Newsletter

Przeciw sanacyjnemu etatyzmowi

Zweig, Krzyżanowski czy Heydel próbowali implementować to, co wychodząc ze skarbnicy myśli wolnorynkowej i prokapitalistycznej, mogłoby się sprawdzić w warunkach polskich

Zweig, Krzyżanowski czy Heydel próbowali implementować to, co wychodząc ze skarbnicy myśli wolnorynkowej i prokapitalistycznej, mogłoby się sprawdzić w warunkach polskich

Głównymi bohaterami filmu dokumentalnego „Zapomniani. Historia krakowskiej szkoły ekonomicznej” produkowanego przez Fundację Wolności i Przedsiębiorczości mają być Ferdynand Zweig, Adam Krzyżanowski, Adam Heydel – polscy rzecznicy wolnorynkowego podejścia w gospodarce, działający głównie w dwudziestoleciu międzywojennym. Czy ich myśl ekonomiczna była tylko powielaniem pewnych utartych już przekonań znanych z zachodniej myśli liberalnej, czy jednak wzbogacali ją o jakieś specyficzne, polskie komponenty?

Wszyscy trzej wymienieni przez pana ekonomiści, choć blisko ze sobą związani, prezentowali nieco inne podejście do ekonomii. Krzyżanowski, choć był świetnym dydaktykiem i bardzo dobrym publicystą, nie był wybitnym naukowcem. Bardziej zresztą był skoncentrowany na zagadnieniach prawnych niż czysto ekonomicznych. Jego poglądy określiłbym jako konserwatywno-liberalne, bliskie dzisiejszej wolnościowej prawicy. Ferdynand Zweig chyba jako pierwszy w Polsce określił się mianem neoliberała – choć termin ten rozumiał inaczej, niż my go dziś kojarzymy. Adam Heydel był z kolei metodologicznym „Austriakiem”, uczestnikiem seminarium Ludwiga von Misesa i chyba najbardziej wolnorynkowym z całej trójki.

Ich myśl, choć różna, ale zarazem w pewien sposób podobna, miała specyficznie polskie komponenty. Trudno jednak mówić o nich jako o zupełnie samodzielnych ekonomistach, którzy wytworzyli swoją własną metodę badawczą a rezultaty jej stosowania są na tyle doniosłe, że komentowane także poza Polską. Tak nie było. Specyfika polskości u Zweiga, Krzyżanowskiego czy Heydla polega na próbie implementacji tego, co wychodząc ze skarbnicy myśli wolnorynkowej i prokapitalistycznej, mogłoby się sprawdzić w warunkach polskich czy szerzej – środkowoeuropejskich. Ferdynand Zweig, proponując w 1926 roku pracę na konkurs Banku Gospodarstwa Krajowego, zwycięską zresztą, odwoływał się do tradycji neoklasycznej, już istniejącej i ugruntowanej. Na jej podstawie przedstawiał jednak pomysł Polski będącej w unii celnej z Czechosłowacją i państwami bałkańskimi. Ta liberalna unia miała być dźwignią gospodarczą regionu i szansą na zatrudnienie wolnych rąk do pracy, które w Polsce były bezczynne. Nie ma tutaj nic bardzo nowego, to wszystko ktoś już wymyślił wcześniej. Ale nie zawsze przedstawiał to
w kontekście polskim.

Pomówmy teraz o tożsamości politycznej polskich liberałów gospodarczych. Duża część myślicieli ekonomicznych w okresie Międzywojnia, jak np. Adam Heydel, Roman Rybarski czy Edward Taylor sympatyzowała z Narodową Demokracją. Z czego to mogło wynikać?

Myślę, że mogło to wynikać z ideowego kolorytu polskiego nacjonalizmu. Nacjonalizm jako taki, moim zdaniem, nie jest jedną, ściśle ustaloną, doktryną polityczną. To raczej pierwiastek ideowy, do tego bardzo reaktywny, łatwo wchodzący w relacje uzupełniania się z innymi prądami myślowymi. Polski nacjonalizm zaczynał jako realistyczny, pozytywistyczny i raczej wolnorynkowy sprzeciw wobec romantyzmu w polityce prowadzącego nieuchronnie do kolejnych narodowych klęsk. To mogło podobać się sympatykom i rzecznikom poglądów liberalnych w gospodarce. Taki nacjonalizm łatwo bowiem „reagował” ze scjentyzmem, ideą samoorganizacji społeczeństwa, poglądem, że państwo nie musi robić wszystkiego, że jego skuteczność raczej wynika z niewielkiego zakresu narzuconych sobie zdań niż z pretensji do omnipotencji. Oczywiście ekonomiczny liberalizm i polityczny nacjonalizm nie są małżeństwem idealnym i takim też nigdy nie były. Ale w warunkach, w których żył i rozwijał się naród polski, najpierw pod zaborami, potem w już nowej politycznej rzeczywistości dwudziestolecia, takie małżeństwo było niezłym związkiem z rozsądku. Ogólną myśl skłaniającą do takiego mariażu ładnie wyartykułował Adam Heydel. Przy okazji rozważań o polskim szkolnictwie wyższym pisał on o nierealnym polskim idealizmie, który dążąc do osiągnięć najszczytniejszych, zaniedbuje podstawy. Racjonalna polityka oparta o ówczesną wiedzę naukową, przy tym pamiętająca o roli jednostki w budowaniu siły społeczeństwa, zdaje się być alternatywą dla takiego podejścia.

Adam Heydel przy okazji rozważań o polskim szkolnictwie wyższym pisał o nierealnym polskim idealizmie, który dążąc do osiągnięć najszczytniejszych, zaniedbuje podstawy

Oczywiście nacjonalizm w Polsce przeszedł rozliczne ewolucje. Nawet w II RP tradycja pozytywistyczna i realistyczna wcale nie była jedyną. Gospodarczych liberałów, z oczywistych względów, nie pociągał już jednak nacjonalizm inny, ten proponowany przez młodsze środowiska choćby spod znaku Falangi. Wcale mnie to nie dziwi.

Czy są znane polemiki przedstawicieli krakowskiej szkoły ekonomicznej z Michałem Kaleckim, który ostatnimi czasy stał się jednym z głównych wzorów do naśladowania zanikającej już polskiej lewicy?

Krakowiacy polemizowali przede wszystkim z ekonomicznym mainstreamem, Michał Kalecki się w nim nie znajdował. Nie znaczy to, że nie ma pewnych odwołań do jego twórczości w dorobku szkoły krakowskiej. Powoływał się na niego i wzmiankował go choćby Adam Heydel, nie można jednak nazwać tego jakąś wyraźną polemiką. Najważniejsze dzieło Kaleckiego „Próba teorii koniunktury” nie było szeroko komentowane, być może w Polsce brało się to stąd, że – jak zauważa Dariusz Grzybek – większość katedr ekonomii na naszych uniwersytetach była obsadzona przez ekonomistów o prawniczym, a nie ekonomicznym zacięciu. Szkoda. Kalecki zdecydowanie był oryginalny i miał pewną propozycję, o której warto było rozmawiać. To zdecydowanie jeden z niewielu polskich ekonomistów, który uprzedził zachód w sformułowaniu teorii ekonomicznej, jego istotność polega więc przede wszystkim na tym, że nie ograniczył się tylko do recepcji czyichś osiągnięć i próbie przystosowania ich do polskich realiów. Być może jednak właśnie ten element, czyli nowatorskość jego naukowej postawy, do pewnego stopnia ograniczyła możliwości polemiki pomiędzy nim a szkołą krakowską.

Michał Kalecki to zdecydowanie jeden z niewielu polskich ekonomistów, który uprzedził zachód w sformułowaniu teorii ekonomicznej

Jakie były główne osie sporu pomiędzy liberałami a interwencjonistami w międzywojennej Polsce? Oczywistym jest, że Polska startowała z niskiego pułapu, zwłaszcza w kontekście różnego stopnia rozwoju gospodarek poszczególnych zaborów i zniszczeń wojennych. Czy to też miało jakiś wpływ na debaty między dwoma obozami?

Główną oś sporu nakreślił jeszcze XIX wiek i ówczesne idee mówiące o tym, co ma robić państwo, a czego robić nie powinno. Chyba najlepiej ujął to Herbert Spencer, pisząc o organizacji społeczeństwa jako militarnego lub produkcyjnego. To pierwsze jest oparte o rozkaz, to drugie o umowę. II RP to siłowanie się tych koncepcji i zwycięstwo pierwszej z nich. Ten ogólny spór znajdował rzecz jasna swoje kolejne rundy w mniej filozoficznych, a bardziej namacalnych decyzjach i polemikach z nimi. Szkoła krakowska krytycznie odnosiła się do barier celnych, państwowej własności, monopoli, teorii i praktyki funkcjonowania państwa. Ten spór był jednak często tylko publicystyczny. Słabość polityczna liberałów w II RP pozwalała im tylko na aktywność intelektualistów, dużo rzadziej polityków.

O co na przykład się spierali?

Dobrym przykładem jest tutaj memoriał pt. „Projekt naprawy finansowej i gospodarczej” autorstwa Ferdynanda Zwegia i Adama Krzyżanowskiego. Był to pomysł na zupełnie inną politykę reagowania na wielki kryzys. Autorzy proponowali czasowe zawieszenie wymienialności złotówki na złoto, likwidację pomocy publicznej dla eksporterów i zaprzestanie państwowych form walki z bezrobociem. Ten projekt, złożony w 1932 roku na ręce premiera Aleksandra Prystora, oczywiście nigdy nie został zrealizowany. Zamiast tego sanacja uskuteczniała swoją własną koncepcję – opartą o wytyczne Ignacego Matuszewskiego i Adama Koca politykę deflacyjną, prowadzoną zresztą wybiórczo oraz bardzo rozwlekle, i jednocześnie interwencjonistyczną.

Z czego wynikała polityka protekcjonistyczna stosowana w okresie Międzywojnia, przez piłsudczyków dopracowana do perfekcji? Jeżeli przyjmiemy, że według teorii interwencjonizmu państwo ma interweniować w gospodarce tylko w okresach kryzysów, to dlaczego tej polityki trzymano się także po Wielkim Kryzysie? Może czemuś to jednak służyło? A może po prostu piłsudczycy nie znali innego sposobu zarządzania gospodarstwem narodowym?

Pamiętajmy o „duchu czasów”, który wtedy panował. Liberalizm był w odwrocie. Nie tylko w naszej części Europy, nie tylko na całym naszym kontynencie, ale nawet w  USA. Zwyczajnie pewne rozwiązania i pomysły lepiej mieściły się w politycznej wyobraźni od innych. Drugą przyczynę widziałbym jako zupełnie lokalną. Polskie tradycje liberalne nigdy nie były zbyt silne. Sanacji łatwiej było narzucić swoją agendę w sytuacji, w której ideowa konkurencja była zwyczajnie słabsza, nawet jeśli nie intelektualnie, to na pewno organizacyjnie. Trzecią dostrzegałbym w samej praktyce interwencjonizmu. Państwo, które – niekiedy w jak najlepszej wierze – przejmie część decyzji odnoszących się do gospodarki, nawet po zażegnaniu problemu motywującego je do takiego kroku, bardzo niechętnie opuszcza zajęte pole. Nazywamy to efektem zapadki. Z takim efektem mieliśmy do czynienia w II RP. Na to wszystko nakładał się i czwarty czynnik – specyficzne myślenie o gospodarce prezentowane przez sanację, ludzi o bardzo często wojskowej przeszłości. Gospodarka to nie kompania kadrowa i nie można w niej regulować wszystkiego rozkazami. Ale ta dość oczywista wiedza uciekała żołnierzom, którzy naprawdę ufali w swoje władcze możliwości. Niestety zgubna pycha rozumu niekiedy nosi żołnierski mundur.

Ferdynand Zweg i Adam Krzyżanowski proponowali inną politykę reagowania na wielki kryzys – czasowe zawieszenie wymienialności złotówki na złoto, likwidację pomocy publicznej dla eksporterów i zaprzestanie państwowych form walki z bezrobociem

Czy zauważa Pan jakieś paralele między sytuacją gospodarczą Polski międzywojennej i III Rzeczpospolitej? Może warto porównać plan ministra Kwiatkowskiego do wizji wicepremiera Morawieckiego, zwłaszcza w kontekście intensyfikacji działań państwa na rzecz pobudzania koniunktury?

Tak, zauważam. Oczywiście nie wiem tego, czy minister Morawiecki autentycznie inspiruje się polityką prowadzoną przez ministra Kwiatkowskiego, ale nawet jeśli nie, to podobieństwa są dość oczywiste. Państwo ma być aktywne, ma nie tylko budować, ale też zarządzać, ma także być innowatorem, a przy tym wszystkim wypełniać jeszcze swoje tradycyjne zadania. Jak to się skończy? Moim zdaniem oczywiście źle. I zawsze będzie się tak kończyć do czasu, kiedy to każdy urzędnik decydujący o państwowych inwestycjach nie dostanie na wyposażenie swojego gabinetu szklanej kuli. Bardzo trudno jest bowiem przewidzieć, jakie branże są dziś warte państwowego wsparcia i można zauważyć, że jest i będzie ono udzielane przede wszystkim w oparciu o pobudki polityczne, niekoniecznie ekonomiczne. Albo nawet modę. Widzimy to w „Planie Morawieckiego” wymieniającym przemysł dronów jako warty wsparcia państwa. Co ciekawe, polscy producenci dronów radzą sobie dobrze także dziś, a Polska, obok USA i Izraela, jest czołowym producentem tego typu maszyn.

Dlaczego w III Rzeczpospolitej nie stworzyliśmy samodzielnej szkoły ekonomicznej? Zauważmy, że liberałowie pokroju Balcerowicza nieustannie używają sloganów do bieżącej walki politycznej, próbując w ten sposób stwarzać atmosferę ścisłego przylegania do Zachodu, także w kontekście doktrynalnym. Czy nie warto byłoby uwzględnić w tym kontekście polskich warunków politycznych?

Być może taka szkoła wcale nie była nam potrzebna, bo być może nasze uwarunkowania gospodarcze, a co za tym idzie polityka ekonomiczna, jaką moglibyśmy na jej podstawie prowadzić, wcale nie są aż tak specyficzne, jak mogłoby się nam wydawać. Proszę mnie przy tym dobrze zrozumieć: wcale nie podoba mi się to, że minister Morawiecki bezrefleksyjnie powtarza za Marianą Mazzucato. Wolałbym, abyśmy w miarę możliwości używali tych teorii, które jeszcze nie zostały sfalsyfikowane na Zachodzie. Tymczasem uzależnienie od zachodniego dyskursu ekonomicznego jest w Polsce oczywiście wyraźnie widoczne. Skoro taka jest już nasza specyfika i skoro brak jest w Polsce naszej własnej szkoły ekonomicznej, to chociaż używajmy tych teorii, które są dobre i prowadzą do większego, a nie mniejszego dobrobytu. Jako libertarianin byłbym tutaj oczywiście zwolennikiem implementacji osiągnięć wypracowanych przez szkołę austriacką czy chicagowską. Zamiast tego usiłujemy ściśle przylegać do Zachodu w tej jego mniej udanej wersji.

Niestety zgubna pycha rozumu niekiedy nosi żołnierski mundur

Czy jest w myśli przedstawicieli krakowskiej szkoły ekonomicznej coś uniwersalnego, mogącego stanowić dla nas pewien drogowskaz w działaniu ekonomicznym?

Oczywiście. Osobiście widzę dwa takie drogowskazy. Pierwszym byłoby przekonanie, z różną siłą artykułowane tak przez Krzyżanowskiego, jak przez Heydla i Zweiga, ale jednak obecne u nich wszystkich, że więcej swobody gospodarczej będzie zwyczajnie korzystniejsze niż jej brak. Oczywiście trudno w nich widzieć libertarian, nie byli oni zwolennikami prywatyzacji wszystkiego lub niemalże wszystkiego. Ale w tym ogólnym przekonaniu odnoszącym się do zbawczej roli wolności byli dość charakterystyczni. Po drugie, ekonomiści szkoły krakowskiej byli i są nadal doskonałym przykładem patriotów, którzy starania o wolność jednostki łączyli z autentycznym zaangażowaniem na rzecz swojej wspólnoty. Adam Heydel przypłacił je zresztą życiem. Dla mnie, dość niecodziennego i nieoczywistego libertarianina – pozytywisty, patrioty – takie podejście, budowanie relacji międzyludzkich dobrowolnie, od dołu, ale jednocześnie z szacunkiem dla tradycji i świadomością znaczenia wspólnot nawet tak dużych jak naród, jest zwyczajnie atrakcyjne. Uważam, że wolnościowcy w osobach przedstawicieli szkoły krakowskiej w ekonomii mogą znaleźć bohaterów godnych naśladowania. Nie zawsze, aby uzasadnić nasze poglądy, musimy odwoływać się do tradycji anglosaskiej, chlubnej i wspaniałej, ale jednak dla nas obcej. Mamy, jak się okazuje, naszą własną. Mniej wpływową, ale jednak. Tylko musimy ją sobie przypomnieć.