu też nie mam entuzjazmu.

    Pod względem ekonomicznym Europa też nie ma perspektyw na odbudowę ze względu na gorset biurokratyczny, obłożenie ciężko pracujących wysokimi podatkami, by finansować tę część społeczeństw (zwłaszcza napływową), która nie lubi rano wstawać do pracy oraz spowodowany ideologizacją opłakany stan uniwersytetów, który spowalnia rozwój technologiczny. Studiuję inżynierię chemiczną w Niemczech i zapewniam, że nawet politechniki się przed tym trendem nie potrafią obronić.

    Zwłaszcza osobliwy wydał mi się postulat przyspieszenia z Zielonym Ładem, by osłabić Rosję. Jest to równoznaczne z planowym zarżnięciem swojej gospodarki z powodu nadziei, że i Putin dostanie wtedy rykoszetem. W odpowiedzi na “zieloną” strategię wodorową Niemiec Rosja zamierza do 2035 zostać światowym liderem w produkcji wodoru. Ten po, wprawdzie kosztownej, ale wykonalnej, przebudowie gazociągów można transportować nimi zamiast gazu ziemnego. Co prawda jedyna możliwość produkowania wodoru w Rosji to steam reforming gazu ziemnego i powstaje przy tym na cząsteczkę metanu (gazu ziemnego) tak samo jedna cząsteczka dwutlenku węgla jak przy spalaniu, ale nie takie, oj nie takie, wewnętrzne sprzeczności udaje się wciskać podekscytowanym ekologią Europejczykom, więc z nadziejami, że Zielony Ład stanowić będzie dla Rosji zabójczy cios raczej bym się powstrzymał.

  2. JMN pisze:

    Dzięki za bardzo ciekawy komentarz. Zgoda Zachód się chwieje w posadach (nie tylko UE ale i USA). Zgoda, ze kwestie cywilizacyjne są ważne. Zgoda, ze posłużyłem się mocnym uproszczeniem. Ale pozostanę przy przekonaniu, że bezpieczeństwo i zachowanie minimum sprawczości w polityce regionelnej jest warte (zaznaczyłem, iż w pewnym okienku czasowym!) praktycznie każdej ceny. A gdy idzie o UE – nie wykluczam jej rozpadu czy raczej rozkładu, ale byłby to dla nas scenariusz czarny i trzeba robić co w naszej mocy by mu zapobiec, tymczasem polityka obecnego rządu jest zaprzeczeniem takiego działania. I wreszcie wodór – tak Rosjanie chcą być światowym liderem, a Morawiecki chce produkować milion samochodow elektrycznych…. Tempo zmian jest tak szybkie, że trudno prognozować. Ale pozostanę przy przekonaniu, że nasza polityka powinna być skrajnie konserwatywna i ostrożna dopóki nie rozstrzygną się główne konflikty

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Zobacz