Obrona terytorialna – pierwsze koty za płoty

Aktualności,

Pierwszy etap formowania Wojsk Obrony Terytorialnej pokazuje, że ochotnicy poważnie traktują swoją misję. Czy jednak dowództwo WOT ma pomysł, jak przyciągać chętnych, gdy już obrona terytorialna przestanie kusić swą nowością?

W niedzielę 21 maja minister obrony narodowej Antoni Macierewicz w Białymstoku, Lublinie i Rzeszowie odebrał przysięgę od 400 żołnierzy tworzącego się nowego rodzaju wojsk jakim są Wojska Obrony Terytorialnej. To niespełna 1% docelowego stanu osobowego tej formacji więc na kompleksowe oceny i podsumowania jest zdecydowanie za wcześnie. Najzwyczajniej jeszcze nie wiemy co z tego kiełkującego ziarna wyrośnie, jednak można pokusić się o parę spostrzeżeń.

Mając kontakt zarówno ze sztabem jednej z tworzonych brygad, z żołnierzami, którzy przeszli proces rekrutacji, jak również z osobami którym nie udało się zakwalifikować do pierwszej grupy żołnierzy WOT, mogę przedstawić już pewne spostrzeżenia. Z mej obserwacji wynika, że dowództwo poważnie traktuje swą misję i dąży do tego, by służący w WOT mieli instruktorów, którzy potrafią wyszkolić żołnierzy do przydzielonych im zadań. Minister obrony narodowej w przemówieniu wygłoszonym 24 maja do weteranów powiedział: „Armia nie zapomni o weteranach, ludziach, którzy przelali krew w misjach zagranicznych, chce im pomagać i korzystać z ich wiedzy i doświadczenia (…) Także dla weteranów możliwość dalszego funkcjonowania, bycia potrzebnym, jest bardzo ważna (…) Tworzone są specjalne mobilne zespoły, które będą składały się z weteranów wspierających, uczących, kształcących żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej.”. Słowa ministra mają już odbicie w rzeczywistości – wyrzuceni przez poprzedników na margines weterani misji zagranicznych, którzy swymi umiejętnościami, często nieodpłatnie dzielili się z organizacjami proobronnymi szkolili pierwszych ochotników do WOT i tak jak mówił min. Macierewicz znów czują się potrzebni i swe obowiązki wykonują z pasją.

Czy da się utrzymać ową swoistą „modę” na patriotyzm, dzięki której systematycznie będzie przybywać ochotników do WOT?

Pisząc o pierwszej grupie ochotników warto powiedzieć, że są to ludzie, którzy przyszli do tej formacji z jasno określonym celem – służby ojczyźnie i nierzadko w jakiś sposób już do tej służby przygotowani, czy to żołnierze rezerwy, którzy uznali, że w ten sposób będą kontynuować swą przygodę z wojskiem, czy to członkowie organizacji proobronnych, którzy do tej pory szkolili się własnym sumptem, bardzo często pod okiem dobrych fachowców. Wbrew opinii byłego szefa MON Tomasza Siemoniaka, który w wywiadzie dla TVN stwierdzał, że „szkolenie żołnierzy przez 16 dni, a później przez jeden weekend w miesiącu to jest naprawdę karykatura” ochotnicy zaczynający służbę w WOT mają świadomość, że do profesjonalnego żołnierza jeszcze im daleko. Ekspert w dziedzinie poseł koła Republikanie Anna Maria Siarkowska odpowiadając byłemu ministrowi na jednym z portali społecznościowych, zaprezentowała grafikę z dokładnym rozpisaniem trzyletniego cyklu szkoleń. Pierwszy rok to szkolenie podstawowe złożone z 14-dniowego szkolenia zintegrowanego i 11 szkoleń weekendowych, kolejny rok to szkolenia specjalistyczne, a na trzeci rok służby złoży się zgrywanie taktyczne i certyfikacyjne na poziomie plutonu i kompanii. Wedle tej koncepcji dopiero po trzech latach – czyli, jeśli złożymy wszystko razem, po 4 miesiącach intensywnych szkoleń – będzie można mówić o żołnierzu WOT w pełni gotowym do działań bojowych, czego totalny opozycjonista nie chce zauważyć. Warto też dodać, że mimo iż nowelizacja ustawy o służbie wojskowej pozwala na służbę w WOT osobom legitymującym się kategorią D, to z tej możliwości rekrutujący jeszcze nie skorzystali, co spotkało się z dużym żalem u potencjalnych ochotników, którzy ową kategorię uzyskali „wymigując” się od służby poborowej we wczesnej młodości, a teraz będąc w dobrej dyspozycji fizycznej i psychicznej po szkoleniach w organizacjach proobronnych jednak nie dostali szansy służby w WOT, co oznacza też, że do tworzonych brygad OT nie przyjmuje się wszystkich jak leci.

Na początki działań WOT należy patrzeć z optymizmem, jednak na wnikliwą ocenę potrzeba czasu. O tworzeniu się obrony terytorialnej można powiedzieć, że to przysłowiowe pierwsze koty za płoty nowej formacji, mimo że „kociarstwo” kojarzy się z „falą” znaną z poboru, a tej najzwyczajniej w WOT nie ma, ale gdzie owe koty po zeskoczeniu z płotów pobiegną jeszcze nie wiemy. Jakość tej formacji poznamy dopiero, gdy jej żołnierze po wyszkoleniu zaczną współpracę z wojskami operacyjnymi, do tego czasu większość opinii będzie opierało się na przypuszczeniach. Warto już dziś postawić pytania: Czy dowództwo WOT ma pomysł, jak przyciągać ochotników, gdy już obrona terytorialna przestanie kusić swą nowością? Gdy wśród ochotników może nastąpić wypalenie wynikające z faktu, że jednak nie mogą w pełni gospodarować swym czasem? Czy wreszcie da się utrzymać ową swoistą „modę” na patriotyzm, dzięki której systematycznie będzie przybywać ochotników do WOT? To zależy zarówno od edukacji szkolnej, formacji w organizacjach prooboronnych, harcerstwie, stworzenia formuły współpracy tzw. czynnika społecznego z wojskiem, a z WOT zwłaszcza. Pewne jaskółki w tym zakresie już są widoczne, czego przykładem jest ministerialny program „Paszport” dedykowany organizacjom proobronnym, ale to już osobny temat.