Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Nowy ład na Indopacyfiku, nowy ład w (chińskiej) cyberprzestrzeni | Z Centrum Świata, wrzesień 2021

AUKUS ciosem w plecy Francji. Chiny mogą grać ważną rolę w Afganistanie. Państwo Środka chroni dzieci przed cyfrowymi uzależnieniami. Zapraszamy na nowy cykl NK – miesięczny przegląd wydarzeń w Azji

Nowe centrum świata to Azja i oblewające ją oceany. Ostatnie miesiące dostarczyły wielu argumentów za tym.  Na te tektoniczne zmiany reagują Stany Zjednoczone, przebudowując swoje sojusze. Nie zważają przy tym na interesy europejskich sojuszników, w tym Paryża. Powołanie nowego paktu AUKUS dowodzi sprawczości USA, w którą można było wątpić po sierpniowej klęsce wizerunkowej, jaką był sposób wycofania amerykańskich żołnierzy z Afganistanu.  Unia Europejska przyjmuje swoją strategię dla Indopacyfiku, ale nie widać w niej ani determinacji, ani nowych środków do realizacji ambitnych celów.  Talibowie umacniają się w Afganistanie, gdzie potencjalnie dużą rolę mogą grać Chiny. Na razie grają ostrożnie.

W Państwie Środka trwa zaś przebudowywanie zasad rządzących cyberprzestrzenią. Dotyczy to zarówno zarządzania danymi użytkowników, ochrony (kontroli) dzieci i młodzieży, jak i przywracania konkurencji online. Polityka ta jest użyteczna wewnętrznie.  Na scenie globalnej pozwala zaś pekińskiemu przywództwu występować w roli Wielkiego Regulatora Sieci. W dziedzinie ochrony konkurencji online ciekawe rozwiązania przyjmuje Korea.

Zapraszamy do pierwszego miesięcznego przeglądu wydarzeń w Azji w ramach nowego cyklu „Z centrum świata”. Nie twierdzimy oczywiście, że jest to centrum jedyne, lecz że tamten obszar będzie coraz istotniejszy w naszym policentrycznym świecie.

***

AUKUS – reorganizacja i zacieśnienie amerykańskich sojuszy na Indopacyfiku

15 września na wideokonferencji prezydent USA Joseph Biden, premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson i australijski szef rządu Scott Morrison ogłosili powołanie AUKUS (od Australia-United Kingdom-United States), nowego paktu w dziedzinie bezpieczeństwa na Indopacyfiku. Zapowiedziano ścisłe współdziałanie trójki w dziedzinie bezpieczeństwa morskiego oraz rozwijanie zdolności w kluczowych dziedzinach przyszłości: zdolności cyfrowych, sztucznej inteligencji (SI) i technologiach kwantowych. Pakt jest faktycznie obliczony na równoważenie wzrastającej potęgi Chin w regionie, choć nazwy tego kraju w dokumentach się nie wymienia. Do układu nie zaproszono żadnego państwa członkowskiego Unii Europejskiej, nawet Francji, posiadającej na Oceanie Indyjskim terytoria zamorskie.

Teoretycznie niewiele się zmieniło: Australia jest już aliantem USA poprzez świętujący ostatnio swoje 70-lecie ANZUS (Australia-New Zealand-United States), z Wielką Brytanią łączą zaś Amerykanów głębokie więzi, wśród których NATO jest tylko jednym z elementów. Londyn i Canberra współpracują z Waszyngtonem też np. w ramach Pięciorga Oczu, sojuszu wywiadowczego, gdzie istotną rolę odgrywają także Kanada i Nowa Zelandia. Jednak AUKUS to wyraźne pogłębienie współpracy trójstronnej na morzach, będącej ważną częścią amerykańskiego zwrotu ku Azji, zapowiadanego jeszcze przez administrację Baracka Obamy.

Chiny od razu zarzuciły anglosaskiej trójce tworzenie zagrożenia dla światowego pokoju i napędzanie wyścigu zbrojeń w regionie. Łączna siła trzech sojuszniczych flot będzie znacznie przekraczać obecny – szybko zresztą rozbudowywany – potencjał marynarki wojennej ChRL.

Łączna siła trzech sojuszniczych flot AUKUS będzie znacznie przekraczać obecny – szybko zresztą rozbudowywany – potencjał marynarki wojennej ChRL

Zawarcie paktu jest szczególnie doniosłym wyborem w przypadku Australii. Canberra w ciągu ostatnich dekad swoje rosnące bogactwo w dużej mierze zawdzięcza sprzedaży surowców i usług edukacyjnych do Państwa Środka. Chiny starały się w ciągu ostatniego roku za pomocą ceł i innych blokad biurokratycznych zmusić Australię do rozluźnienia związków z USA. Jak podkreślił Hugh White, wielokrotnie w Polsce cytowany strateg z Antypodów, w „nowej zimnej wojnie w Azji” Australia wybrała stronę Stanów Zjednoczonych. Nieco rzadziej cytowano u nas dalszą część wypowiedzi profesora: „w dłuższej perspektywie to nie musi być dobra decyzja”.

Pierwszym, konkretnym przejawem współpracy Canberry, Londynu i Waszyngtonu będzie wyposażenie Królewskiej Australijskiej Marynarki Wojennej (Royal Australian Navy) w okręty podwodne napędzane przez reaktory nuklearne. To zdarzenie wyjątkowe. Po raz drugi w historii USA dzieli się tak zaawansowaną technologią z sojusznikiem. Wcześniej działo się tak tylko w przypadku Wielkiej Brytanii. Amerykanie dostarczą technologie, Brytyjczycy w części wyprodukują okręty podwodne i wyszkolą australijskie załogi.

Nowy układ sprawi, że na świecie pojawi się siódma flota wykorzystująca tego rodzaju jednostki. Dotychczas podobne technologie miały wyłącznie Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Chiny, Rosja, Francja i Indie.

Choć podpisane porozumienie nie przewiduje udostępniania Australii broni atomowej ani technologii umożliwiającej jej wyprodukowanie, materiał rozszczepialny dostarczany do podwodnych reaktorów jest niemal identyczny z tym wykorzystywanym do pocisków nuklearnych. Pojawiły się więc zarzuty – oczywiście ze strony chińskiej – że umowa łamie postanowienia Układu o nierozprzestrzenianiu broni atomowej (NPT), zobowiązujące państwa posiadające militarne technologie atomowe i materiały rozszczepialne do ich nieprzekazywania stronom trzecim.

Po raz drugi w historii USA dzieli się tak zaawansowaną technologią z sojusznikiem

Wedle brytyjskiego „The Economist” strony znalazły prawdopodobnie rozwiązanie zgodne z układami międzynarodowymi. Paliwo do okrętów podwodnych ma być wymieniane w Wielkiej Brytanii. Tam też materiały rozszczepialne będą kontrolowane przez inspektorów Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (IAEA).

Cios w plecy Francji?

Porozumienie nuklearne wywołało oburzenie w Paryżu. Spowoduje bowiem zerwanie francusko-australijskiego kontraktu na budowę okrętów podwodnych o napędzie konwencjonalnym (elektryczno-dieslowym). Nie pomógł nawet fakt, że francuski Naval Technologies przy „barakudach” współpracowało z amerykańskim Lockheed Martin.

Widocznie zbulwersowany Paryż wydaje się zapominać, że dostawa okrętów notuje już wieloletnie opóźnienia, a koszty pierwotnego kontraktu wzrosły niemal dwukrotnie, osiągając 90 mld USD.

Sprawa zerwania umowy obciąża relacje Francji z Australią i Stanami do tego stopnia, że francuscy ambasadorowie z Waszyngtonu i Canberry zostali wezwani do Paryża. Jak donosił portal Euractiv, Berlin odmówił wsparcia Francji w dyplomatycznym sporze z USA, Wielką Brytanią i Australią. „Niemcy nie są zainteresowane dalszą eskalacją” powiedział Nils Schmid, poseł socjaldemokratycznej SPD, która przygotowuje się do objęcia urzędu kanclerskiego w Berlinie.

Sprawa okrętów podwodnych dla Australii dobitnie pokazuje, że ze względu na koncentrację USA na Indopacyfiku dochodzi w Waszyngtonie do przewartościowania znaczenia sojuszy. Pierwszorzędne są te, które dają Amerykanom militarne, technologiczne i gospodarcze korzyści w Azji i na akwenach je otaczających. Europejscy sojusznicy – może za wyjątkiem Niemiec – grają w drugiej lidze.

Unia przyjmuje pierwszą strategię wobec Indopacyfiku

Dzień po upublicznieniu paktu anglosaskiego, 16 września 2021 Komisja Europejska ogłosiła swoją długo wyczekiwaną i wypracowywaną strategię dla Indopacyfiku. Nie zwiastuje ona takiego zwrotu ku Azji, jaki wykonują na naszych oczach Stany Zjednoczone, ale to wydarzenie jest i tak istotne. Komisja Europejska na podstawie kwietniowych konkluzji Rady – decyzji unijnych głów państw lub szefów rządów – złożyła de facto ofertę rozwojową państwom regionu, proponując wsparcie – od pomocy humanitarnej i ochrony praw człowieka po programy infrastrukturalne. Te ostatnie mają mieć charakter usprawnień w transporcie, ale także wsparcia cyfrowej czy społecznej infrastruktury. To wszystko składa się na koncepcję wielowymiarowych połączeń, connectivity. Relatywnie nowym elementem jest wola wsparcia UE dla państw regionu w dziedzinie bezpieczeństwa, zarządzania morskiego, przeciwdziałania terroryzmowi i ekstremizmowi politycznemu.

Sprawa zerwania umowy obciąża relacje Francji z Australią i Stanami do tego stopnia, że francuscy ambasadorowie z Waszyngtonu i Canberry zostali wezwani do Paryża

Na razie jednak można mieć wrażenie, że za słowami nie idą nowe siły i środki, a strategia jest przepakowaniem dotychczas istniejących mechanizmów współpracy z regionem. Powstała pod przemożnym wpływem najważniejszych państw UE, mających swoje tradycje i współczesne interesy na Indopacyfiku: Niemiec, Francji i Niderlandów. Haga, Paryż i Berlin swoje strategie narodowe przyjmowały w latach ubiegłych.

Czym jest Indopacyfik? UE używa terminu, wypracowanego w ostatnich dziesięcioleciach przez Japonię, USA, Australię i Indie, kładącego nacisk na rozumienie tych dwóch oceanów jako wspólnej przestrzeni strategicznej oraz – potencjalnie – ekonomicznej i społecznej. Co istotne, Ocean Spokojny nie jest w tej amerykańskiej koncepcji barierą, lecz raczej łączy Azję z Ameryką. Japończycy, Amerykanie i Australijczycy mówią o „wolnym i otwartym Indopacyfiku”, podkreślając znaczenie swobód demokratycznych i liberalnego ładu międzynarodowego na akwenach, coraz dotkliwiej odczuwających chińską asertywność.

Tradycyjny termin, „Azja i Pacyfik”, używany jest ostatnio częściej w Rosji i Chinach, by podkreślić podstawowe znaczenie masy lądowej Azji, oblewanej przez największy z oceanów, i odmówić USA prawa do współkształtowania przestrzeni, do której ich zdaniem nie należą. Unia Europejska przejmuje więc częściowo język i optykę amerykańską. Jednak przyjmując odniesienie do wartości liberalnych i praw człowieka, definiuje Indopacyfik w kategoriach geograficznych inaczej niż USA. Europejczycy mówią o obszarze „od brzegów Afryki do krajów wyspiarskich na Pacyfiku” („from the east coast of Africa to the Pacific Island States”), a obecność USA w tej strategii jest marginalna – jeśli w ogóle daje się zauważyć. Także z europejskiego punktu widzenia Unia i USA wydają się iść w Azji własnymi drogami.

Talibowie umacniają władzę w Afganistanie

…i prawdopodobnie nie zamierzają się nią z nikim dzielić, opierając się przy tym na pasztuńskiej większości. W początku września oddziały talibów zajęły prawdopodobnie całą Dolinę Pandższeru, teren niezdobyty przez nich w czasie ich poprzednich rządów na przełomie wieków. Powołanie inkluzywnego rządu, przewidzianego porozumieniem w Ad-Dausze z lutego 2020 r., który reprezentowałby wszystkie afgańskie społeczności etniczne i ruchy polityczne, nie wydaje się celem talibów.

Przedstawiciele nieuznawanego przez większość państw rządu, z którym wielu aktorów międzynarodowych utrzymuje jednak roboczy kontakt, dają do zrozumienia, że nie będą z nikim negocjować zasad porządku wewnętrznego w Afganistanie.

Tradycyjny termin, „Azja i Pacyfik”, używany jest ostatnio częściej w Rosji i Chinach, by podkreślić podstawowe znaczenie masy lądowej Azji, oblewanej przez największy z oceanów, i odmówić USA prawa do współkształtowania przestrzeni, do której ich zdaniem nie należą

Wprowadzane w imię islamu reguły łamią prawa człowieka, w tym kobiet. Wykluczają je faktycznie z życia publicznego, usuwając z mediów, administracji oraz uczelni wyższych. Ze skąpych informacji dopływających z kraju można wnioskować, że dochodzi tam także do aktów zemsty zwycięzców nad pokonanymi przeciwnikami. Przywrócone zostają także publiczne egzekucje.

Jednocześnie ludność Afganistanu, by przetrwać zimę, będzie potrzebowała zagranicznego wsparcia humanitarnego. Głównym dawcą pozostają kraje Zachodu, w tym państwa członkowskie Unii Europejskiej. Na razie otwarte pozostaje pytanie, czy i na jakich warunkach taka pomoc zostanie udzielona w obecnej sytuacji politycznej.

Drugą, nierozstrzygniętą obecnie kwestią pozostaje problem możliwej działalności grup terrorystycznych na terytorium Afganistanu. Czy nowy porządek będzie religijną dyktaturą, skierowaną do wewnątrz? Czy zwycięży pierwiastek rewolucyjny w ruchu talibskim, skłaniający do wsparcia działalności ekstremistycznej poza granicami, w tym udzielania gościny członkom grup terrorystycznych? Na razie nie mamy odpowiedzi na to pytanie.

Trzecią kwestią jest polityka Chin wobec władz w Kabulu. Choć Pekin z satysfakcją musi przyjmować zamknięcie amerykańskich baz u swoich granic, to rosną jego obawy związane z bezpieczeństwem na zachodnich rubieżach Chin, graniczących z Afganistanem. Bogaty w surowce naturalne środkowoazjatycki kraj wymaga na razie tak dużych inwestycji w infrastrukturę, że trudno mówić o spektakularnej szansie otwierającej się przed chińskim przemysłem w niestabilnych warunkach politycznych. Chiny pod Hindukuszem będą zapewne wykonywać bardzo ostrożne ruchy.

Evergrande znaczył bogactwo. Teraz znaczy problem

Chińskie niezadowolenie z powodu paktu AUKUS, niewątpliwa satysfakcja związana ze sporem francusko-amerykańskim i ambiwalencja wobec Afganistanu łączą się z niepokojami o charakterze ekonomicznym. Przez cały poprzedni miesiąc nabrzmiewał problem potencjalnego bankructwa Evergrande, drugiego największego developera w Chinach.

W posadach chwieje się legenda. Holding obejmuje różne sektory, od budowy mieszkań, przez zarządzanie majątkiem, produkcję samochodów elektrycznych, żywności i napojów, aż po sport. Klub piłkarski Guangzhou F.C., ośmiokrotnie triumfował w chińskiej Superlidze w ostatnich dziesięciu edycjach rozgrywek. Założyciel spółki Xu Jiayin (znany też jako Hui Ka Yan, w kantońskiej transkrypcji imienia) do niedawna jeszcze był jednym z najbogatszych Chińczyków, odznaczonych zaszczytnym tytułem „wyróżniającego się budowniczego socjalizmu z chińską charakterystyką”.

22 września spółka ogłosiła spłatę równowartości 35 mln USD odsetek od obligacji nominowanych w juanach, lecz nie podała, czy zaspokoiła roszczenia wierzycieli w gotówce czy za pomocą transakcji barterowych. Wedle agencji Reuters, 23 września minął termin spłaty 83 mln USD odsetek od obligacji dolarowych, a Evergrande nie przelała inwestorom pieniędzy. Jeśli spółka nie spłaci tych zobowiązań do 22 października, będzie faktycznym bankrutem. Całość zadłużenia przekracza 300 mld USD. Dla porównania, podobną wartość ma gospodarka Finlandii (nominalne PKB, dane za MFW, 2021).

Niewypłacalność spółki może mieć poważne konsekwencje zarówno dla chińskiej gospodarki jak i polityki. W pierwszej kolejności zagrożeni są inwestorzy, którzy włożyli pieniądze w projekty na etapie „dziury w ziemi”. Kolejni dotknięci kłopotami spółki to wszelkiego rodzaju dostawcy i podwykonawcy, którym Evergrande nie płaci. Potężne długi mogą zainfekować system finansowy. Wedle analityków The Economist Intelligence Unit wierzycielami holdingu jest 171 lokalnych banków i 121 innych instytucji finansowych.

Instytucje finansowe, wierzyciele Evergrande, będą musiały zapewne stworzyć rezerwy na złe długi. To potencjalnie ograniczy ich możliwości dawania kredytów innym firmom, zagrażając finansowaniu chińskiego wzrostu gospodarczego. Bankructwo może doprowadzić do przekucia pęczniejącej bańki na rynku nieruchomości, zagrażając majątkom chińskich gospodarstw domowych. Ok. 40 proc. ich wartości to nieruchomości. Wszystkie te procesy mogą doprowadzić do niepokojów społecznych.

Nauczone doświadczeniem amerykańskiego Lehman Brothers, którego bankructwo zapoczątkowało globalny kryzys finansowy z końca pierwszej dekady XXI wieku, chińskie państwo reaguje, lecz na razie ostrożnie. Bank centralny prawdopodobnie zwiększa płynność w sektorze finansowym, a lokalne władze otwierają rachunki powiernicze na projekty budowlane realizowane przez Evergrande, chroniąc osoby czekające na własne mieszkania.

Jak doszło do obecnej sytuacji spółki? Logika rynku była nieubłagana: podmioty chcące szybko rosnąć musiały posiłkować się nadmiernym kredytem, a ponieważ konkurencja między nimi była duża, koszty atrakcyjnych działek i materiałów budowlanych szybko rosły.

Choć Pekin z satysfakcją musi przyjmować zamknięcie amerykańskich baz u swoich granic, to rosną jego obawy związane z bezpieczeństwem na zachodnich rubieżach Chin, graniczących z Afganistanem

Do obecnej sytuacji przyczyniły się także zapewne decyzje władz chińskich po protestach w Hongkongu. Wedle interpretacji Pekinu, jednym z powodów ich wybuchu w 2019 r. były niebotyczne ceny nieruchomości, niedostępnych zwłaszcza dla młodych ludzi. W kolejnym roku zdecydowano więc o poddaniu branży developerskiej ściślejszej kontroli państwa, także poprzez ograniczenie możliwości jej zadłużania się. Miało to zahamować wzrost cen nieruchomości na rynku. Choć ruch ten był prawdopodobnie potrzebny, firmom dano mało czasu na dostosowanie swoich modeli biznesowych.

Obecna sytuacja jest daleka od stabilizacji. Nie wiadomo, czy i kiedy Pekin zdecyduje się ratować spółkę bezpośrednio.  Alternatywnie może zmusić inne podmioty rynkowe i władze lokalne do przejęcia aktywów i długów Evergrande. Niekontrolowane bankructwo jest jednak mało prawdopodobne.

Ze względu na wagę Chin jako drugiej gospodarki świata oraz bezpośrednie inwestycje dużych podmiotów finansowych w obligacje Evergrande, kryzys może rozlać się na cały glob. Co więcej, dotychczasowe ruchy Pekinu mogą wskazywać, że w pierwszym rzędzie będzie chronił kupujących mieszkania, drobnych inwestorów w akcje spółki i rodzime podmioty inwestujące w obligacje. Wierzytelności inwestorów międzynarodowych zostaną prawdopodobnie zaspokojone na samym końcu – jeśli w ogóle. Wielu z nich będzie się musiało pogodzić ze stratami.

Każde rozwiązanie długofalowe wymagać będzie zmiany obecnego modelu współzależności developerów i władz lokalnych. Te ostatnie, odpowiedzialne za lwią część chińskich wydatków publicznych, są w 40 proc. zależne od wpływów z transakcji na rynku nieruchomości, głównie sprzedaży ziemi deweloperom. Jeśli Pekin będzie chciał ograniczyć zadłużenie spółek deweloperskich, to one będą musiały z kolei zmniejszyć skalę swojej działalności. To z kolei spowoduje dziurę w lokalnych budżetach.

Chiński TikTok ogranicza używanie internetu przez dzieci. Wielki Regulator zmienia zasady

20 września „South China Morning Post” doniósł o zmianie polityki pochodzącej z Chin firmy Bytedance, właściciela TikTok, popularnej aplikacji do dzielenia się krótkimi materiałami wideo. W Chinach kontynentalnych jest znana jako Douyin i gromadzi dziennie 600 mln głównie młodych użytkowników. Systemy identyfikacyjne w aplikacji mają ograniczyć czas jej dziennego używania do maksymalnie 40 minut dla dzieci poniżej 14 lat. Do tego między godziną 22 a 6 najmłodsi nie będą mogli oglądać filmików ani wrzucać ich do sieci.

Te zmiany są związane z zapobieganiem uzależnianiu dzieci od rozrywki cyfrowej – a taki cel stawia Chińska Administracja ds. Cyberprzestrzeni. W lipcu zaleciła mediom społecznościowym także wprowadzenie szeregu zmian mających chronić młodocianych przed treściami erotycznymi oraz różnymi formami przemocy online. Niedawno podobne ograniczenia zostały nałożone na gry wideo.

Choć ta zmiana wygląda na mało istotną, zmusza do refleksji, jeśli spojrzymy na szerszy jej kontekst. Chiny od roku intensywnie przemodelowują swój rynek cyfrowy, na który podmioty spoza Państwa Środka nie są wpuszczane. Obecnie starają się rozbijać monopole, zmniejszają dowolność wykorzystywania danych konsumentów przez podmioty gospodarcze i ogłaszają regulacje mające zwiększyć bezpieczeństwo najmłodszych w sieci.

Pekin rozpoczął kampanię przeciw firmom BigTech w listopadzie ubiegłego roku. Władze wstrzymały wówczas wejście na giełdę Ant Group, finansowego ramienia Alibaby. W kwietniu na tę potężną grupę nałożona została kara o równowartości prawie 3 mld USD za zmuszanie sprzedawców do oferowania produktów tylko na portalu Alibaby. W kolejnych miesiącach co najmniej kilkanaście innych wielkich firm zostało ukaranych za praktyki monopolistyczne.

Całość zadłużenia Evergrande przekracza 300 mld USD. Dla porównania, podobną wartość ma gospodarka Finlandii

W celu ochrony konkurencji, we wrześniu władze zdecydowały też o faktycznym podziale Alipay, fintechowego oddziału Alibaby. W najbliższym czasie wydzielone zostaną podmioty odpowiedzialne za działalność kredytową i włączone do joint venture, w której większość udziałów mają posiadać podmioty państwowe.

Jeśli chodzi o dane, w końcu sierpnia Chińska Administracja ds. Cyberprzestrzeni opublikowała projekt zaleceń dotyczących algorytmów. Użytkownicy mają mieć możliwość wygodnego zapoznania się ze słowami kluczowymi wykorzystywanymi do ich profilowania przez aplikacje i do ich usuwania. Zmiany mają dać też internautom możliwość wyszukiwania w sieci bez uwzględnia historii ich przeglądarek.

Jeśli zalecenia te wejdą w życie, zmieni to dotychczasowy model funkcjonowania chińskiej – i nie tylko – cybergospodarki, której najważniejszą cechą jest automatyczne dopasowywanie treści i podsuwanie produktów pasujących do gustów klientów. Te ostatnie są określane za pomocą historii ich zachowań online.

Korea też reguluje Bigtech

W Korei Południowej także widać chęć wprowadzania zmian w dotychczasowym ładzie cyfrowym. Seul koncentruje się przy tym na zwiększaniu konkurencji na rynku zdominowanym przez amerykańskie koncerny technologiczne, mające faktycznie monopolistyczną pozycję.

Tamtejsza agencja antymonopolowa nakazała firmie Google (Alphabet) zapłatę równowartości ponad 170 mln USD kary za wymuszanie na producentach sprzętu elektronicznego instalowania Androida jako systemu operacyjnego i dawania mu faktycznej wyłączności. Dzięki takim praktykom, zwłaszcza wobec koreańskich producentów takich jak Samsung i LG, prawie wszystkie smartfony na świecie – poza ekosystemem Apple i rynkiem chińskim – korzystają z produktu Google (Alphabet).

Systemy identyfikacyjne w chińskim TikToku mają ograniczyć czas dziennego używania do maksymalnie 40 minut dla dzieci poniżej 14 lat. Do tego między godziną 22 a 6najmłodsi nie będą mogli oglądać filmików ani wrzucać ich do sieci

Z kolei jeszcze w sierpniu parlament koreański przyjął prawo, które nakazuje sklepom z aplikacjami przyjmowanie płatności od użytkowników poprzez różnych pośredników, nie tylko w ramach programów oferowanych przez zarządców sklepów takich jak Apple czy Google. Celem jest ochrona interesów twórców oprogramowania, którzy oddawali dotychczas sklepowi z aplikacjami prawie trzecią część ceny płaconej przez klienta.

Wygląda na to, że państwa Azji Wschodniej, niezależnie od ustroju, są gotowe na wprowadzanie szybkich i radykalnych zmian w swojej cyberprzestrzeni. Być może ten przykład zmobilizuje Amerykanów i Europejczyków do znacznie odważniejszych ingerencji w rynek cyfrowy, także w celu przywrócenia na nim konkurencji.

dr Krzysztof Marcin Zalewski – współzałożyciel Instytutu Boyma, redaktor „Tygodnia w Azji” i „Azjatech”. Ekspert Ośrodka Studiów Wschodnich w Warszawie (2009), doradca marszałka Sejmu RP (2009-2010), pracownik Biura Spraw Zagranicznych Kancelarii Prezydenta RP (2010-2014) oraz Agencji Praw Podstawowych Unii Europejskiej (2014-2016). Pasjonat turystyki kajakowej, pływania i siatkówki. Twitter: @KMZalew

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz