Newsletter

Resztki w rekwizytorni

W kwestii odwoływania się do przeszłości jako narzędzia bieżącej polityki wciąż skazani jesteśmy na grę w trzy karty: nie ze względu na brak treści, lecz z lenistwa umysłowego aktorów politycznej sceny

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Mądrość gminna twierdzi, że drastyczne ograniczenie dostępnych narzędzi i środków wyrazu sprzyja twórcom: dopiero wówczas doskonalą talenty, grają arie na jednej strunie, budują aluzje niebotyczne i delikatne jak kryształ.

Co do aluzji – zgoda, w PRL kwitła ona w najlepsze, w kwestii pochwały ograniczeń pozostaję jednak sceptyczny. Figurki rzeźbione przez znudzonych więźniów w graficie ołówka, świadectwa cierpliwości i desperacji, mniejszy jednak budzą zachwyt niż Moore czy Abakanowicz, figle Stanisława Barańczaka, twórcy wszelkiego rodzaju alfabetonów i palindromaderów, mniej zapierają dech niż jego „Tryptyk z betonu, zmęczenia i śniegu”. Nawet puszczając wodze fantazji, trudno wyobrazić sobie dobre twierdzenie topologiczne zbudowane wyłącznie z użyciem liczb nieparzystych lub przełom w leczeniu Parkinsona dokonany za pomocą rondelka, lejka i pęku dziurawca.

Tymczasem w kwestii odwoływania się do przeszłości jako narzędzia bieżącej polityki wciąż skazani jesteśmy na grę w trzy karty, bieg na pięć metrów, budowę promu kosmicznego z zapałek: nie ze względu na brak treści przecież – trudno o glebę bardziej żyzną niż historia – lecz z racji lenistwa umysłowego głównych aktorów politycznej sceny. Od trzydziestu lat, z nielicznymi wyjątkami na ukłon lub foch w stronę Marszałka lub Marca ’68, grany jest spektakl „Solidarność: reaktywacja”, którego najnowszą odsłoną stanowi powołanie pod koniec czerwca „Komitetu Obywatelskiego przy Prezydencie Lechu Wałęsie”. Jak wtedy, wzdychają zachwyceni sobą członkowie KOpLW, jak jesienią 1988…

Pchają się, jedni i drudzy, jak nie „stoją tam, gdzie stało ZOMO” to „będą pukać w drzwi o szóstej rano”, walą po ostatnie niewykorzystane jeszcze aluzje niczym aktorzy tratujący się w korytarzyku prowadzącym do rekwizytorni, pani Grażynko, wąsy dla mnie!! Dla mnie!!! Styropian mi pani odłoży, moja złociutka, a przerwy milczenia, są jeszcze jakieś przerwy milczenia!?

Tylko nie o pogodzie!

A mówili, a mówili poeci. Że taka metaforyka dowodzi fatalnych problemów z oceną rzeczywistości, jakkolwiek by ta rzeczywistość nie była niedoskonała, niemiła, a nawet represyjna. Że, sięgając po argument patetyczny, lecz zakorzeniony w realiach, takie przebieranki to obraza wobec rzeczywistych ofiar tamtej władzy (z samego „raportu Rokity” wynika, że w ostatnim półroczu przed wyborami w czerwcu 1989 SB zamordowała co najmniej siedem osób; liczby morderstw dokonanych w tym czasie przez „nieznanych sprawców”, pobić na demonstracjach i komisariatach, szantaży i konfiskat nikt nie kwapił się oszacować). Że jest nieskuteczne, bo odwołanie do jesieni 1988 roku działać może na naprawdę wąski demograficznie wycinek nostalgików w średnim i starszym wieku. Że jest rozmienianiem legendy na drobne. Diabła tam! Pchają się, jedni i drudzy, jak nie „stoją tam, gdzie stało ZOMO” to „będą pukać w drzwi o szóstej rano”, walą po ostatnie niewykorzystane jeszcze aluzje niczym aktorzy tratujący się w korytarzyku prowadzącym do rekwizytorni, pani Grażynko, wąsy dla mnie!! Dla mnie!!! Styropian mi pani odłoży, moja złociutka, a przerwy milczenia, są jeszcze jakieś przerwy milczenia!?

Skoro nic nie dały odwołania do zdrowego rozsądku, do szacunku dla dziedzictwa, do refleksji nad (nie)skutecznością podobnego galwanizowania świadomości publicznej, skoro nie udało się sztandarów wyprowadzić – może trzeba spróbować czegoś innego? Choćby tego, na co zdecydowało się dwoje amerykańskich psychologów społecznych (a prywatnie małżeństwo), Dan Ariely i Kristen Berman, śmiertelnie znużonych królującym na przyjęciach small talkiem i świadomym jego społecznej jałowości.

Wszyscy znamy ten oblepiający nas kisiel, wszyscy znamy jego reguły: z badań brytyjskiej antropolożki Kate Fox, przeprowadzonych w roku 2010, wynika, że wśród dziesięciu badanych osób dziewięć rozmawiało o pogodzie w ciągu ostatnich sześciu godzin, zaś w ciągu ostatniej godziny – 36 procent. OK, weźmy poprawkę na brytyjski klimat: w polskim lipcu 36 procent badanych rozmawiałoby pewnie w ciągu ostatniej godziny o niewytłumaczalnie szybkim spadku podaży truskawek. Wiadomo, że small talk bywa czasem ratunkiem, że od czegoś trzeba zacząć nawiązywanie interakcji z nieznajomym (o pozycję drugiego po pogodzie poruszanego najczęściej tematu rywalizują kłopoty z dojazdem oraz drobne awarie domowe; przypadłości dzieci i zwierząt oraz menu uważane są już za zanadto upolitycznione). A jednak większość osób uważa go za udrękę; jak ujął to cierpko Dan Ariely, „kiedy ostatnio spotkaliście kogoś, kto ubolewał, że zabrakło mu choćby pół godziny, by dogłębnie przegadać kwestię nadmiernych opadów?”.

Berman i Ariely postanowili chwycić byka za rogi, organizując serię nie-całkiem-niewinnych spotkań towarzyskich, podczas których gościom narzucono surowe reguły: żadnego small talku. Oporni najpierw wrzucać będą po kilka dolarów do skarbonki na cel dobroczynny, potem łagodnie, lecz stanowczo wyprosi się ich z przyjęcia. Dla osób, którym trudno wyjść z inicjatywą, gospodarze przygotowali kartoniki z tuzinem możliwych tematów na dzień dobry: od figuratywności w sztuce po możliwe metody zapobiegania samobójstwom przy pomocy narzędzi polityki społecznej czy (osobiste, choć ryzykowne w krajach transformacji ustrojowej) „Opowiedz o najdroższej rzeczy, jaką zdarzyło ci się ukraść”. Żadnych więcej reguł, prócz tych powszechnie obowiązujących na parties: bez rzucania krzesłami, drinki na koszt gospodarza.

 Przebieranki historyczne na nowo

I co się stało? Zinfandel u państwa psychologów lał się strumieniami, jeśli ponad zaangażowanym gwarem słychać było jakieś okrzyki, to było to najczęściej żartobliwie-karcące „Halo! Czy to nie small talk czasem?”, z czasem zaś moda na podobne przyjęcia rozlała się z Duke University, gdzie wykłada Ariely, na okoliczne miasta i sioła, stając się, jako „No Small Talk Parties” fenomenem społecznym, opisywanym przez „Wired” i „Time’a”; i to w trumpowych czasach, pomyśleć.

OK, skoro nie możecie państwo bez tego, mogą być przebieranki historyczne: ale z wykluczeniem „Solidarności” (a najlepiej – całego PRL, bo inaczej nie opędzimy się od ustalania, kto jest wnukiem Warszyca, a kto Baumana) i II Rzeczpospolitej

Czy nie znalazłby się suweren, który narzuciłby politykom naszego duopolu podobną regułę? OK, skoro nie możecie państwo bez tego, mogą być przebieranki historyczne: ale z wykluczeniem „Solidarności” (a najlepiej – całego PRL, bo inaczej nie opędzimy się od ustalania, kto jest wnukiem Warszyca, a kto Baumana) i II Rzeczypospolitej. Proszę sięgać, jeśli wola, do żyznych tradycji konfederatów i arian, hetmanów i husytów, szarytek i teozofów – ale ostatnie stulecie pozostaje obszarem wyłączonym. Za to – komu wola, niech sięga do nieprzebranych skarbów dziejów powszechnych.

Być może za pierwszą jaskółkę, zwiastującą tę nader pożądaną zmianę w stosunku polityków do przeszłości, uznać można Jana B., członka władz municypalnych Strzelec Opolskich i zarazem prezesa miejscowej OSB, który organizując doroczne święto strażaków, kazał wybić medale nie ze zwyczajowym w takich okolicznościach świętym Florianem, lecz własnym wizerunkiem. Chlubnie upodobnił się w ten sposób do Lothara Franza von Schönborna, arcybiskupa Bambergu i Moguncji, który bił był piękne srebrne talary ze swym wizerunkiem w roku 1697. Jan B., wzbogacając w ten sposób tradycje środkowoeuropejskiej falerystyki, figuruje wprawdzie na medalu w koszulce polo, ale i tak mam nadzieję, że za jego przykładem pójdą członkowie neo-Komitetu Obywatelskiego i podobnych ciał. Warto by, niczym starszy pan na dawnym rysunku Mleczki, odkryli swą eurekę: epoka disco minęła!