Newsletter

Poszukiwacze zaginionego etosu

Dziedzictwo minionych elit nie zawsze stanowi dobry kapitał założycielski. Czasami bywa pakietem zobowiązań i niespłaconych długów. Nikt i nic nie zmusza nas do przejęcia tego spadku

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

„Totem inteligencki” Rafała Smoczyńskiego i Tomasza Zaryckiego to nie jest książka łatwa, napisana językiem przystępnym, z myślą o czytelniku spoza kręgów akademickich. Jednak należy do tych publikacji naukowych, które zawierają cenne podpowiedzi. Napisanych nie z myślą o wpływie na sferę publiczną, ale zawierających w sobie obserwacje, które mogą być inspirujące dla publicystyki, czy nawet kalkulacji politycznych. To nie wnikliwa analiza współczesnej inteligencji, ba, nawet podtytuł książki – „Arystokracja, szlachta i ziemiaństwo w polskiej przestrzeni społecznej” – nie wskazuje na to, co jest jej najbardziej interesującą z punktu widzenia debaty publicznej warstwą. Autorzy stawiają nieco na marginesie głównego nurtu rozważań niezwykle istotne pytanie o wpływ wartości i symboli kluczowych dla środowisk arystokratycznych na model polskiego obywatelstwa i kształt całego życia publicznego.

Najważniejszy w całej pracy wydaje się opis wpływu etosu szlacheckiego na ukształtowanie się modelu polskiego obywatelstwa po roku 1989

Arystokratyczna homogamia

Cechą wspólną środowisk arystokratycznych jest dążenie do homogamii – zawierania związków małżeńskich w obrębie własnej grupy. Można uznać, że jest to swego rodzaju ostentacyjny opór wobec presji nowoczesnej kultury z jej dogmatami egalitaryzmu i emocjonalnej autentyczności jako podstawy dobrego związku. Opór ten pozwala jednak na pielęgnowanie cech konstytutywnych dla opisywanej przez Smoczyńskiego i Zaryckiego społeczności. „Współczesne środowisko postziemiańskie – piszą – jest  przykładem rozległej sieci społecznej, opartej przede wszystkim na kapitale społecznym, który historycznie wytworzony został w silnej zależności od kapitału ekonomicznego, wypracowanego głównie w ramach tak zwanej gospodarki folwarcznej”. Jednak, jak podkreślają autorzy, w strategiach przetrwania komunizmu i urządzenia się w rzeczywistości po roku 1989 istotną rolę odegrały też pewne elementy kapitału kulturowego, takie jak znajomość języków obcych, wiedza o świecie (w tym także kontakty z rodzinami w innych krajach), pewne elementy ogłady towarzyskiej.

Warto zatem zwrócić uwagę na te fragmenty książki, w których autorzy podkreślają istotną cechę środowiska, jaką jest udzielanie pomocy dalekim krewnym, a także postrzeganie rodziny jako szerokiego kręgu koligacji, przekraczającego dalece kręgi rodzinne inteligentów czy innych grup społecznych. Warto przytoczyć wypowiedź jednego z przedstawicieli tej grupy: „Moja żona to inteligentka w drugim pokoleniu, jej dziad miał robotnicze pochodzenie, ma zaledwie kilku kuzynów, jej kontakty z nimi są zresztą słabe. (…) W ogóle te inteligenckie kontakty opierają się raczej na luźnych znajomościach, które zmieniają się często w trakcie biegu życia. Przeciwieństwem jest moja rodzina, tutaj mówimy o dziesiątkach ludzi utrzymujących stałe kontakty”. Tę różnicę między kręgami społeczności inteligenckiej i postziemiańskiej podkreślają też inni badani członkowie społeczności.

Jednak, co niezwykle istotne, Smoczyński i Zarycki twierdzą, iż „akumulacja specyficznego kapitału kulturowego tego środowiska jest chroniona nie tylko przez homogamię małżeńską i pierwotną socjalizację potomstwa, ale i przez zasadę dystansu społecznego utrzymywanego wobec obcych», «chamów», «wykształciuchów», «niekulturalnych», «niewystarczająco kulturalnych», «niedelikatnych», «niepotrafiących posługiwać się należycie nożem i widelcem» – zasadę przestrzeganą przez znaczną liczbę jej reprezentantów”.

Dyskurs humanistyczny nie został zastąpiony eksperckim czy technokratycznym, ale jakimś prymitywnym wolapikiem, budowanym wokół partyjnych „przekazów dnia”

W tym sensie część inteligencji rzeczywiście może dziedziczyć nie tyle etos arystokratyczny, ile związane z nim dystynkcje i uprzedzenia wobec innych grup społecznych. To dlatego w części wypowiedzi – moim zdaniem jednak mniejszościowej – powtarza się model, w którym, jak piszą autorzy, idealnym obywatelem jest „prawdziwy inteligent”, a więc „człowiek kulturalny”, którego przeciwieństwem jest „cham”. „Właśnie z powodu skutecznego wprowadzenia do powszechnego użycia przez inteligentów tego postfeudalnego schematu interpretacji rzeczywistości społecznej nie sposób w Polsce przekroczyć podziału «pan-cham», ponieważ pozostaje on fundamentalną ramą normatywną funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego”.

Jeżeli nawet w twierdzeniu tym zawarta jest pewna przesada, to wydaje się, że autorzy dość trafnie uchwycili pewne negatywne dziedzictwo – zawarte w kluczowej dystynkcji „pan-cham”. Co więcej, dziedzictwo przez wielu inteligentów uświadamiane i dość skutecznie – choćby w okresie „Solidarności” – przezwyciężane, także w części środowisk ziemiańskich. Być może problemem jest nie tyle długie trwanie tej dystynkcji, co brak w polu debaty publicznej silnego pierwiastka egalitarnego, dezawuującego podobne dychotomie.

 Szlachecko-inteligencki model obywatelstwa

Oczywiście wspomniana wyżej dystynkcja nie pozostaje bez wpływu na kształtowanie się życia publicznego. Najważniejszy w całej pracy wydaje się opis wpływu etosu szlacheckiego na ukształtowanie się modelu polskiego obywatelstwa po roku 1989. Nieco inaczej niż autorzy książki, uważam sprawę nie tylko za nie przesądzoną, ale też ulegającą dość szybkim przemianom. Nie tylko ze względu na wewnętrzną dynamikę polskiego społeczeństwa, ale także na przemiany ekonomiczne, kulturowe i technologiczne, które – silniej niż tradycja – kształtują realia życia publicznego. Autorzy uznają zatem, że dominujący ideał obywatelstwa jest syntezą wartości inteligenckich i szlacheckich. Ideał ten jest zresztą do pewnego stopnia neutralny politycznie czy partyjnie, daje się instrumentalizować na różne sposoby. „Ów postszlachecki inteligent może być więc z jednej strony silnie etnicyzowany, a więc przedstawiany jako «prawdziwy Polak», wychowany od pokoleń jako katolik, albo urasowiany, a więc wyobrażony jako bezpośredni, biologiczny wręcz potomek dawnej elity szlacheckiej. Może on być jednak także umiędzynarodawiany czy też skosmopolityzowany. W takich ujęciach jawi się raczej jako symboliczny, a więc polityczny czy moralny tylko spadkobierca ideałów szlacheckiej demokracji Rzeczypospolitej Obojga Narodów”.

Źródłem dominacji tego wzoru obywatelstwa jest – zdaniem autorów – akt „powszechnej nobilitacji”, dopuszczenia do wspólnoty politycznej szerokich grup społecznych, do którego miało dojść wraz z narodzinami II Rzeczypospolitej. Wydaje się, że takie postawienie sprawy lekceważy fakt, że do znacznego rozszerzenia praw politycznych doszło już pod zaborami. Co więcej, główne siły polityczne okresu międzywojennego krytycznie oceniały rolę środowisk ziemiańskich i konserwatywnych w walce o niepodległość oraz rozszerzenie praw szerokich kręgów społecznych. Egoizm klasowy ziemiaństwa nie był wymysłem późniejszej komunistycznej propagandy, ale doświadczeniem obecnym w retoryce ruchu ludowego, socjalistycznego, a czasami także narodowego.

W tym sensie postrzeganie II Rzeczypospolitej jako okresu, w którym triumfuje „szlachecko-inteligencki” model obywatelstwa – oparty przy tym na powszechnej nobilitacji dokonanej przez nowe państwo – nie jest do końca przekonujące. Staje się bardziej prawdopodobne dopiero po epoce PRL, która poprzez ostentacyjną propagandę historyczną złagodziła wszelkie wcześniejsze napięcia i torowała drogę tożsamości, która nieco bezrefleksyjnie uznaje za wartościowe każde dziedzictwo zwalczane przez władze komunistyczne. To w tym sensie wcześniejsza konfrontacja inteligencko-ziemiańska zmienia się w finale przedstawionej książki w ścisły kulturowy związek, który wykorzystuje pewne cechy mitu szlacheckiego (zapewnienie ciągłości I Rzeczypospolitej, podtrzymanie przekonania o jej potędze jako źródło narodowej dumy, utrzymanie elitaryzmu i paternalizmu wobec klasy ludowej i średniej) jako funkcjonalne elementy tożsamości inteligenckiej.

Uznając prawomocność zachowań grup postziemiańskich, nie widzę sensu, by dopatrywać się w ich tradycjach i działaniu jakiegoś istotnego pożytku społecznego. Przeciwnie, upowszechnienie wartości tego kręgu – zarówno opisanych przez autorów dystynkcji, wyróżniających je w społeczeństwie, jak i specyfiki ich dziedzictwa – uznałbym za szkodliwe dla tworzenia jakiejś nowej, poprawionej tożsamości politycznej obywateli Rzeczypospolitej

Co więcej, w istotny sposób przesądza też o tożsamości inteligencji, w niezwykle istotnej politycznie kwestii, jaką jest określenie własnej misji społecznej. Autorzy – przywołując argumenty Bourdieu – piszą, że burżuazję postrzegać można jako grupę zorientowaną na przystosowanie się do zmian, zorientowaną na przyszłość, zaś arystokrację – jako tę, dla której kluczowe jest kultywowanie przeszłości. W tym właśnie wymiarze postrzeganie własnej roli społecznej przez inteligencję jest wyborem szczególnie wyrazistym i mającym poważne konsekwencje.

Czy jest pożytek ze szlachty?

Warto bowiem – odwołując się także do innych wypowiedzi i książek Zaryckiego – podkreślić, że zdaniem tego socjologa pole debaty publicznej w Polsce zdominowane jest przez inteligencję humanistyczną i jej sposób problematyzowania rzeczywistości. Zatem wybór tradycji szlacheckiej, czy szerzej – pewnego podejścia do misji elity, jako strażnika przeszłości, ma istotne konsekwencje społeczne. Teza Zaryckiego o dominacji inteligencji jest przy tym zasadna przede wszystkim, jeżeli obserwujemy pole debaty medialnej. Na szczeblu parlamentarnym, czy w lokalnych i regionalnych ciałach samorządowych, ten sposób postrzegania świata jest dziś znacznie mniej popularny. W radach miast jego kariera skończyła się dobre kilkanaście lat temu. W Sejmie – kilka lat później.

Jednak na poziomie parlamentarnym zmiana ta nie miała żadnego pozytywnego wymiaru. Dyskurs humanistyczny nie został zastąpiony eksperckim czy technokratycznym, ale jakimś prymitywnym wolapikiem, budowanym wokół partyjnych „przekazów dnia”. Nie jest to przy tym język, którym o polityce rozmawiają „zwykli obywatele”, ale raczej zestaw epitetów służący dyskredytacji przeciwnika, a zarazem zdemolowaniu tego, co w debacie mogłoby mieć charakter merytoryczny, odnoszący się do przedmiotu dyskutowanej uchwały czy regulacji.

Naturalnym odruchem środowisk, które dziś na różne sposoby kontynuują wzorce zachowań inteligenckich, jest budowanie własnego języka i próba narzucenia go w debacie publicznej. Z braku innych wzorców, język ten chętnie odwołuje się do całego postziemiańskiego imaginarium, o czym świadczą częste – także wśród młodej prawicy – nawiązania do „republikańskiego sarmatyzmu”, tradycji I Rzeczypospolitej czy haseł insurekcyjnego patriotyzmu. W wersji pogłębionej sięgają nawet poszukiwania inspiracji w anachronicznych wzorcach ustrojowych czy próbach objaśniania sytuacji międzynarodowej jako podlegającej niezmiennym od wieków regułom.

Problem nie polega jednak na kostiumowej groteskowości części tych nawiązań, ale na kilku istotnych konsekwencjach tej postawy. Po pierwsze, dziedziczony etos szlachecki posiada swoje wyraźne słabe punkty i wady, które w jakimś stopniu przyczyniły się do kryzysu polskiej państwowości już w wieku XVIII, a w wieku XIX fundowały wielkie polityczne błędy. Po drugie, etos ten jest całkowicie pozbawiony podstaw ekonomicznych, dających obywatelom poczucie niezależności od władzy. Sytuacja przysłowiowego „szlachcica na zagrodzie” ma się nijak do pozycji dzisiejszego urzędnika, nauczyciela, radnego, dziennikarza czy wykładowcy uniwersytetu. Taki model obywatelstwa może być co najwyżej przebieranką. I to jedną z tych, które dają złudne poczucie ucieczki od rzeczywistości. Trzeci skutek uznałbym za najpoważniejszy. Komfortowe poczucie, że jest się spadkobiercą szlacheckiego republikanizmu, a zarazem dziedzicem postaw najlepszego sortu polskiej inteligencji, zwalnia z poważnego przemyślenia i zaprojektowania własnego statusu.

Zaletą książki Smoczyńskiego i Zaryckiego jest – jak wspomniałem – to, że opisowi polskiej sytuacji towarzyszą liczne porównania międzynarodowe. Autorzy opisują np. specyfikę niemieckiej klasy średniej, w której znaczącą rolę odgrywało też „mieszczaństwo wykształcenia” lokujące się „na pograniczu klasycznej burżuazji i wschodnioeuropejskiej inteligencji”, jednak nieaspirujące do roli politycznego reprezentanta ludu, pozostające na usługach państwa. Wskazują tym samym inne źródło legitymizacji własnej roli niż „dziedziczenie elitarnego statusu” czy udział w grze parlamentarnej. Podobną wymowę ma przywołanie sytuacji innych krajów środkowoeuropejskich, posiadających bardziej egalitarną kulturę obywatelską.

Dlatego też uznając prawomocność zachowań grup postziemiańskich, nie widzę sensu, by dopatrywać się w ich tradycjach i działaniu jakiegoś istotnego pożytku społecznego. Przeciwnie, upowszechnienie wartości tego kręgu – zarówno opisanych przez autorów dystynkcji, wyróżniających je w społeczeństwie, jak i specyfiki ich dziedzictwa – uznałbym za szkodliwe dla tworzenia jakiejś nowej, poprawionej tożsamości politycznej obywateli Rzeczypospolitej. Szczególnie zaś dla wspomnianych wcześniej środowisk, które dysponując silnym kapitałem kulturowym mają relatywnie niski kapitał ekonomiczny i społeczny, dla których taka gra w „arystokrację” mogłaby się okazać ślepym zaułkiem.

Adwokaci interesu publicznego

Lepiej uznać, że nie mamy po kim dziedziczyć tych uprzywilejowanych pozycji, że na jakiekolwiek uznanie zapracować trzeba rzetelnym wypełnianiem funkcji istotnych dla całej społeczności. Oznacza to zaniechanie tych działań symbolicznych, które prowadzą do poszukiwania legitymizacji poprzez nawiązywanie do dziedzictwa szlachty czy inteligencji przełomu XIX i XX wieku. O ile możemy wziąć za dobrą monetę źródło przywilejów szlacheckich, wywiedzione z zasług dla obrony kraju czy funkcjonowania państwa, o ile możemy uznać pretensje inteligencji wynikające z pracy nad upowszechnieniem oświaty, o tyle dziś te przesłanki są martwe.

Gra o pozycję społeczną musi mieć zakorzenienie w jakichś realnie pożytecznych funkcjach grup takich jak „Nowa Konfederacja” czy jej partnerzy o innych poglądach, ale podobnych zainteresowaniach i aspiracjach

Gra o pozycję społeczną musi mieć zakorzenienie w jakichś realnie pożytecznych funkcjach grup takich jak „Nowa Konfederacja” czy jej partnerzy o innych poglądach, ale podobnych zainteresowaniach i aspiracjach. Może być ona związana z pełnieniem roli „adwokata interesu publicznego”, nieuwikłanego w zależność od władzy ośrodka, definiującego zagrożenia i szanse dla kraju, podpowiadającego rozwiązania, gromadzącego i przetwarzającego wiedzę licznych niesłuchanych szerzej profesjonalistów, którzy nie mogą sobie pozwolić na pisanie tekstów publicystycznych, czy występowanie w mediach itp.

Zrozumienie własnej funkcji i źródeł społecznej pożyteczności musi wyznaczać także zmianę etosu, a szczególnie tych jego elementów, które szczególnie łatwo przeradzają się w hipokryzję. Racją istnienia elit percepcji jest ich zdolność do widzenia zagrożeń i szans z wyprzedzeniem, podpowiadania lepszych rozwiązań, nieulegania modom. Ich podstawowym etosem powinna być nieufność w stosunku do schematów myślenia, krytycyzm wobec intelektualnych tradycji, a w szczególności – własnych emocjonalnych uwikłań. „Totem inteligencki” nie był pisany jako przestroga, raczej jako zdystansowany i chłodny opis. Ale świadomość opisanego w nim społecznego i intelektualnego uwikłania powinna skłaniać do ostrożniejszego korzystania z symbolicznego dziedzictwa minionych pokoleń.