Można wyłączyć odbiornik

Aktualności,

Na wieść, że Filip Memches został zwolniony z Polskiego Radia 24 za to, że zaprosił do rozmowy Jana Hartmana naprawdę się zdenerwowałem. Pracę stracił Filip, który trafił do PR24 po tym, jak odszedł (wraz z kolegami i koleżanką) z „Rzeczpospolitej” na znak protestu przeciwko zaprzestaniu publikowania rysunków Andrzeja Krauzego, słowem przeciwko cenzurowaniu jego pracy. Kurczę, tylko nie on! Co więcej, zapisów na konkretnych rozmówców, z którymi rozmawiać nie wolno, nie było w Polsce chyba od czasów PRL. Tym bardziej zapisów, których de iure nie ma. Teraz przynajmniej w PR24 zacznie się urabianie dziennikarzy – co jest o tyle zaskakujące, że jeszcze niedawno mówiono, że PR24 ma być polskim odpowiednikiem BBC 4. Każdy, komu praca miła, będzie zastanawiał się, czy wolno mu, czy nie wolno zaprosić daną osobę, czy szefostwo nie zwolni go za zaproszenie kogoś nieprawomyślnego. Ale i będzie to pewnie tresura także części gości – ja np. bywam zapraszany do PR24, co sobie cenię, bo jest to miejsce, gdzie można ciekawie porozmawiać i to w formie która pozwala na rozwinięcie myśli. Nie lubię, gdy ktoś przeze mnie traci pracę i nie wiem, czy jeśli nie powiem czegoś niezgodnego z linią rządu albo z ortodoksją rozumianą w sposób właściwy aktualnemu naczalstwu, nie trafię na wydumaną listę proskrypcyjną obok Hartmana. W tym wypadku może lepiej zaproszeń nie przyjmować, bo a nuż komuś stanie się krzywda?

Filip Memches został zwolniony z Polskiego Radia 24 za to, że zaprosił do rozmowy Jana Hartmana

Wiem, że nie tylko mnie cała sprawa poruszyła. Ale prawdę mówiąc trochę smutno, że niektórych – nie będę generalizował, że wszystkich, nie będę też wskazywał palcem, na pewno niektórych – dopiero teraz. Bo Filipa szkoda, ale to się nie zaczęło od Filipa. To się zaczęło, gdy np. z radiowej „Trójki” leciał nie związany w żaden sposób z szeroko rozumianą prawicą, jeden z najrzetelniejszych polskich dziennikarzy Marcin Zaborski – symbol zjawiska, bo nie zjadliwy, jak niektórzy zwalniani dziennikarze TVP, facet który programowo nie wyrażał swoich poglądów, tylko pytał, drążył i doprowadzał w ten sposób polityków wszystkich opcji do szewskiej pasji. To się zaczęło, gdy Jacek Kurski zaczął robić z TVP tubę propagandową rządu – często rękoma naszych kumpli, a może i nas samych (choć ja mam tu czyste ręce). Problemem nie jest bowiem jeden czy drugi buc w tej czy innej telewizji, ale zelocko-jakobińska mentalność rządzącej ekipy, która traktuje państwo jako łup a media publiczne jako środek do urabiania umysłów, części, która ma decydujący wpływ na kształt mediów publicznych w Polsce, choć na szczęście nie wszystkich, bo są i pozytywne wyjątki, których nie udało się przerobić na tuby propagandowe (inaczej nie pracowałbym także w Radiu Lublin). Ludzie, którzy wyrzucają dziennikarzy za zbytnią otwartość na rozmówców lub zbyt dociekliwe pytania „pragnęliby, w gruncie rzeczy, realnego socjalizmu bez komunistów, czyli systemu różniącego się od dawnego ustroju głównie, zmienionym według tradycyjnych wzorów, wystrojem ideologicznym”, zapożyczając słowa od Jerzego Szackiego.

I im należy się stanowczo przeciwstawiać nie tylko wtedy, gdy rewolucja zaczyna pożerać także naszych znajomych, nawet jeśli dzielimy z nimi ten czy inny pogląd na sprawy szczegółowe – bo coraz rzadziej odnoszę wrażenie, że na sprawy fundamentalne również. Na szczęście jeszcze nie postulują likwidacji mediów prywatnych, a nawet gdyby postulowali, zawsze można wyłączyć odbiornik.