Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Pandemia w krainie Escobara i salsy

Ameryka Łacińska należy do regionów, które na kryzysie wywołanym pandemią tracą najwięcej. Winne są słabo rozwinięte instytucje i kiepska opieka zdrowotna

Ameryka Południowa kojarzy się nam z turystyką na Karaibach, dżunglą amazońską, przemysłem wydobywczym czy też wielkimi problemami społecznymi. Niewątpliwie tworzą ją kraje wschodzące o szybko rozwijających się gospodarkach, jednak trawione wielką przestępczością i korupcją. To w końcu w Brazylii wybuchła największa afera korupcyjna ostatnich lat, czyli sprawa Odebrecht. Oglądając filmy dokumentalne z tamtych rejonów, często widzimy wielkie osiedla faweli, w których setki tysięcy osób żyją w domach zbudowanych z najtańszych materiałów, bez dostępu do podstawowej opieki medycznej czy też nawet wody bieżącej.

W Kolumbii pandemia ma kolor czerwony. Taki kolor flagi wywieszają ludzie w oknach, jeżeli chcą dać znać sąsiadom, że w ich domu brakuje podstawowych dóbr niezbędnych do przeżycia – leków, żywności czy nawet wody

Przed przejściem do analizy, jak poszczególne kraje poradziły sobie (bądź nie) z pandemią, trzeba podkreślić jeszcze jeden istotny fakt. Zdecydowana większość kontynentu leży na półkuli południowej lub w okolicach równika. Oznacza to, że sezon grypowy przypadający tradycyjnie na miesiące zimowe tutaj przypada na okres od maja do października. Sytuacja nieco inaczej wygląda w krajach leżących na obszarach tropikalnych i subtropikalnych. Tam grypa występuje przez większość roku, a nasila się w porze deszczowej, która w Ameryce południowej z zasady wypada w czasie zimy i jesieni, a więc od grudnia do maja. Jednak pamiętać należy, że mają na to wpływ również takie kwestie jak odległość od oceanów czy też wysokość na jakim położony jest dany region. Wszystko to prowadzi do niesatysfakcjonującego wniosku, że nie można tutaj uprościć sytuacji i wskazać tak jak w Europie czy w Ameryce, że sezon grypowy zaczyna się na (naszą) jesień i kończy w kwietniu.

Zmienny jak Bolsonaro

Ze wszystkich krajów Ameryki Południowej warto zajrzeć do tego największego – Brazylii. Na połowę grudnia oficjalne statystyki mówią o prawie 7 mln zakażeń. Można powiedzieć, że to relatywnie niedużo, w końcu to trochę ponad 3% populacji. Dla porównania – jest to podobny procent jak w Polsce. Trudno jednak wierzyć w te statystyki. W połowie czerwca oficjalne dane dotyczące COVID-19 zniknęły ze strony tamtejszego ministerstwa zdrowia. Samo ministerstwo oficjalnie przyznawało, że nie wie, ile testów wykonuje się w całym kraju. Koordynację spójnej polityki antycovidowej skutecznie utrudnia sam prezydent Jair Bolsonaro, który w ciągu ostatniego pół roku kilkukrotnie zmieniał ministrów zdrowia, na jednego z nich powołując nawet wojskowego, aktualnie piastującego to stanowisko generała Eduardo Pazuello. Ostatniego ministra sprzed kadencji Bolsonaro, Luiza Mandettę z hukiem zwolnił w kwietniu tego roku, oskarżając go o „zarzynanie złotej kury, jaką jest brazylijska gospodarka” poprzez wprowadzenie obostrzeń. Mandetta jest jednym z przeciwników politycznych Bolsonaro, członkiem liberalnej partii DEM i prawdopodobnym kandydatem w kolejnych wyborach prezydenckich i aktualnie jednym z głównych krytyków polityki prezydenta. Walka z COVID-19 nie ma więc w Brazylii podłoża wyłączenie zdrowotnego, ale też mocny kontekst polityczny, gdyż przeciwko Bolsonaro poza opozycją posiadającą większość w parlamencie jest również większość gubernatorów stanowych, którzy z uwagi na federalny charakter Brazylii posiadają bardzo szerokie uprawnienia. Ten w odpowiedzi groził wszystkim gubernatorom interwencją wojskową w przypadku, gdyby ci zdecydowali się na wprowadzenie restrykcji.

Sytuacja nie wygląda najlepiej również w innych krajach Ameryki Południowej. Jak w jednym z odcinków podcastu „Dział Zagraniczny” wspominał jego autor, Maciej Okraszewski, w Kolumbii pandemia ma kolor czerwony. Taki kolor flagi wywieszają ludzie w oknach, jeżeli chcą dać znać sąsiadom, że w ich domu brakuje podstawowych dóbr niezbędnych do przeżycia – leków, żywności czy nawet wody. Jest to pokłosie twardego lockdownu, który wprowadził rząd Kolumbii. Zamknięte były sklepy, bary i restauracje, osoby poniżej 14 i powyżej 65 roku życia miały całkowity zakaz opuszczania domów. Wprowadzono system pico y cedula, który umożliwia wyjście z domu tylko osobom posiadającym w numerze dokumentu tożsamości daną cyfrę. Zgodnie z oficjalnymi danymi jednak nie wpłynęło to na zahamowanie epidemii, gdyż po wprowadzeniu tych restrykcji w lipcu i sierpniu ciągle odnotowywano średnio 7-10 tys. przypadków dziennie.

„Znak od Boga”

Jeszcze gorsza sytuacja jest w pobliskim Peru oraz Ekwadorze. W tych dwóch skrajnie biednych krajach wirus pomimo szybkiego lockdownu zebrał krwawe żniwo. W Peru (ok. 32 mln mieszkańców) do grudnia odnotowano ok. 950 tys. przypadków (z czego połowa w samej stolicy, Limie), zmarło natomiast  37 tys. osób. Jeszcze mniej wiarygodne są statystki z Ekwadoru (17 mln mieszkańców), gdzie  odnotowano tylko ok. 200 tys. przypadków i 14 tys. zgonów. Prawdziwa skala epidemii nie jest więc znana, podobnie jak w Brazylii, gdyż kraj nie wykonuje odpowiedniej ilości testów. Jednak liczne reportaże z Guayaquil, zwanego „ekwadorskim Wuhan”, mogą sugerować prawdziwy zasięg epidemii. System opieki zdrowotnej w tym mieście doznał tak skrajnej zapaści, że kostnice nie były w stanie odbierać ciał zmarłych, które nieraz zalegały na ulicach. Jak wskazywały lokalne agencje, nie wszystkie te osoby były ofiarami COVID-19, ale też niedofinansowanego systemu opieki zdrowotnej, który już przed epidemią miał duże problemy.

Dla dużej ilości państw w Ameryce Południowej i Środkowej tak naprawdę nie można wysnuć wiarygodnych wniosków na temat stanu epidemii. Kraje takie jak Wenezuela, Surinam, Gujana czy Belize nie podają wiarygodnych informacji dotyczących ilości zakażeń. Jednak wszystkie z większym bądź mniejszym sukcesem wprowadzały politykę obostrzeń. Do wyjątków należy jednak Nikaragua, której dyktator Daniel Ortega stwierdził, że pandemia jest znakiem od Boga, że świat podąża złą ścieżką, a Nikaragua to kraj ludzi ciężko pracujących, którzy nie mogą umrzeć z głodu. Z tego powodu, na początku pandemii w tym kraju jako w jedynej lidze poza białoruską i tadżykistańską nie zawieszono rozgrywek ligowych piłki nożnej.  Nie wiadomo jednak jak wpłynęło to na epidemie, gdyż trudno uwierzyć, że w kraju z tak niedofinansowaną służbą zdrowia odnotowano tylko 6 tys. przypadków i 163 zgony (na 6,5 mln mieszkańców).

Przez pandemię koronawirusa Amerykę Łacińską może czekać największy kryzys od lat – zarówno ekonomiczny jak i zdrowotny

Ameryka Łacińska cierpi

Z powyższych przykładów wyłania się ponury obraz, z którego wynika że większość krajów Ameryki Południowej nie radzi sobie z pandemią, która przynosi również skrajną zapaść gospodarczą. Są jednak dwa państwa, które radzą sobie dużo lepiej niż pozostałe. Są to Paragwaj i Urugwaj. Szczególnie w tym drugim wyniki przez długi czas były spektakularne. Do 18 października w Urugwaju potwierdzono jedynie 2501 przypadków COVID-19 (przy 51 przypadkach śmiertelnych). Na korzyść Urugwaju przemawia oczywiście mała powierzchnia i ludność (jedyne 3,5 mln mieszkańców na powierzchni ok. 176 tys. km2, czyli nieco większej niż połowa Polski), jednak szybkie zamknięcie granic oraz szkół pomogło uniknąć narodowej kwarantanny. Należy dodać, że w Urugwaju funkcjonuje bardzo dobry jak na warunki Ameryki Południowej system opieki zdrowotnej, gwarantujący np. bezpłatne i powszechne szczepienia przeciwko grypie. Sam Urugwaj nosi w związku z tym zaszczytne miano „Szwajcarii Ameryki Południowej”. Jednak dlaczego w stosunku do tego państwa można mówić o sukcesie, jeżeli na każdym kroku wspominam o tym, że statystyki są niewiarygodne? Otóż Urugwaj wykonuje gigantyczną nawet jak na warunki światowe ilość testów. Na każdy stwierdzony przypadek COVID-19 Urugwaj wykonał 233,7. Dla porównania: w Argentynie wykonano 1,7 testu, w Meksyku 1,9, natomiast w Kolumbii – 3. Przepaść widać gołym okiem. Niestety, w ostatnim czasie liczba potwierdzonych przypadków zaczęła gwałtowanie rosnąć, jednakże dalej nie zdecydowano się na wprowadzenie ścisłego lockdownu.

Gospodarka Ameryki Południowej opiera się głównie na rolnictwie, przemyśle wydobywczym oraz turystyce. Niestety wszystkie te gałęzie przemysłu mocno ucierpiały na pandemii. Cena ropy, której wydobycie stanowi duży procent gospodarki Brazylii, Surinamu czy Gujany, spadła do najniższych poziomów (paradoksalnie nie uderzyło to w sąsiednią bogatą w ropę Wenezuelę, która od wielu lat praktycznie zaprzestała przetwórstwa ropy ze względu na kryzys gospodarczy i braki w odpowiedniej technologii). Dodatkowo pandemia obniżyła popyt na produkty spożywcze w USA i w Europie, co negatywnie wpłynęło również na sektor rolniczy. O tym, że turystyka egzotyczna została w 2020 r. praktycznie zatrzymana, nie trzeba nikomu przypominać. Jak prognozuje Komisja Gospodarcza ds. Ameryki Łacińskiej i Karaibów (ECLAC), wartość eksportu spadnie w 2020 r. o 23%, co stanowić będzie najgorszy wynik od 80 lat. Przełoży się to na spadek PKB w regionie o 9,1%, a ten z kolei – na wzrost ubóstwa o ponad 37% (231 mln ludzi).

Przez pandemię koronawirusa Amerykę Łacińską może czekać największy kryzys od lat – zarówno ekonomiczny, jak i zdrowotny. Niestety, obnażył on strukturalną słabość tych krajów udowadniając, że często dobre wyniki gospodarcze nie przekładają się na dobrobyt przeciętnych obywateli i wzmocnienie instytucji państwowych, które w obliczu takiego kryzysu nie sprostały przedstawionym przez chorobę wymaganiom.

Stały współpracownik NK. Ekspert Centrum Analiz KoLibra. Naukowo zainteresowany prawem gospodarczym oraz tematyką związaną z ekonomiczną analizą prawa.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Pandemia w krainie Escobara i salsy”

  1. Grewest pisze:

    Świetna analiza, ale brakuje mi wspomnienia o Chile i o Wenezueli.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz