Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu?
Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Pyrrusowe zwycięstwo Millera

Mimo dzisiejszych nadziei na powrót do władzy lewica poniosła dwa lata temu najpoważniejszą porażkę, która może zablokować jej rozwój na lata

Mimo dzisiejszych nadziei na powrót do władzy lewica poniosła dwa lata temu najpoważniejszą porażkę, która może zablokować jej rozwój na lata.

SLD rozpoczął kampanię polityczną, której horyzontem jest powrót do władzy. Najchętniej w roli dominującego podmiotu koalicji. W wersji gorszej – na tyle silnego, by stać się partnerem, a nie – jak dziś PSL – satelitą Platformy Obywatelskiej. Malejąca różnica sondażowa między rządzącą Platformą Obywatelską a najsilniejszą partią lewicową skłania do tego, by przyjrzeć się „ofercie Millera” uważniej.

Fiasko odmładzania

Miller ma poczucie siły, bo stoi na czele partii, która jeszcze dwa lata temu znajdowała się w sytuacji katastrofalnej. Z ponad 5 mln wyborców, jakie głosowały na SLD-UP w 2001 r., dziesięć lat później zostało niewiele 1 mln. Co więcej, Sojusz Lewicy Demokratycznej po raz pierwszy przegrał w wyborach z inną partią lewicową. Na Ruch Palikota padło o 250 tys. głosów więcej. „Goodbye, Lenin” – komentował złośliwie wynik postkomunistycznych rywali nowy lider lewicy Janusz Palikot.

Okazało się jednak, że mimo poparcia ze strony Aleksandra Kwaśniewskiego i jego sojuszników, mimo nadziei części nowej lewicy – to nie Palikot, ale jego nowy, niespodziewany rywal Leszek Miller stał się głównym beneficjentem spadku notowań ekipy Donalda Tuska. Najpierw wygrał walkę o fotel szefa klubu z Ryszardem Kaliszem, a potem – już bez większych kłopotów – stanął na czele ugrupowania. Można żartobliwie powiedzieć, że 10 grudnia 2011 r. skończył się trwający sześć i pół roku eksperyment powierzenia partii młodemu pokoleniu.

Mimo dzisiejszych nadziei na powrót do władzy lewica poniosła wówczas najpoważniejszą porażkę, która może zablokować jej rozwój na lata. Wojciech Olejniczak i Grzegorz Napieralski nie byli politykami bardzo zręcznymi, nie wzięli też władzy w wyniku oddolnego buntu, lecz wskutek rozgrywek pokolenia założycieli SdRP i SLD. Ale dawali tej formacji nadzieję na to, że po długim 8-, 10-letnim opozycyjnym poście zbudują formację nową. Że odświeżą nie tylko lewicowy szyld, stworzą jego inny od postkomunistycznego wizerunek, lecz także, że będą zdolni do zakwestionowania dominacji centroprawicy.

O tym, że pojawiła się taka okazja, świadczył zarówno dobry wynik Napieralskiego w bardzo trudnej kampanii prezydenckiej latem 2010 r., dobry wynik SLD w wyborach sejmikowych, jak i to, że na listy Sojuszu Lewicy i Ruchu Palikota padło łącznie 18,3 proc. głosów w wyborach parlamentarnych. Problem polegał na tym, że to Palikot miał pomysły, a Sojusz Napieralskiego stał w miejscu. Pojawienie się nowego, sprawnego rywala skłoniło nieco przestraszoną elitę tej partii do zmiany dotychczasowej strategii – do sięgnięcia po sprawdzonego w bojach lidera.

Bariera życiorysowa

Miller przywrócił ugrupowaniu polityczną powagę. Lepiej niż Olejniczak i Napieralski rozgrywał taktyczne pojedynki z Tuskiem i Palikotem. Z tym drugim potrafił walczyć jego własną bronią – nie stroniąc od sformułowań, których inni politycy unikali. A dictum o „naćpanej hołocie” nie było – jak się okazuje – ostatnim słowem w tej sprawie. Jednocześnie jednak Miller nie oddał partii w ręce spin doktorów, nie pozwolił przerobić jej na produkt lokowany na obraz i podobieństwo proszków do prania.

Jednej bariery nie jest jednak w stanie przekroczyć. Bariery życiorysowej. I nie chodzi tu o to, że był I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR, ukończył studia na WSNS. Raczej o to, że był liderem zwycięskiej partii, premierem w zupełnie innych czasach. A ponieważ dominuje politycznie i osobowościowo nad kręgiem najbliższych współpracowników, to Sojusz jest intelektualnie i programowo w tym samym punkcie, w którym był 10 lat temu. Miller wie, jak wygrywać wybory, jakie gruszki na wierzbie obiecać. Wydaje mu się też, że wie, jak rządzić. Kiedy przeanalizujemy listę jego zastępców, wiceprzewodniczących SLD, zrozumiemy, że ma podstawy sądzić, iż jako lider jest niezastąpiony i że jego wiedza jako kandydata do rządzenia jest w istocie unikalna. Mało kto wie, że wiceprzewodniczącymi partii są obecnie Joanna Agatowska (41 lat, wiceprezydent Świnoujścia), Paulina Piechna-Więckiewicz (30 lat, radna m. st. Warszawy), europosłowie Joanna Senyszyn (64 lata) i Bogusław Liberadzki (65 lat), poseł Leszek Aleksandrzak (55 lat) i Józef Oleksy (67). Z tego grona pojęcie o politycznej taktyce i realiach rządzenia mogą mieć tylko rówieśnicy Millera Liberadzki i Oleksy. Ale ich polityczna pozycja jest bez porównania gorsza.

Czasy, w których SLD miał rzeczywiście długą ławkę polityków o ogólnopolskim formacie, zdolnych do tego, by kierować resortami, prowadzić pracę parlamentu, budować silne struktury partii, minęły. Sojusz jest kadrowo słabszy niż 10 lat temu. To przekłada się na poważną słabość intelektualną. Miller potrafi zbudować jeszcze przekonującą diagnozę polityczną, lecz nie potrafi wypełnić jej treścią trafiającą do młodego elektoratu lewicy: laickiego i antykościelnego, ale obyczajowo odmiennego od dawnego aparatu partyjnego. Nie trafia też do przekonania tym wyborcom PiS, którzy widzą w ugrupowaniu Kaczyńskiego przede wszystkim obrońcę słabszych gospodarczo grup społecznych.

Braki w wyobraźni

Nieco upraszczając – brakuje mu wyobraźni i pomysłowości Piotra Guziała, lewicowego burmistrza Ursynowa, który potrafił zbudować egzotyczną, negatywną koalicję przeciwko Hannie Gronkiewicz-Waltz, lecz także – o czym się zapomina – potrafił wcześniej na równie egzotycznej koalicji zbudować zarząd Ursynowa. Powód, dla którego Miller, słusznie broniąc interesów średnich miast, potrafi jedynie użyć hasła powrotu do 49 województw, który, krytykując obecne kolejki do lekarzy, potrafi przeciwstawić je czasom PRL, jest prosty. Wyobraźnia szefa Sojuszu jest – jak każdego z nas – ograniczona do doświadczeń i lektur jego pokolenia.

W sensie czysto ludzkim – to, czego Miller nauczył się po roku 1989, i tak było imponujące. Mało kto w 1991 r. uznałby, że ten lider partyjnego aparatu będzie jednym z bardziej ambitnych premierów III Rzeczypospolitej, autorem oryginalnych i niesztampowych diagnoz, świetnym polemistą. Nie może jednak zafundować lewicy najważniejszego – sukcesu w nowych czasach, niepodobnych mimo wszystko do czasów jego triumfu.

Kiedy przeanalizujemy listę zastępców Millera, zrozumiemy, że ma podstawy sądzić, że jako lider jest niezastąpiony i że jego wiedza jako kandydata do rządzenia jest w istocie unikalna

Problem z sukcesją pokoleniową na lewicy dziś jeszcze jest maskowany faktem, że na czele konkurencyjnych partii centroprawicy stoją ludzie myślący w stopniu podobnie anachronicznym jak Miller. Wyczuł to Palikot, eksperymentując nie tylko z szokującym słownictwem i gadżetami, lecz także z językiem i wyobraźnią polityczną. Ale w tych eksperymentach nie było żadnego rdzenia autentyzmu, który dodawałby im elementarnej wiarygodności. Wystarczyło na jedną kampanię. Tyle tylko, że nikt – ani na prawicy, ani na lewicy – nie wyciągnął z tego wniosków.

Nie sugeruję, że Miller, chcąc ratować lewicę, powinien trochę poeksperymentować. Porażka, jaką poniósł na tym polu Palikot, jest wystarczającą nauczką. Szansa lewicy polegała na tym, że w czasie, gdy dwie główne partie centroprawicy mają zablokowane przywództwo, dzierżone przez – by użyć eufemizmu Kaczyńskiego – „polityków w średnim wieku”, lewica może przeciwstawić im inny język, nowe metafory, bardziej pasujące do doświadczenia rosnącej grupy młodych wyborców. Tę szansę zmarnowano.

Sponiewierany przez młodych

Gdyby Mieczysław Rakowski nie przekazał w 1990 r. rządów w partii pokoleniu Kwaśniewskiego i Millera, losy postkomunistów potoczyłyby się zupełnie inaczej. Partia Mariana Orzechowskiego i Tadeusza Fiszbacha nie byłaby druga w wyborach roku 1991 i nie wygrała wyborów 1993 r. A żaden z liderów tego pokolenia nie zostałby prezydentem III RP.

Miller nie zrobi tego, co uczynił Rakowski. Dobrze wie, że został przez to młode pokolenie nie tylko zdetronizowany, lecz także w sensie politycznym sponiewierany. Jego satysfakcja z dzisiejszej pozycji nie bierze się z tego, że może zagrozić pozycji Tuska, ale z tego, że jest dziś silniejszy niż Kwaśniewski, Oleksy i Cimoszewicz razem wzięci. Że to on zadecyduje o politycznej przyszłości Olejniczaka i Napieralskiego. I że to on wyśle Palikota na polityczny aut. Przyszłość lewicy – zdaje się wierzyć Miller – złoży się jakoś sama, być może urośnie w blasku jego nowego zwycięstwa i nowych, objętych jesienią 2015 r. urzędów.

Jednak nowe rozdanie polityczne nie będzie ułożone przez dzisiejszych szefów partii. Nowe pokolenie nie składa się wyłącznie z Dariusza Jońskiego, Sławomira Nowaka i Adama Hofmana. Dynamikę nowego układu politycznego wytyczą preferencje tych ludzi, którzy nie pamiętają nie tylko stanu wojennego czy okrągłego stołu, ale nie wiedzą dokładnie, o co chodziło w aferze Rywina. Dzisiejszy SLD jest ugrupowaniem, dla którego rozmowa z tym pokoleniem będzie poważnym kłopotem.

politolog, autor m.in. "Konserwatyzmu po komunizmie" i "Wyjścia awaryjnego", twórca idei IV Rzeczypospolitej

Nasi Patroni wsparli nas dotąd kwotą:
1 750 / 26 000 zł (cel miesięczny)

6.73 %
Wspieraj NK Dołącz

Komentarze

Dodaj komentarz

Zobacz

Zarejestruj się i zapisz się do newslettera, aby otrzymać wszystkie treści za darmo