Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Przedsiębiorcy potrzebują nowego otwarcia na wzór „ustawy Wilczka”

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców ocenia tarczę antykryzysową i radzi, jakie powinny być następne kroki rządu

W ostatnich miesiącach mieliśmy do czynienia z bezprecedensową sytuacją, kiedy to duża część przedsiębiorców – nie ze swojej winy – nie mogła swobodnie prowadzić działalności. Rząd wprowadzał w tej sytuacji kolejne tarcze antykryzysowe, które miały być dla przedsiębiorców kołem ratunkowym, choć złośliwi twierdzą, że były raczej kotwicą. Jak pan ocenia działania w tym zakresie?

Pieniądze w ramach tarczy finansowej, które znalazł rząd poprzez emisję obligacji, trafiły już w większości do przedsiębiorców. Jest to 100 mld zł, wiec jest to znacząca kwota. Wielu firmom pomoc ta pomogła przetrwać, poprawiając płynność finansową. Dodatkowo mikro- i małe przedsiębiorstwa korzystały jeszcze z tarczy antykryzysowej: z opłacania przez państwo składek ZUS przez trzy miesiące, z „postojowego”, z mikropożyczek.

Są jednak firmy, które pomocy nie otrzymały, ponieważ nie spełniały założonych warunków. Żeby skorzystać z tarczy finansowej, przedsiębiorstwo musiało mieć spadek obrotów przynajmniej o 25% i w dniu 31.12.2019 zatrudniać pracowników. Byli tacy, którym obroty zmniejszyły się o 20% czy 24%, lub nie zatrudniali pracowników w 2019 roku, ale już 1 stycznia 2020 stworzyli kilka etatów. Pomocy nie uzyskały tez firmy, które miały przed pandemią kłopoty z płatnościami danin publicznoprawnych. W rezultacie dla części starczyło na pokrycie strat, dla części nie starczyło, ale są też tacy szczęśliwcy, którzy mówią, że nie zarobiliby nigdy normalnie pieniędzy, które dostali.

Moim zdaniem lepiej było jednak skierować pomoc według Polskiej Klasyfikacji Działalności do firm, które zostały rzeczywiście zamknięte ze względu na rządowe restrykcje, na podstawie strat, które poniosły. Natomiast firmom, które mogły działać, choć również ponosiły straty, należało przekazać pomoc zdecydowanie mniejszą. Nie rozróżniono tych dwóch przypadków, a jest to moim zdaniem bardzo ważne. Pieniądze otrzymało też wiele firm, które niekoniecznie poniosły straty na poziomie adekwatnym do tego, jakie otrzymały wsparcie.

Nie należy jednak zbytnio obwiniać za to rządu, ponieważ sytuacja była bardzo dynamiczna i należało szybko podjąć działania, dlatego też wybrano taki model, a nie inny. Jednak jeszcze raz podkreślę, że moim zdaniem bardziej sprawiedliwe i odpowiadające realnym potrzebom byłoby skierowanie tego strumienia pieniędzy w większym stopniu do firm, które nie mogły działać. Byłby to wręcz jakiś rodzaj odszkodowania za to, że to rząd uniemożliwił im pracę.

Czy w takim przypadku działania takie jak bon wakacyjny mają sens?

Moim zdaniem lepiej było jednak skierować pomoc po Polskiej Klasyfikacji Działalności do firm, które zostały rzeczywiście zamknięte przez rząd, na podstawie strat, które poniosły. Natomiast firmom, które mogły działać, choć również ponosiły straty, należało przekazać pomoc zdecydowanie mniejszą

Pierwszy pomysł na bon wakacyjny nie miał sensu, sami pomysłodawcy nie mogli się zdecydować, czy jest to pomoc socjalna, czy też pomoc dla branży turystycznej. Bon taki mieli dostać wszyscy pracujący na etacie, zarabiający poniżej średniej krajowej. Jeśli spojrzymy na to z punktu widzenia pomocy branży turystycznej, to tego typu bon powinien być jak najbardziej powszechny, i kierowany, być może nawet najbardziej, do osób, które mają pieniądze, podobnie jak wszystkie akcje marketingowe kieruje się do tych, którzy posiadają środki, bo mogą ich potem więcej wydać. Tym bardziej, że każdy, kto dostanie taki bon, będzie musiał zapłacić za wakacje dużo więcej. Stad moja krytyka tej koncepcji.

Uważam, że jeśli już pomoc ma być kierowana za pomocą takiego bonu, to powinien otrzymać go każdy, kto płaci w Polsce podatki. Wtedy, nawet jeśli nominał bonu będzie niższy, to baza osób, które z niego skorzystają, będzie zdecydowanie większa, a co za tym idzie, pieniądze, które dołożą z własnej kieszeni też będą dużo większe. Poważną wadą tej wersji bonu wakacyjnego było również wykluczenie przedsiębiorców, którzy też przecież są obywatelami i płacą podatki. Wybrano trzecią drogę, myślę, że nasza krytyka też miała na to wpływ – bon turystyczny kierowany do dzieci. Choć moim zdaniem jest to wersja zdecydowanie lepsza od pierwotnej, to jednak nadal nieoptymalna.

Działa rządu skierowane do przedsiębiorców ocenia pan raczej pozytywnie, czy jest jednak coś takiego, z czym się pan stanowczo nie zgadza?

Przede wszystkim problemem był brak konsultacji ze środowiskiem przedsiębiorców. Rząd konsultował pierwsze założenia tarczy z dużymi organizacjami, które są w Radzie Dialogu Społecznego. Gdyby konsultował te założenia z szerokim środowiskiem, nie musiałby poprawiać tarcz. Mamy ich aż cztery, ponieważ w kolejnych wersjach były uwzględnione rozwiązania, o których my mówiliśmy od początku, i gdyby wprowadzić je od razu, uniknięto by kosztów i zamieszania.

Potem rząd słuchał już naszych uwag. Przykładowo: zmieniono rozwiązanie dotyczące mikropożyczki, zgodnie z którym miała być ona umorzona, jeśli firma będzie działać przez kolejne 3 miesiące po udzieleniu pomocy, po złożeniu przez przedsiębiorcę wniosku do urzędu. Wskazaliśmy, że jest to zbyteczna biurokracja, ponieważ urząd ma dostęp do Centralnej Ewidencji i Informacji Działalności Gospodarczej i może sprawdzić, czy ktoś prowadził działalność w określonym czasie. Zmieniona została też kwota 15 600 zł przychodu w lutym, która uniemożliwiała otrzymanie postojowego, a do granicy 15 600 zł przychodu uniemożliwiającej sfinansowanie składek ZUS z budżetu – w kolejnej tarczy dodano kryterium dochodowe. Rząd poprawiał to, co wskazywaliśmy jako warte poprawy, choć oczywiście lepiej byłoby to zrobić, od samego początku konsultując się ze środowiskiem.

Chcemy stworzyć w Polsce prawo, które znosi wszystkie obowiązki biurokratyczne mikroprzedsiębiorców wzorem Wielkiej Brytanii. Chcielibyśmy doprowadzić do nowego otwarcia, takiego, jakim kiedyś dla przedsiębiorców była „ustawa Wilczka”

Błędy zostały popełnione, byłbym jednak niesprawiedliwy, gdybym nie zauważał czynników, które mogły usprawiedliwiać te błędy. W obliczu pandemii trzeba było działać szybko i być może ten pośpiech był przyczyną tych złych rozwiązań, które w tej chwili krytykuję. Generalnie jednak dzięki pomocy rządowej wielu firmom udało się przejść przez kryzys. Obecnie problem polega na tym, że ona już się kończy. Czekają nas teraz bardzo trudne miesiące.

Jakie powinny być więc kolejne kroki rządu? Czego potrzebują teraz polscy przedsiębiorcy?

Rząd powinien w dialogu z naszym środowiskiem zacząć ułatwiać prowadzenie działalności gospodarczej. Jeszcze przed tym kryzysem opracowaliśmy 10 punktów, które mają w tym pomóc. Jesteśmy gotowi o tym rozmawiać.

Już można zacząć podejmować pewne kroki. Premier Morawiecki jeszcze w tamtym roku obiecał, że podniesie granicę obrotu, który uprawnia do zastosowania podatku zryczałtowanego zamiast podatku dochodowego w obecnej formie – do 2, a potem do 4 milionów euro. Można byłoby w tej sytuacji od razu wprowadzić tą wyższą granicę. Uprości to rozliczanie się przedsiębiorców, obniży koszty. Zostały już przygotowane założenia do zmiany tej ustawy, nic wiec nie stoi na przeszkodzie, żeby je szybko wprowadzić. Trzeba również urealnić stawki, ponieważ ustawa w tym zakresie obowiązuje już od 25 lat i są one zupełnie niedostosowane do obecnego rynku.

Minister Ziobro może skoncentrować się nad taką reformą sądów gospodarczych, żeby wyroki zapadały w kilka tygodni, tak jak np. w Niemczech. Jest to niezwykle istotne, ponieważ obecnie sprawy te ciągną się latami i nie pozwalają przedsiębiorcom na normalne funkcjonowanie.

Minister (rodziny, pracy i polityki społecznej – przyp. red.) Marlena Maląg powinna podjąć dyskusję z przedsiębiorcami na temat ZUS-u. Rząd ma już w tym zakresie pewne sukcesy, tj. mały ZUS+, który objął 300 tysięcy przedsiębiorców. Jednak wszystkich małych przedsiębiorców płacących pełny ZUS jest ok. 1,2 miliona, wiec wielu z nich wciąż zostało z problemem zryczałtowanego ZUS-u. Powinniśmy podjąć dyskusję dotyczącą dobrowolnych składek dla przedsiębiorcy, podkreślam: dla przedsiębiorcy, nie dla pracowników. Ewentualnie małe firmy można przenieść do KRUS-u. Mamy w Polsce system, który obejmuje rolników, a rolnicy to też są przedsiębiorcy. Obowiązuje ich niska składka, którą można byłoby objąć również innych mikroprzedsiębiorców, co wiąże się jednak z niską emeryturą. Ta dyskusja powinna być podjęta, ponieważ jeśli podejmiemy teraz takie kroki, to da to impuls do podnoszenia się gospodarki po tym kryzysie.

Mamy jeszcze kilka postulatów, dlatego należy usiąść do rozmów. Chcemy stworzyć w Polsce prawo, które znosi wszystkie obowiązki biurokratyczne mikroprzedsiębiorców wzorem Wielkiej Brytanii. Chcielibyśmy doprowadzić do nowego otwarcia, takiego, jakim kiedyś dla przedsiębiorców była „ustawa Wilczka”.

W ostatnich badaniach przedsiębiorcy wskazywali też, po raz kolejny, na problem z zatorami płatniczymi. Czy w tej sprawie podejmowane są jakieś działania?

Należy się zastanowić, czy nie wprowadzić szerzej metody kasowej do rozliczeń. Wiele kroków zostało podjętych w tym zakresie. Jest ustawa antyzatorowa, która pozwala szybciej odpisywać sobie niezapłacone kwoty. Rzeczywiście, jest to kwestia, która również wymaga tego, by usiąść i porozmawiać o tym, jak zmobilizować do płatności tych, którzy się ociągają. Jest to ważne, ponieważ pozwoli to zwiększyć płynność finansową firm, a w tej chwili jest ona zagrożona.

Nie zapominajmy, że kryzys uderzył też w budżet państwa, a rozwiązania, o których pan mówi, zwłaszcza dotyczące ZUS, oznaczają mniejsze wpływy do budżetu. W tej sytuacji realne wydaje się zagrożenie, że rząd będzie raczej szukał sposobu na zwiększenie wpływów.

Opór przed dobrowolnością jest bardziej ideologiczny niż praktyczny. Następuje ucieczka od wolności i państwo chce wszystkich przed wszystkim zabezpieczyć, zakładając, że ludzie są nieodpowiedzialni i sami o siebie nie zadbają

Wszyscy przedsiębiorcy w ciągu roku płacą za siebie łącznie 13 miliardów złotych. Po wprowadzeniu dobrowolnych składek ok. 50% z nich zostałoby w ZUS-ie, tak jak jest w Niemczech, co daje 7 miliardów złotych, które nie wpłynęłyby do FUS-u. W tej sytuacji trzeba byłoby albo szukać oszczędności w ZUS-ie, albo większej racjonalizacji w gospodarowaniu tymi finansami, żeby te 7 miliardów znaleźć, ewentualnie trzeba byłoby je dołożyć z budżetu. Jednak nasze pozostałe pomysły – reforma sądów, jak i zmiana podatku dochodowego na ryczałtowy – nie niosą ze sobą żadnych kosztów, a wręcz przeciwnie, zmiana może być pozytywna dla budżetu. Jeśli więcej przedsiębiorców będzie płaciło podatek zryczałtowany niż na zasadach ogólnych, to tych pieniędzy będzie więcej, co pokazuje nam doświadczenie tych, którzy w tej chwili już taki podatek płacą, a jest to ok. 500 tysięcy osób.

Wracając do ZUS-u, to problem byłby jedynie obecnie. Ten, kto nie będzie się ubezpieczał, nie będzie otrzymywał świadczeń chorobowych, rentowych, później emerytury. W dłuższej perspektywie będzie to neutralne dla budżetu. W tej chwili ryczałtowy ZUS jest zmorą przedsiębiorców. Minęła już trzymiesięczna pomoc rządu, która pozwoliła tym firmom przeżyć i odetchnąć. Dostaję sygnały od przedsiębiorców, że w końcu mogli trochę odetchnąć, bo nie musieli płacić tych 1500 zł miesięcznie, kiedy nie mieli przychodów. Teraz niestety będzie się zdarzało tak, że te przychody wciąż będą mniejsze lub nie będzie ich wcale, a składki trzeba będzie płacić. Gdybyśmy rozwiązali ten problem, to byłby to ogromny zastrzyk energii i możliwości dla naszej gospodarki, oczywiście mam na myśli tę „małą gospodarkę”, czyli sektor MŚP. Nie widzę więc w naszych pomysłach żadnego zagrożenia dla budżetu.

Skoro rozwiązania te są korzystne dla obu stron, to dlaczego do tej pory ich nie wprowadzono?

Obawiam się, że na niektórych polityków słowo „dobrowolny” działa jak płachta na byka. Politycy lubią się troszczyć o innych. Jednym z argumentów przeciwników dobrowolnego ZUS-u jest to, że przedsiębiorcy są nieodpowiedzialni, nie zadbają o siebie, nie będą chcieli płacić składki, ale też nie zgromadzą własnych środków na własną emeryturę, nie będą mieli dzieci, które im pomogą, generalnie nie będą mieć żadnego zabezpieczenia, i państwo i tak będzie musiało na starość ich wspierać. Jest to kompletna nieprawda. Już dziś w szarej strefie pracuje wielu Polaków, wypchniętych przez nasz system podatkowo-ubezpieczeniowy, który nakłada na każdą złotówkę 65 groszy różnych opłat. Mimo to, ci ludzie nie stoją przy śmietnikach i nie umierają z głodu. W Niemczech, gdzie są dobrowolne składki, też nic takiego się nie dzieje. Generalnie większość ludzi jest jednak odpowiedzialna za swoje życie i wiedzą, że muszą w jakiś sposób zabezpieczyć swoją emeryturę, jeśli nie płacą składki. Opór przed dobrowolnością jest bardziej ideologiczny niż praktyczny. Następuje ucieczka od wolności i państwo chce wszystkich przed wszystkim zabezpieczyć, zakładając, że ludzie są nieodpowiedzialni i sami o siebie nie zadbają.

polski polityk, menedżer, poseł na Sejm VI, VII i VIII kadencji, od 2018 rzecznik małych i średnich przedsiębiorców.
Sekretarz zespołu Nowej Konfederacji. Absolwentka bezpieczeństwa wewnętrznego na Uniwersytecie Warszawskim. Pracowała dla polityków i instytucji publicznych oraz organizacji pozarządowych.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz