Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu?
Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Pionierska minister Kudrycka

Mimo wielu błędnych decyzji była już szefowa resortu szkolnictwa wyższego powinna zostać zapamiętana jako ta, która pierwsza w III RP podjęła się reformy nauki w Polsce

Mimo wielu błędnych decyzji i chybionych pomysłów była już szefowa resortu szkolnictwa wyższego powinna zostać zapamiętana jako ta, która pierwsza w III RP podjęła się poważnej reformy nauki w Polsce.

Minister Barbara Kudrycka przeważnie nie gościła na pierwszych stronach gazet, a jeśli już, to zazwyczaj traktowano ją bardzo krytycznie. Inaczej w środowiskach naukowych, gdzie była stałą i główną bohaterką rozmów korytarzowych (i wszelkich innych). Łatwo było jednak wyróżnić dwie, radykalnie odmienne wobec niej postawy.

Starsi pracownicy byli pełni krytycyzmu i właściwie nie pozostawiali na niej suchej nitki. Młodsi, choć nie podobała im się daleko postępująca biurokratyzacja życia naukowego (dostarczała im tylko zbędnej pracy), na pewne następujące za jej kadencji zmiany patrzyli z nadzieją. Działo się tak dlatego, że mimo wielu błędnych decyzji i chybionych pomysłów Kudrycka pierwsza podjęła się poważnej reformy nauki w Polsce.

Dlaczego jest tak źle

Jaki jest stan polskiej nauki, wszyscy widzą. Poza trzema–czterema dziedzinami (weterynaria, niektóre nauki ścisłe, archeologia) właściwie nie liczy się w świecie. Polskie publikacje nie są praktycznie tłumaczone na języki obce, szanse na Nobla są iluzoryczne. Nasze uniwersytety tułają się w czwartej setce światowych rankingów.

Przyczyną tego stanu rzeczy jest wytworzony jeszcze w czasach stalinowskich system reguł rządzących polską nauką, promujący lojalność, a nie innowacyjność, i tworzący ściśle zhierarchizowane struktury, działające na kształt średniowiecznych gildii. W tej strukturze najwyższą i najsilniejszą kastę stanowią profesorowie, z których wielu zdobyło stopnie naukowe jeszcze w głębokiej PRL. Zobowiązani są oni do jedynie minimalnej lub zgoła żadnej aktywności zawodowej, ponieważ ich obecność jest formalnie niezbędna we wszelkich ciałach gwarantujących minima kadrowe na uczelniach i w instytucjach naukowo-badawczych.

Osobną kwestią jest rzeczywista jakość ich dorobku, czego bez lustracji i dekomunizacji w nauce praktycznie nie da się zweryfikować. System ten jest bardzo niekonkurencyjny, skazuje młodych pracowników nauki na odrabianie pańszczyzny u starszych „kolegów” i bycie posłusznym przez znaczną część życia zawodowego. Samodzielnym pracownikiem zostaje się wszak dopiero po habilitacji, przez kilkanaście lat podlegając nieustannej recenzji i presji ze strony tych, którzy sami habilitację już mają – a dla których stanowi się potencjalną konkurencję.

Próby zmiany

Minister Kudrycka podjęła nie w pełni udaną próbę zmiany tej chorej sytuacji. Przede wszystkim zaprowadziła swego rodzaju „lustrację pokoleniową”, wyznaczającą górne limity wieku dla zatrudniania na stanowiskach naukowo-badawczych na uczelniach. To z jednej strony otworzyło trochę przestrzeń dla młodszych pracowników, z drugiej – w sposób naturalny – oczyściło środowisko z części akademików zawdzięczających swoje kariery służalczości władzy w okresie PRL.

Po drugie, Kudrycka wprowadziła przepis wymagający zadeklarowania tzw. podstawowego miejsca pracy, czyli placówki wiodącej, w której prowadzi się badania naukowe i pracę dydaktyczną. Ma to kolosalne znaczenie, ponieważ skończyły się sytuacje, w których jeden profesor mógł być zaliczany do minimum kadrowego na 5–7 uczelniach, wszędzie biorąc profesorskie pensje, podczas gdy całą pracę wykonywali za niego asystenci i adiunkci. Teraz taki pracownik jest balastem dla uczelni, której nie wybrał jako podstawowej, ponieważ trzeba mu płacić normalną pensję, a jednocześnie i tak zatrudnić innego naukowca, którego placówka będzie mogła wykazać w minimum kadrowym. To również otworzyło przestrzeń dla awansu zawodowego młodszych akademików, ponieważ zwolniły się dla nich bardziej prestiżowe miejsca pracy.

Znaczenie trzeciej zmiany trudno na razie ocenić, ponieważ główny plan minister Kudryckiej, czyli zniesienie habilitacji, nie powiódł się. Zmieniła się jednak jej procedura, teoretycznie dając większe szanse na zdobycie stopnia doktora habilitowanego. Nowe przepisy weszły jednak w życie na tyle późno, że jeszcze nie sposób wyrokować, jakie będą ich efekty.

Reformy niezupełnie udane

Kolejną istotną zmianą było wprowadzenie punktowego systemu oceny dorobku naukowego. Tutaj odczucia są już mieszane. Z jednej strony, możliwa jest teraz ocena rzeczywistych osiągnięć danego naukowca na tle innych. Silnie promowane jest też pisanie artykułów do prestiżowych czasopism zamiast tworzenia opasłych monografii, które ukazują się potem w nakładzie 100 egzemplarzy i nikt ich nie czyta.

System jest także narzędziem oceny jakości pracy placówek naukowo-badawczych (tzw. parametryzacja), co potem ma się przekładać na wysokość ich finansowania. Po raz pierwszy można także przekazać dotację na badania podmiotom prywatnym, co wydatnie zwiększa konkurencję. Dobrym pomysłem jest też przepis umożliwiający przekazywanie 1 proc. CIT na działalność naukową. Niestety, obraz nie jest idylliczny, ponieważ procedury przyznawania wagi poszczególnym publikacjom są niejasne, arbitralne, zbiurokratyzowane i często nie oddają specyfiki dziedzin nauki.

Zagrożona utratą przywilejów kasta profesorska mogła – przy pomocy swoich wpływów politycznych – pozbyć się niewygodnego ministra

Podobnie ma się rzecz z systemem grantów dystrybuowanych głównie przez Narodowe Centrum Nauki (NCN) oraz Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBR). W założeniach miały one wydatnie zwiększyć konkurencję wśród naukowców, ponieważ przyznawane są systemem konkursowym. Ten jednak także pozostaje niejasny, a reguły sformułowane są tak, że właściwie uniemożliwiają zarobienie pieniędzy przez wykonawców, pokrywając głównie koszty badań. Dla młodszych pracowników, często w trudnej sytuacji materialnej, nie stanowią zachęty do starań. Brak pieniędzy oczywiście w dalszym ciągu pozostaje największą bolączką polskiej nauki.

Za całkowitą porażkę należy natomiast uznać sposób, w jaki wprowadzono w Polsce zasady tzw. procesu bolońskiego. Ma on na celu standaryzację edukacji w Europie poprzez utworzenie Europejskiego Obszaru Szkolnictwa Wyższego. Niestety, wyszedł z tego biurokratyczny potworek, który skutecznie obrzydza wykładowcom szykowanie sylabusów, a edukację w dużej mierze przekształca w procedurę administracyjną.

Dziwna dymisja

Nie można jednak uczciwie powiedzieć, że minister Kudrycka była złym ministrem. Błędów nie popełniają ci, którzy nic nie robią, a początki zawsze są trudne.

Nieco dziwne wydają się zatem okoliczności jej dymisji. Mówiono, że to wina jej „charakteru” i „niemożności ułożenia sobie relacji z otoczeniem”. Niewątpliwie ministerstwo nie komunikowało się najlepiej ze światem naukowym i często wykazywało się urzędniczą arogancją. Z drugiej jednak strony, można podejrzewać, że zwyczajnie zbyt silny okazał się opór materii. Zagrożona utratą przywilejów kasta profesorska mogła – przy pomocy swoich wpływów politycznych – pozbyć się niewygodnego ministra.

Tak czy inaczej, Barbarze Kudryckiej należy się szacunek za pionierską próbę naprawy polskiej nauki.

Nasi Patroni wsparli nas dotąd kwotą:
1 750 / 26 000 zł (cel miesięczny)

6.73 %
Wspieraj NK Dołącz

Komentarze

Dodaj komentarz

Zobacz

Zarejestruj się i zapisz się do newslettera, aby otrzymać wszystkie treści za darmo