Newsletter

Szkodliwy mit „Solidarności”

30 lat po obaleniu „komuny” solidarnościowe kombatanctwo nadal stanowi przepustkę do wysokich stanowisk, choć nie przekłada się dziś na kompetencje. Ten mit należy przekształcić lub bez żalu upchnąć w Sali BHP Stoczni Gdańskiej

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Kolejna rocznica Sierpnia’80 będzie, jak co roku, obfitować nie tylko w obchody, ale i kłótnie o to, kto bardziej obalił komunę i kto był faktycznym bohaterem, a kto tylko obserwował wszystko zza murów stoczni (czy innego zakładu pracy, bo przecież Sierpień – a w zasadzie polskie „Lato ‘80” – miał miejsce w całej Polsce). Słucham tego co roku z rosnącym absmakiem i mam ochotę ich wszystkich zamknąć w nieszczęsnej Sali BHP Stoczni Gdańskiej niegdyś im. Lenina – Wałęsę z Wyszkowskim, Krzywonos z wnukiem Walentynowicz i całą tą plejadę etosowych styropianiarzy. Niech się okładają cepami, wyciągają sobie nawzajem teczki lub chociażby podpisane lojalki i dadzą nam wszystkim Święty Spokój.

Nie walczyłeś z komuną? Zamilknij

„Pokolenie «Solidarności»” skolonizowało nasze życie polityczne po 1989 roku, a zwłaszcza po 2005 roku. Paradoksalnie, z latami to narasta – to jednak nie jest normalne, że prawie 30 lat po obaleniu „komuny” nadal „piękna karta opozycyjna” stanowi przepustkę do wysokich stanowisk i zamyka usta przeciwnikom, przynajmniej na wstępnym etapie, jak w przypadku choćby ministra spraw zagranicznych Jacka Czaputowicza, albo marszałka-seniora Kornela Morawieckiego; nadal „legendom Solidarności” wolno więcej w debacie i działalności publicznej, jak w przypadku Lecha Wałęsy i Władysława Frasyniuka. I mimo, że z czasem mają one coraz mniej sensownego do powiedzenia, mimo że ich percepcja rzeczywistości kończy się nierzadko na nakładaniu (coraz częściej znanych już tylko im) szablonów z przeszłości na teraźniejszość, to nadal mają stanowić nasze autorytety, z powodu swoich niegdysiejszych zasług.

„Solidarność” (rozumiana w pewnym uproszczeniu – celowo wrzucam do jednego worka całą opozycję demokratyczną i niepodległościową) nie dała nam narzędzi do tego, by odnaleźć się w wolnej Polsce

Nie może być tak, że ktoś z racji na swoją przeszłość korzysta z glejtu na nieomylność, co nierzadko przejawia się w odmawianiu prawa do wypowiadania się na kwestie polityczne osobom, które albo w okresie PRL nie były zaangażowane w opozycję, albo co najwyżej „na bibułę w wózeczku sikały”. To swoista „przemoc symboliczna” wobec osób bez szczególnie buntowniczych cech, albo jeszcze jedna odmiana argumentu ad hominem, serwowanego niekiedy przez osobę starszą młodszej, gdy zabraknie jej argumentów. Wbrew pozorom nie piszę jednak o rozliczeniu personalnym z „pokoleniem «Solidarności»”: jego przedstawicieli należy po prostu traktować normalnie. Nie chodzi  o osoby, ale o ducha, który potrafi się reprodukować – i nie tylko dlatego, że w polityce zaczynają być obecne dzieci i wnuki byłych działaczy, bo o ile nie jadą jedynie na nazwisku swoich przodków, to pracują na siebie. Ważniejsze jest co innego – zainfekowanie kolejnych pokoleń nieszczęsnym „mitem «Solidarności»”, który tak kochamy, a który jednocześnie zatruwa nam życie. Ten mit także należałoby upchnąć w Sali BHP, razem z jego twórcami.

Wiwat Maj, Wiwat Sierpień

Ten mit mógł powstać chyba tylko w kraju, w którym jednocześnie czci się analogiczną legendę – Konstytucji 3 Maja. Faktem jest, że oba wydarzenia (strajki sierpniowe i uchwalenie tej ustawy zasadniczej) były dużym wysiłkiem sił patriotycznych, jednak potrafiły ukształtować rzeczywistość jedynie na paręnaście miesięcy. Konstytucję zgniotła konfederacja targowicka, wspierana przez wojska rosyjskie, karnawał „Solidarności” zakończył stan wojenny. Łączy je także to, że mało kto tak naprawdę zna oba „dokumenty końcowe” („Ustawę Rządową” i „Postulaty Sierpniowe”); bo gdyby znał je demokrata, musiałby usiąść z przerażenia tym, jak odległe są oba od tego, co potocznie kojarzy się z demokracją liberalną. Stan wojenny zadał „Solidarności” klęskę, pokazał, że jej zwycięstwo było jedynie pozorne – nie potrafiła bowiem obronić swojego stanu posiadania, a gdy komuniści sięgnęli po ultima ratio, cały dziesięciomilionowy ruch rozsypał się jak domek z kart. Nawet metoda, dzięki której rzekomo strajkujący wygrali w 1980 roku (strajk okupacyjny) okazała się nieskuteczna wobec zdeterminowanego wojska i milicji: w zakładach, w których opór trwał najdłużej, jak w lubelskiej FSC czy Hucie Katowice, okupacje zostały zdławione po zaledwie kilku dniach.

Nie zmienia to oczywiście faktu, że i po latach, czytając czy słuchając opowieści na ten temat, po cichu kibicujemy strajkującym i przyznajemy im rację. Tyle że trzeba jednocześnie przyznać, iż – podobnie (toutes proportions gardées) jak powstańcy warszawscy – pierwsza „Solidarność” poniosła klęskę. Ta „druga” była już tylko jej cieniem i ciężko uznać, że to ona „obaliła komunizm”. W rzeczywistości tzw. komunizm upadł pod własnym ciężarem, a jego kolaps przyspieszył wyścig zbrojeń: opozycja pomogła tak przeprowadzić transformację, by podczas implozji stary ustrój nie pociągnął nas za sobą na dno. Tyle można dobrego powiedzieć o realnym wpływie opozycji na rzeczywistość – ale niewiele więcej.

Nie to jest jeszcze najgorsze – w końcu każdy naród potrzebuje jakichś legend, a ich zbieżność z faktami historycznymi niech badają historycy. Mit „Solidarności”, którym żyje ona do tej pory (bo przecież ówcześni opozycjoniści kierują naszym życiem społeczno-politycznym do dziś), najlepiej byłoby odesłać do lamusa z innego powodu: jest nieadekwatny do aktualnej rzeczywistości.  Bazuje bowiem na fetowaniu czynów z okresu walki o niepodległość i podmiotowość. Tworzenie równoległego społeczeństwa obywatelskiego, konspiracja, niezłomność i dystans wobec władzy państwowej – to wszystko wartości istotne w okresie walki. Celowo nie piszę: „w czasie nadzwyczajnym”, gdyż z perspektywy naszej historii nadzwyczajny jest właśnie okres niezależności. Kłopot w tym, że właśnie przeżywamy najdłuższy taki okres od ponad 200 lat – ale zwłaszcza starsze i średnio-starsze pokolenie tego nie zauważyło.

Wieczny rokosz

A „Solidarność” (rozumiana w pewnym uproszczeniu – celowo wrzucam do jednego worka całą opozycję demokratyczną i niepodległościową) nie dała nam narzędzi do tego, by odnaleźć się w wolnej Polsce. I nie pomoże wspominanie wspólnotowego przeżycia, tworzenia się robotniczo-inteligenckiej republiki na terenie Stoczni. To nie była republika, to była, by posłużyć się pojęciem użytym przez Dariusza Karłowicza w artykule „Konfederaci z Soplicowa”, konfederacja; instytucja polityczna rzeczypospolitej szlacheckiej, ale jednak niewymyślona po to, by funkcjonować wiecznie – kiedyś trzeba wrócić do swojego zaścianka i żyć codziennością. Dziś to już nie konfederacja, ale rokosz, wieczne buntowanie się przeciwko władzy. Gdy samemu się tę władzę sprawuje, jest to bunt przeciwko władzy prawa, nad którym „jest dobro narodu”, jak stwierdził swego czasu Kornel Morawiecki. A o tym, jakie jest dobro narodu, decyduje reprezentacja Suwerena w postaci sejmowej większości. Albo opozycji, jeśli akurat owa reprezentacja jest w opozycji.

Pokolenie, które dojrzewało w PRL, jest też chronicznie niezdolne do stworzenia silnych instytucji

To wszystko nie pomaga w tworzeniu tego, czego potrzebuje stabilnie funkcjonujące niepodległe państwo: właśnie rządów prawa. Pokolenie, które dojrzewało w PRL, jest też chronicznie niezdolne do stworzenia silnych instytucji, czego efekty obserwujemy od trzydziestu lat. Problem ten może się reprodukować, o ile żywy będzie mit „Solidarności” w młodszych pokoleniach. Jest on bowiem odpowiedzialny za wrodzone dystansowanie się wobec instytucji państwa, rozumiane nie jako zdroworozsądkowa i wolnościowa zasadę ograniczonego zaufania, ale fundamentalne wyobcowanie wobec tego, co reguluje i tworzy ramy dla życia publicznego. Zastąpić może je przekonanie o własnej moralnej wyższości, prowadzące do centralizacji. W tym kluczu każdy protest i każda jego forma, z mocy swojego zaistnienia, nabiera moralnej racji: opiekunowie osób niepełnosprawnych mogą tygodniami okupować hall w Sejmie, studentka protestująca we własnym imieniu i uzurpująca sobie prawo do reprezentowania całej społeczności urasta w oczach niektórych do roli współczesnej Anny Walentynowicz. Często protesty te odbywają się pod biało-czerwoną flagą, choć nierzadko mają na celu wywalczenie partykularnego interesu kosztem ogółu, jak w przypadku obrony przywilejów emerytalnych dla górników w 2005 roku, wywalczonych za pomocą niszczenia cudzego mienia. Wywindowanie na szczyty politycznej kariery Andrzeja Leppera było możliwe tylko dzięki połączeniu niechęci wobec jednoznacznego postawienia się wandalizmowi i brutalności z krótkowzrocznym wspieraniem go przez każdorazową opozycję.

Czy ten mit można uratować?

W rozumieniu sporu politycznego nie ma nic z legendarnego „kochajmy się” „Solidarności”: wręcz przeciwnie – politycy przeciwnej opcji obsadzani są w roli komunistów, którym odmawia się równego prawa uczestnictwa w życiu publicznym. Robi to zarówno PiS, jak i opozycja. Zgoda, że wszędzie występuje polityczna polaryzacja, jednak w Polsce przyjmuje ona formę manichejską. Nakładające się nam na współczesność klisze nie pozwalają zrozumieć zmieniającej się istoty współczesnego politycznego sporu. Rzecz zabawna: obecnie doszło do polaryzacji nawet w środowiskach najbardziej radykalnej opozycji okresu komuny – w manifestacjach przeciwko rządowi kierowanemu przez byłego działacza „Solidarności Walczącej” (i syna jej założyciela) biorą aktywnie udział byli działacze Konfederacji Polski Niepodległej, część z nich – jak np. Krzysztof Król – działa aktywnie w Komitecie Obrony Demokracji. Nadużywanie krytyki „obalania demokracji” powoduje, że gdyby PiS faktycznie miał na celu jej zniesienie (na razie „jedynie” łamie praworządność), zabrakłoby języka, którym można by to opisywać. Co ciekawe, wszyscy przyjmują tu perspektywę radykalnego antykomunizmu z lat 80-tych właśnie. Nawet obrońcy historycznego „Okrągłego Stołu” krzyczą do polityków PiS: „pójdziesz siedzieć”, choć wiadomo, że kiedy opadnie kurz walki i cała trwająca już prawie trzy lata awantura skończy się względnie bez szwanku dla demokracji, obie strony będą musiały się dogadać i na głębokie rozliczenia nie będzie miejsca.

Wywindowanie na szczyty politycznej kariery Andrzeja Leppera było możliwe tylko dzięki połączeniu niechęci wobec jednoznacznego postawienia się wandalizmowi i brutalności z krótkowzrocznym wspieraniem go przez każdorazową opozycję

Jest więc tyle powodów, dla których należałoby odesłać „Solidarność” do lamusa… a jednocześnie świadomość, że tego do końca nie da się zrobić. III RP, w której żyjemy, ma bowiem antykomunistyczną genezę. To jest jednak ruch społeczny, z którego jesteśmy (i słusznie) dumni, nawet jeśli – powtórzę się – historycznie rzecz ujmując jego zasługa w obaleniu komuny jest niewielka. Jeśli więc nie można się pozbyć tego mitu, trzeba go polubić, tak przekształcić, by był użyteczny dla budowy republiki. Ale jak to zrobić? Wyciszając to, co dziś zbędne (czyli bardzo dużą jego część), a podkreślając to, co korzystne. Przede wszystkim elementy podkreślające wspólnotowość „Solidarności” – rzeczywiście na pewien krótki okres ludzie o często skrajnie różnych poglądach potrafili schować animozje do szuflady i działać na rzecz dobra wspólnego. Ale podkreślić należy też ugodowość. Lech Wałęsa nie wbił swojego wielkiego długopisu w serce Mieczysława Jagielskiego, tylko podpisał z nim porozumienie. Opozycja potrafiła współpracować w celu walki o wspólną sprawę, ponad często ogromnymi podziałami. Cel był taki, by uzyskać Polskę – niepodległą, demokratyczną, wolnościową. W której „Solidarność” taka, jaką była w latach 80-tych już nie była potrzebna i by można było odejść od kategorii obowiązujących za komuny.

Jednak jako że przyroda nie znosi próżni, potrzeba w to miejsce także czegoś innego. Czegoś, co mogłoby stanowić wzór w wolnym już państwie – którym nie zawsze rządzą ci, z którymi się najbardziej zgadzamy, ale jednak z którego obywatelami stanowimy polityczną wspólnotę. Potrzebne są wzorce osobowe życia w warunkach pokoju. Przepustką do bycia częścią politycznych elit po 1989 roku była (abstrahując od przeszłości „komunistycznej”, co jednak nie było związane z żadnym pozytywnie rozumianym mitem) bohaterska walka o wolność i niepodległość. Współczesne elity, mający budować sensowną Polskę, potrzebują innych cnót, niż potrzebowali opozycjoniści z czasów komuny – nie waleczności, brawury i bezkompromisowości, ale zmysłu organizacyjnego, przedsiębiorczości, umiejętności dochodzenia do mądrych efektów zgody. W takich warunkach lepszym wzorcem jest twórca ważnego w regionie przedsiębiorstwa, spółdzielca rolniczy czy budowniczy wodociągu, niż strajkujący robotnik z okresu PRL, kosynier czy orator – o czym pisze zresztą Rafał Matyja w „Wyjściu awaryjnym”, zachęcając młodsze pokolenie do tworzenia nowoczesnej narracji historycznej. Oczywiście nie jest to łatwe, gdyż konstruktywna alternatywa ze swej istoty nie może być równie atrakcyjna, jak „Solidarność”, będąca de facto kolejną odsłoną powstańczego mitu – a powstaniec był zawsze bardziej atrakcyjny od pozytywisty zza biurka.

W manifestacjach przeciwko rządowi kierowanemu przez byłego działacza „Solidarności Walczącej” (i syna jej założyciela) biorą aktywnie udział byli działacze Konfederacji Polski Niepodległej

Trzeba tu znaleźć atrakcyjny sposób ukazania tych wartości, jakie są przydatne na naszym etapie historii. Można ich szukać dokoła siebie, w końcu to, jak wyglądają nasze miasta i wsie jest efektem wieloletniej działalności różnego rodzaju działaczy czy polityków lokalnych, o których się dziś rzadko wspomina. Także w okresie PRL – aktywności zawodowej czy społecznej w tym okresie nie można z założenia traktować jako „konszachtów z wrogiem”: dla większości Polaków ten czas nie był okresem walki z reżimem, tylko życiem w takich warunkach, w jakich przyszło im żyć. A i w działaniach samej „Solidarności” (czy pomysłach różnych, niekoniecznie z nią związanych, półopozycjonistów czy pomysłodawców reform) można znaleźć dobre przykłady. Mówi się o nich rzadko, bo nie są tak spektakularne, jak drukowanie i rozrzucanie bibuły, czy walki z milicją. A jednak warto przypomnieć, że strajki sierpniowe i legalizacja (na krótko, ale jednak) „Solidarności” zaowocowały kilkoma ważnymi skutkami, które zmieniły rzeczywistość życia w PRL przynajmniej nieco na lepsze. To pod wpływem „Solidarności” uchwalono w 1981 roku ustawy o przedsiębiorstwach państwowych i o samorządzie załogi przedsiębiorstwa państwowego, które nieco decentralizowały funkcjonowanie zakładów pracy w ramach gospodarki planowej (i dopuszczały do jego zamknięcia z powodów ekonomicznych), a także upodmiotowiły pracowników w zakresie zarządzania. Co prawda część zapisów zawieszono w stanie wojennym, jednak miały wpływ na funkcjonowanie samych przedsiębiorstw. Innym przykładem było choćby uchwalone – także pod wpływem nacisków „Solidarności” – w 1982 roku, już pod reżimem stanu wojennego, prawo spółdzielcze, ułatwiające zakładanie i funkcjonowanie spółdzielni. Nie bez znaczenia jest także to, że to od „Solidarności” wyszedł impuls, by powołać do życia Trybunał Konstytucyjny, co stało się w 1982 roku, choć pierwszy wyrok zapadł dopiero sześć lat później. Słowem – historia opozycji antykomunistycznej (zwłaszcza „Solidarności” w okresie jej legalnego funkcjonowania) obfitowała w postulaty konkretnych zmian prawnych, które mogłyby ułatwić życie w ramach systemu PRL, ale wręcz ustanowienia sądu, który czuwałby nad… przestrzeganiem stalinowsko-bierutowskiej ustawy zasadniczej. Gdy dziś wiemy, że w ciągu kilku lat system się załamał, może nas to szokować, ale w danym momencie był to wyraz pragmatyzmu, wyczucia powagi sytuacji oraz postawienia na merytokratyczne rozwiązywanie problemów.

Lech Wałęsa nie wbił swojego wielkiego długopisu w serce Mieczysława Jagielskiego, tylko podpisał z nim porozumienie

Przyznaję, że to mało, i że to naciągane – cóż poradzę, w końcu sam napisałem ileś akapitów, by udowodnić, że ten mit jest szkodliwy. Ale jest, i jeśli ma służyć do czegoś pozytywnego, musi się przekształcić. Inaczej bez żalu możemy go porzucić w kanciapie z innymi mało konstruktywnymi mitami.