Jak PiS broni kast

Politycy Prawa i Sprawiedliwości są bardzo chętni do rozdawania niezasłużonych przywilejów. Nasze państwo nadal służy jako instrument pozwalający drenować kieszenie jednych i przesypywać uzyskane środki do kieszeni innych

Politycy Prawa i Sprawiedliwości są bardzo chętni do rozdawania niezasłużonych przywilejów. Nasze państwo nadal służy jako instrument pozwalający drenować kieszenie jednych i przesypywać uzyskane środki do kieszeni innych

Uchwalenie ustawy „Apteka dla aptekarza” pokazało, że obecny rząd chętnie rozdaje przywileje wybranym grupom zawodowym. W kolejce stoją nie tylko księgarze i sklepikarze.

Politycy Prawa i Sprawiedliwości lubią ukazywać się jako pogromcy sitw. Po głowie dostają (często zresztą zasłużenie, choć zazwyczaj zbyt mocno) sędziowie czy zawodowi samorządowcy od dziesięcioleci kierujący „swoimi” gminami czy powiatami. Jednak gdy się przyjrzeć dokładnie, obecnie rządzący są bardzo chętni do rozdawania niezasłużonych przywilejów. Nasze państwo nadal służy jako instrument pozwalający drenować kieszenie jednych i przesypywać uzyskane środki do kieszeni innych, co jest jednym z przejawów jego pasożytniczego charakteru.

Utrzeć nosa Gowinowi

Od lat 90. XX wieku nie było chyba władzy, która w takim stopniu szłaby na rękę różnym grupom zawodowym, co obecnie Prawo i Sprawiedliwość. Jest to o tyle zaskakujące, że PiS był za swoich poprzednich rządów przecież w awangardzie otwierania zawodów prawniczych, co udało się zrobić jedynie częściowo, gdyż Trybunał Konstytucyjny zablokował w 2006 roku „lex Gosiewski” w radykalnej formie. Z drugiej strony rozwiązania podobne do tych, które właśnie uchwalono w ramach ustawy „Apteka dla aptekarza”, forsował już ponad 10 lat temu ówczesny wiceminister zdrowia, a obecny europoseł PiS Bolesław Piecha. Tym razem się udało, choć nie bez przeszkód, bo jako że posłowie Polski Razem byli przeciw, jedynie dzięki zarządzeniu pancernej dyscypliny klubowej, niespotykanej w przypadku takich branżowych głosowań, oraz poparciu dla nowego prawa ze strony Polskiego Stronnictwa Ludowego i satelickiego wobec PiS koła Wolni i Solidarni.

Wbrew zapowiedziom ustawa o jednolitej cenie książki nie zmieni ani o milimetr sytuacji wydawców, gdyż nie zakazuje ona stosowania rabatów w kontaktach ze sprzedawcami

Wiele wskazuje na to, że ustawa została potraktowana przez Jarosława Kaczyńskiego czysto instrumentalnie po to, by utrzeć nosa Jarosławowi Gowinowi, gdyż postawa posłów klubu PiS, zasiadających w komisji żartobliwie zwanej deregulacyjną (to ona zajmowała się pracą nad ustawą drobiazgowo regulującą funkcjonowanie nowych aptek), nie tylko należących do partii ministra nauki, ale także do Prawa i Sprawiedliwości, pokazywała, że nie ma w tej sprawie jednomyślności. Kolejne zwycięstwo „Szeregowego Posła z Żoliborza” polega na tym, że udowodnił Gowinowi, iż w razie potrzeby nie musi liczyć na jego szable, gdyż może sięgnąć po pomocną dłoń ludowców lub uciekinierów od Kukiza. W zamian za to na terenie o promieniu 500 m będzie mogła od tej pory istnieć w Polsce tylko jedna apteka i to tylko pod warunkiem, że w gminie jedna apteka przypada na co najmniej 3 tysiące mieszkańców (jeśli nasycenie rynku jest większe, promień między dwoma aptekami rozrasta się do kilometra). Należeć ona będzie mogła tylko do farmaceuty lub spółki farmaceutów. Dodatkowo jeden farmaceuta będzie mógł posiadać najwyżej cztery apteki.

Kolejka jest dłuższa

Takie rozwiązania nie mają sensu ze społecznego punktu widzenia i są tylko prezentem dla grupy zawodowej farmaceutów. Z uzasadnienia ustawy wyziera przekonanie, że farmaceuta to jakiś oddzielny gatunek człowieka, półanioł, który w przeciwieństwie do absolwenta innego kierunku z pewnością nie sprzeda osobie uzależnionej składników potrzebnych do produkcji narkotyków i nie będzie także brał udziału w niecnym procederze nielegalnego wywozu leków za granicę. Także argument, że dzięki terenowym i osobowym ograniczeniom, jeśli chodzi o powstawanie nowych aptek, wypchnie się farmaceutów poza duże ośrodki, jest bałamutny. Przede wszystkim zmniejszy to konkurencję, wpłynie na wzrost cen i może spowodować powstawanie monopoli w mniejszych miejscowościach, na co wskazywał Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, krytycznie oceniając projekt.

Tymczasem czeka nas najprawdopodobniej kolejna ustawa uchwalona w interesie wąskiej grupy zawodowej. Choć los „ustawy o jednolitej cenie książki” nie jest jeszcze przesądzony, wiele – zwłaszcza z wypowiedzi ministra kultury i dziedzictwa narodowego Piotra Glińskiego – wskazuje na to, że zostanie wprowadzone prawo zakazujące przez rok sprzedaży książek w cenie niższej niż 95 proc. z góry ustalonej kwoty (nie licząc pewnych wyjątków, takich jak np. sprzedaż na targach). Ustawa ta ma wedle ministra Glińskiego i Polskiej Izby Książki chronić drobnych księgarzy przed konkurencją ze strony wielkich sieci. Dodam, że także ze strony księgarni internetowych, które stają się dla tych stacjonarnych coraz większym zagrożeniem. Wbrew zapowiedziom ustawa nie zmieni ani o milimetr sytuacji wydawców, gdyż nie zakazuje ona stosowania rabatów w kontaktach ze sprzedawcami.

Bolt z ciężarkami

A przecież to nie wszystko. W kolejce czekają jeszcze drobni sklepikarze, którzy chcą być wyłączeni z zakazu handlu w niedzielę. Tu zresztą mamy dość ciekawą sytuację, bo z jednej strony ustawa ma nie obowiązywać tych, którzy nie zatrudniają pracowników, z drugiej strony obejmie franczyzobiorców, traktowanych niczym pracownicy wielkich sieci handlowych. Nie wnikając w zasadność samego zakazu handlu w niedzielę, mamy tu do czynienia z uprzywilejowaniem części uczestników konkurencyjnej gry rynkowej, czego zresztą nie ukrywa szef Komitetu Stałego Rady Ministrów Henryk Kowalczyk. I nijak nie współgra to z „propracowniczą” argumentacją na rzecz zakazu, gdyż także drobne sklepy, których właściciele mogą sami stanąć za ladą, ze sobą konkurują, i siłą rzeczy będą czuli się do tego zobowiązani, mając świadomość, że właściciel sklepu mieszczącego się dwie ulice dalej zrobi to samo. Jeśli chodzi więc o to, by dzięki zakazowi dla większych sklepów właściciele tych mniejszych mogli więcej zarobić, wszystkie argumenty na rzecz świętości niedzieli i walki z konsumpcyjnym stylem życia można sobie włożyć w kieszeń. Z logicznego punktu widzenia te miałyby zastosowanie tylko wówczas, gdyby chodziło o wprowadzenie całkowitego zakazu.

Sytuacja na rynkach jest zbyt skomplikowana, by mówić o prostej walce między dobrymi, prawdziwie polskimi, drobnymi przedsiębiorcami a straszliwymi międzynarodowymi korporacjami

We wszystkich tych przypadkach łatwo wskazać beneficjentów ograniczeń i regulacji. W przypadku aptek będą to farmaceuci już posiadający własne apteki i hurtownicy korzystający z rozdrobnienia rynku, w przypadku jednolitej ceny książki drobni i średniej wielkości księgarze stacjonarni, a w przypadku zakazu handlu w niedzielę drobni sklepikarze. Oni wszyscy, lobbując u aktualnie rządzących na rzecz swego partykularnego interesu, chętnie sami biegną w awangardzie z wyciągniętym palcem wskazującym, krzycząc „łapać złodzieja” i oskarżając przeciwników nowych regulacji o to, że działają w interesie wielkich korporacji, najchętniej zagranicznych. Niedźwiedzią przysługę przeciwnikom takiej klientelistycznej polityki wyświadczają np. ambasady takich krajów jak Izrael czy USA, otwarcie sprzeciwiając się „Aptece dla aptekarza”, ale nie zmienia to faktu, że każda regulacja – a także jej brak – ma swoich beneficjentów. Różnica polega na tym, że zmieniane właśnie rozwiązania nie uprzywilejowują nikogo. Gdy ktoś mówi, że korzystają z nich np. wielkie sieci księgarskie, które mogą stosować wysokie rabaty, to tak, jakby mówił, że dystans 100 m działa na rzecz Usaina Bolta, ponieważ jest na nim najszybszy. Z drugiej strony nowe regulacje ograniczające dostęp do zawodu, wprowadzające ceny minimalne na towary czy zakazujące części przedsiębiorców sprzedaży w wyznaczony dzień to jak uprzywilejowywanie pozostałych biegaczy poprzez przywiązanie Boltowi obciążników do nóg lub wręcz wykluczenie go z wyścigu.

Potrzeba rewolty konsumentów

Zresztą sytuacja na rynkach jest zbyt skomplikowana, by mówić o prostej walce między dobrymi, prawdziwie polskimi drobnymi przedsiębiorcami a straszliwymi międzynarodowymi korporacjami. Przykładowo na rynku księgarskim nie mamy Usaina Bolta. Jest na nim kilku ścigających się między sobą potentatów, część z nich doznała zresztą ostatnio zadyszki (by wspomnieć o Matrasie). W tyle zostali zawodnicy starszej daty, którzy przespali sygnał startera, gdy do biegu ruszyły księgarnie internetowe.

„Apteka dla aptekarza” nie ma sensu ze społecznego punktu widzenia i jest tylko prezentem dla grupy zawodowej farmaceutów

Ale nawet gdybyśmy mieli do czynienia z walką „drobnych sklepikarzy” z megasklepami – zwłaszcza zagranicznymi, bo przecież te zmiany argumentowane są także motywacją repolonizacyjną – to dlaczego arcypolska „drobnica” budzi naszą sympatię, a nie budzą jej ci, którzy zapłacą rachunek, czyli jak najbardziej polscy klienci? Tu nie chodzi bowiem o dobro dużych firm czy nowych graczy, którzy mogą się pojawić na rynku (choć zakazanie komuś inwestowania w aptekę tylko dlatego, że nie jest farmaceutą, samo w sobie jest rażącą niesprawiedliwością). Tu chodzi o rosnące ceny i gorszy dostęp do towarów i usług, które są skutkiem tego typu ograniczeń. Tylko że z nimi bardzo trudno się walczy. Przede wszystkim dlatego, że mamy tu do czynienia z bardzo szanowanymi zawodami. Bez farmaceutów, księgarzy, sklepikarzy (w kolejce stoją także taksówkarze, przewodnicy turystyczni czy przedstawiciele innych, zderegulowanych za poprzedniej władzy zawodów) życie byłoby trudniejsze, a przynajmniej bardziej nudne. Stąd osoby pełniące te profesje czują się uprawnione do podkreślenia wagi tego, co robią, powtarzając, że przecież „książka to nie kiełbasa” a „lekarstwo to nie bułka”, z czego ma w domyśle wynikać, że rynki te mają być drobiazgowo uregulowane. Tyle, że większość nas kupuje jedzenie częściej niż książki i lekarstwa, z czego jakoś do tej pory nikt nie wysnuł wniosku, że do posiadania sklepu z wędlinami potrzebny jest tytuł magistra inżyniera technologii żywności i żywienia człowieka, zaś w promieniu kilometra winna znajdować się tylko jedna piekarnia (nie wywołujmy jednak wilka z lasu, i na te pomysły ktoś może wpaść). Jednocześnie bezpośrednim beneficjentom takich rozwiązań o wiele bardziej opłaca się walka o nie niż klientom obrona przed regulacjami. Komuś, kto dostanie sto złotych, bardziej zależy na tym, by je uzyskać, niż stu osobom, które mają się na ten zysk zrzucić po złotówce, na obronie tej złotówki. Zwłaszcza, jeśli jakiś ekspert wmówi im, że same na tym zyskają, a poza tym na całym świecie jest tak samo (z reguły guzik prawda, a nawet jeśli, to co z tego?).

Zwłaszcza teraz, gdy obecny rząd (a także w tym zakresie jego częsty nieformalny koalicjant Polskie Stronnictwo Ludowe) jest tak podatny na naciski branżowych grup interesów, potrzebna jest większa świadomość wspólnoty interesów konsumentów (szeroko rozumianych: chodzi tak samo o spożywców, czytelników, jak i pacjentów potrzebujących leków). Nie chodzi tym razem, choć i to jest ważne, o to, by czytać składy kupowanych produktów i nie dać się robić w balona. Chodzi o to, że w interesie konsumentów leży jak najszersza konkurencja, która pociąga za sobą wyższą jakość i niższe ceny. Każde ograniczenie dostępu do zawodu, regulacja cen czy utrudnienia w zakładaniu nowych przedsiębiorstw tę konkurencję zmniejszają. Potrzebna nam jest rewolta konsumentów po to, by nasz system gospodarczy nie poszedł w kierunku kastowo-cechowego, który tylko ułatwi pasożytowanie na nas wszystkich.

Stefan Sękowski
Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem" i "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz