Utopia, ale co po niej?

Aktualności,

W czasie lektury nie sposób jest oprzeć się wrażeniu, że po postawieniu w wielu miejscach trafnej diagnozy sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP odpowiedzialny za sprawy międzynarodowe proponuje terapię, po której rokowania są wciąż niepewne. Dla praktyków politycznych i analityków głos prezydenckiego ministra będzie z pewnością frapujący, ale luźno związany twardą i nieraz bolesną rzeczywistością.

Stwierdzenie, że mamy do czynienia z realnym kryzysem projektu integracji europejskiej nie jest wnioskiem odkrywczym i radykalnym. Płomienne przemowy i wystąpienia o tym, jak reanimować i ponownie zszyć trzeszczącą w szwach Unię Europejską, słyszymy podczas kampanii wyborczych, w łonie Komisji Europejskiej, na forum Parlamentu Europejskiego oraz na spotkaniach szefów rządów państw członkowskich. Od ocen nie stronią autorytety intelektualne i duchowe, a nawet artyści i celebryci. Podstawową cechą wspólną tych głosów jest ich wyraźna niedookreśloność. Być może nie należy się na taką prawidłowość obrażać. Człowiekowi zawsze łatwiej przychodzi krytyka i dostrzeganie ułomności zjawisk oraz innych ludzi niż proponowanie domkniętych i konstruktywnych pomysłów.

Opinii o tym, „jak w UE nie jest, a powinno być” jest zresztą wiele. Mimo podobieństw nie płyną one przecież z jednego, określonego źródła ideowego i  światopoglądowego. Nie są już – co może inaczej wyglądało jeszcze kilkanaście lat temu – wynikiem prostego podziału na eurosceptyków i euroentuzjastów (zauważmy zresztą, jak te dwa określenia są już dzisiaj rzadko obecne w debatach politycznych!). Powodów do krytyki, ale także różnie pojmowanej obrony modelu integracji europejskiej, mają Anno Domini 2017 niemal wszyscy. Liberałowie niechętnie spoglądają na zbyt dużą liczbę regulacji i ingerencji instytucji unijnych w życie narodów i jednostek. Klasyczni socjaldemokraci obawiają się, że w wyniku skomplikowanej, globalnej sytuacji gospodarczej europejski model społeczny może ulec osłabieniu, jeżeli nie zakwestionowaniu. Obecny stan UE równie dobrze można krytykować z pozycji zwolennika rozwiązań federalistycznych i określanych w ostatnich latach jako strategię ever closer union. Wielu oburza postępująca alienacja unijnej biurokracji i zarządzanej przez nią instytucji od zwykłego życia milionów Europejczyków oraz pomysły dalszego ograniczania podmiotowości i decyzyjności narodów w zjednoczonej Europie. Unia jest też dzisiaj łatwym obiektem krytyki ze strony konserwatywnych tradycjonalistów dostrzegających w integracji europejskiej próbę inżynierii społecznej tworzącej „nowego człowieka” i dodatkowo, w związku ze zjawiskiem masowej migracji, obawiającej się zmiany kształtu kulturowo-demograficznego starej, dobrej „Europy katedr i świętych”. Liczącemu już kilkadziesiąt lat szacownemu gmachowi UE zarzucić można z powodzeniem tendencje zupełnie odwrotne: rosnącą niechęć do otwarcia się na imigrantów, obronę skompromitowanych interesów wielkich korporacji czy prowadzącą do pauperyzacji społecznej politykę „austerity”. Do wyboru, do koloru, u nas każdy znajdzie swoje miejsce, chciałoby się powiedzieć…

Utopie zamiast rzeczywistości

W jakiej grupie krytyków UE umieścić Krzysztofa Szczerskiego? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. W „diagnostycznej” części książki zdaje się on podzielać w większości stanowisko europejskich konserwatystów (brytyjskich torysów, byłego prezydenta Czech Vaclava Klausa czy wielu klasycznych liberałów) zwracających uwagę na grzech pierworodny obecnego kształtu wspólnoty: myślenie utopijne, zakładające tworzenie abstrakcyjnych modeli społecznych oraz próby odgórnego dopasowywania doń rzeczywistości. Grecki przymiotnik ουτοπικός to po prostu „nierzeczywisty”, „pozbawiony związków z realnym doświadczeniem”. Myśl ta, obecna u europejskich konserwatystów od czasów Edmunda Burke’a i Jospeha de Maistre’a, stanowi najbardziej ogólne założenie filozoficzne autora „Utopii europejskiej”. Szczerski przekłada ją na rzeczywistość społeczno-polityczną, określając dwupłaszczyznowo: najpierw bardziej ogólnie jako mający wybitnie pejoratywną konotację „konstruktywizm”, a na szczegółowym obszarze polityki europejskiej – „system konkurencyjno-dominacyjny”. Po pierwsze, zaburza on, jego zdaniem, zarówno istniejący w klasycznym, smithowskim liberalizmie podział na rzeczywistość rynku i polityki. Po drugie zaś, niszczy prawdziwą ideę integracji europejskiej proponowaną przez ojców założycieli zjednoczonej Europy, opartą na modelu solidaryzmu i podmiotowości narodowej. „Stąd też trudno już dzisiaj mówić, iż mamy do czynienia z prostym podziałem polityka-rynek, w którym po jednej stronie mamy regulatora, podatki, racjonalistyczne prawo i dążenie do spójności opartej na egalitaryzmie, a z drugiej dynamikę spontanicznych relacji, rozwój i chęć ekspansji– zwraca uwagę prezydencki minister (s. 50).

Charakterystyczną cechą systemu konkurencyjno-dominującego oraz jego realnym skutkiem jest to, że „(…) niektóre państwa – o mniejszej sile politycznej i gospodarczej – pozostają trwale na uboczu głównego nurtu polityki” (s. 52) – wnioskuje Szczerski.

W jakiej grupie krytyków UE umieścić Krzysztofa Szczerskiego? Odpowiedź nie jest jednoznaczna

Trudno tym obserwacjom nie przyznać racji, widząc realne i namacalne efekty funkcjonowania modelu konstruktywistycznego i dominacyjnego. Zakłada on konieczność wprowadzania to kolejnych „zasad naczelnych” funkcjonowania unijnych instytucji politycznych i gospodarczych. Od utopijnej „samoregulacji”, głoszącej, że wszystkie problemy rozwiąże liberalizacja rynków finansowych, prywatyzacja i wolna konkurencja (w której to utopii potrafią się doskonale odnaleźć lobbyści i dysponujący dużym potencjałem gracze) aż po utopię centralnego nadzoru nad polityką monetarną, bankową oraz podatkową (autor wspomina w tym kontekście nieudany i wciąż niejasny projekt unijnego Paktu Fiskalnego).

Oceniając jednak argumenty Szczerskiego w ramach paradygmatu psychologii społecznej, zakładającej niezmienność ludzkiej natury i stałe pojawianie się w większych i mniejszych grupach ludzkich dążeń do władzy i dominacji, trudno jest nie dojść do wniosku, że rysuje on zbyt idealistyczne podejście do relacji wypracowywanych w ramach organizacji międzynarodowych i polityki międzynarodowej. Idealizuje przy tym dawny model ojców założycieli UE, nie zauważając na to, że przy całej swojej zdolności do solidaryzmu i wyrównywania różnic rozwojowych pomiędzy bogatymi i biedniejszymi regionami oraz państwami UE dawał on więcej atutów silniejszym i większym graczom w rodzaju Francji, Niemiec czy Włoch niż mniejszym krajom Beneluksu, a później Irlandii, Grecji oraz Hiszpanii i Portugalii. Dążenia do dominacji silniejszych kosztem słabych nie da się, co pokazuje doświadczenie, wyeliminować z polityki. Można jednak skierować go na takie tory, aby silni przekonali się, że mają interes w pomaganiu słabszym i bardziej opłacają się im posunięcia multilateralne niż jednostronny dyktat.

Wolny rynek a model społeczny

Szczerski wydaje się, choć z pewnymi delikatnymi zastrzeżeniami, przychylać do postawy nieufności wobec utrzymywania modelu europejskiej polityki społecznej opartej na szerokich transferach i bezpieczeństwie socjalnym. Być może z przyczyn stricte politycznych, wiążących się z ryzykiem zakwestionowania działań prowadzonych w tej sferze przez rząd Zjednoczonej Prawicy od jesieni 2015 roku, nie rozwija szerzej tego zagadnienia, zwracając tylko uwagę na to, że istnieje sprzeczność między dążeniem do pogodzenia z różnie rozumianą na kanwie zapisów traktatowych ideą jednolitego rynku („common market”) a polityką bezpieczeństwa socjalnego. W tym miejscu, świadomie lub nie, autor niebezpiecznie zbliża się jednak do coraz bardziej kwestionowanej, neoliberalnej filozofii przeciwstawienia wolnego rynku i wzrostu gospodarczego klauzulom socjalnym. A przecież stanowią one dość trwały element systemu europejskiego. Przez lata, do czasów pojawienia się reaganomics i ekonomii lansowanej przez tzw. konsensus waszyngtoński, połączenie rozwiązań socjalnych z wolnorynkowymi w postaci społecznej gospodarki rynkowej stanowiło trwały wyraz powojennego modelu rozwoju Zachodu, którego nie kwestionowali zarówno europejscy chadecy i konserwatyści, jak i socjaldemokraci.

Rekonstytuowanie Unii

Wydaje się zresztą, że kwestie gospodarcze i społeczne nie są „mocną stroną” refleksji Szczerskiego, który nie przedstawia ich jednoznacznych ocen i propozycji. Dostrzega oczywiście, że dzisiejszy dynamiczny świat wymaga polityki niedogmatycznej i elastycznej w sferze ekonomii, ale nie formułuje wniosków w tak ważnych kwestiach jak dalsze, efektywne funkcjonowanie strefy euro czy perspektywa integracji systemów fiskalnych i ich ewentualnych skutków dla Europy.

Na płaszczyźnie działań instytucji unijnych Szczerski zgładza projekt „demokracji międzyrządowej”

Po znacznie dłuższej części dotyczącej analizy obecnej sytuacji Szczerski próbuje sformułować dwa rodzaje propozycji dla rozdzieranej nierównomiernym potencjałem swoich państw wspólnoty europejskiej. Ogólną „metapropozycją” książki jest tzw. Nowe Pozycjonowanie Strategiczne (NPS) UE. Autor, opierając się na występującej w politologii osi podziału pomiędzy południkami polityki i wizerunku a równoleżnikami zasobów militarnych i ekonomicznych (rozciągniętej wokół płaszczyzn geopolityki, geoekonomii, neogeopolityki i „soft power”), proponuje poważną refleksję nad tym, gdzie przesunąć punkt ciężkości głównego działania Unii. Zarówno dla przeciętnego czytelnika książki, jak i nawet samego polityka obozu rządzącego propozycja ta wydaje się dość zawiła i trudna do przełożenia na codzienne realia. Gdy jednak bardziej się w nią wczytać, paradoksalnie jest ona zbliżona do pięciu propozycji dla przyszłości UE, zgłoszonych na początku marca br. przez Komisję Europejską i sygnowanych przez jej przewodniczącego Jeana-Claude Junckera. Komisja zaproponowała bowiem kilka modeli dalszej integracji: od bardziej ścisłych, po dosyć luźne i mniej zobowiązujące. I w przypadku Szczerskiego, i Junckera osią tych propozycji jest pytanie, w którym miejscu Unii powinno być więcej, a w którym mniej, gdzie sprawdzają się działania bardziej wspólnotowe, a gdzie strategie indywidualne i autorskie dla poszczególnych państw lub regionów UE.

Na płaszczyźnie działań instytucji unijnych Szczerski zgładza projekt „demokracji międzyrządowej”. Idzie on po linii proponowanej ostatnio przez rząd Beaty Szydło i kraje Grupy Wyszehradzkiej: wzmocnienia roli państw i parlamentów narodowych oraz większej konsensualności na forum Rady Europejskiej, zakładającej możliwość zgłaszania weta co do ustaleń nawet przez pojedyncze kraje. Zapewni to jego zdaniem wzmocnienie filarów rzeczywistej demokracji w Unii, równości i solidarności jej członków (zgodnie z zasadą równości państw w stosunkach międzynarodowych, funkcjonujących chociażby w Karcie Narodów Zjednoczonych i prawie międzynarodowym). Tego typu reforma wzmocniłaby również policentryczność UE (istnienie wielu równoległych centrów integracji i zastąpienie jednej, stałej hierarchii wewnątrzunijnych graczy zmiennymi konfiguracjami, w zależności od potrzeb). Demokratyzacja procesów decyzyjnych w UE, o których Szczerski wspomina dopiero pod koniec swojej pracy, miałaby stanowić również ważny sygnał dla krajów wciąż aspirujących do członkostwa z regionu Bałkanów Zachodnich i – w dalszej perspektywie – z obszaru poradzieckiego.

Czy ta propozycja jest wyjątkowo oryginalna? Pytanie, jak uczynić integrację europejską skutecznym instrumentem interesów narodowych, zgłaszał już prawie dwie dekady temu ówczesny premier Wielkiej Brytanii Tony Blair. To, że nowocześnie rozumiane państwa narodowe powinny być wciąż podmiotem i głównym aktorem europejskich procesów, mówił także, co rząd dzisiaj rzadko przyznaje z oczywistych przyczyn piarowych, minister Radosław Sikorski w słynnym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” w marcu 2009 roku. Propozycje wzmocnienia roli państw narodowych i parlamentów padły w ubiegłym roku podczas rocznicowej sesji z okazji 40-lecia Europejskiej Partii Ludowej z ust nie kogo innego jak… Donalda Tuska. Czy zaś sama idea „demokracji międzyrządowej” może być skuteczna? Ostatnie wydarzenia związane z próbą zablokowania przez rząd odnowienia mandatu przewodniczącego Rady Europejskiej dobitnie pokazały, że na arenie polityki unijnej nie wystarczy mieć własnego zdania ani nawet „moralnej słuszności”. O powodzeniu i umiejętności forsowania własnych pomysłów decyduje umiejętność kompromisów, wysłuchania partnerów czy nawet swoisty, dyplomatyczny zmysł transakcyjny, a nie sama, nawet zabezpieczona traktatowo i instytucjonalnie, możliwość weta.

Wspominając Trójmorze, Szczerski pomija jednak bardzo realne trudności istniejące w tym punkcie polskiej polityki regionalnej: fundamentalne różnice w polityce finansowej, geopolityce, a szczególnie utrzymujący się w niektórych krajach regionu sceptycyzm w stosunku do pogłębiania więzów euroatlantyckich

Soft-power Trójmorza

Ważnym elementem propozycji książki jest flagowy projekt administracji prezydenckiej, aktywnie wspierany przez Chorwację, czyli idea Trójmorza, zapoczątkowana praktycznie podczas międzyrządowego spotkania w Dubrowniku latem 2015 roku. Szczerski widzi ją nie jako konkurencję dla UE, ale część bardzo praktycznej polityki regionalnej i obszar „soft power”. Zdaniem prezydenckiego ministra główną osią współpracy krajów pomiędzy Bałtykiem, Adriatykiem i Morzem Czarnym powinny być przedsięwzięcia komunikacyjne i energetyczne. Wspominając Trójmorze, Szczerski pomija jednak bardzo realne trudności istniejące w tym punkcie polskiej polityki regionalnej: fundamentalne różnice w polityce finansowej (Słowacja, Słowenia oraz kraje bałtyckie siłą rzeczy ciążyć będą z powodu przyjęcia euro ku „starej Unii”), geopolityce (skłonność partnerów z regionu do bliższej współpracy z Niemcami i Rosją), a szczególnie utrzymujący się w niektórych krajach regionu sceptycyzm w stosunku do pogłębiania więzów euroatlantyckich. Nikt rozsądny nie będzie negował wagi projektu, ale jego istotne przeszkody warto mieć stale przed oczami.

Polska mesjaszem Europy?

Zagadnieniem, które pozostawiłem na koniec, jest kwestia roli, jaką autor widzi dla Polski w procesie odnowienia chrześcijańskiej tożsamości Europy. W książce poświęcono jej osobny rozdział, bazujący głównie na nauczaniu papieża Jana Pawła II na temat jedności europejskiej. Subtelne i krótkie nawiązania do problemu Szczerski umieścił również w innych fragmentach pracy, obwiniając, jak to barwnie ujmuje, „lewicowy abordaż” na instytucje europejskie, dokonany w wyniku ruchu kontrkultury w 1968 roku. W tym miejscu analizy autora są dość przewidywalne i nie wychodzą poza znany i przerabiany już od długiego czasu kanon prawicowej i konserwatywnej publicystyki. Dyskusja na ten temat będzie trwać zapewne jeszcze długo: czy kryzys tradycyjnej, chrześcijańskiej tożsamości Starego Kontynentu rzeczywiście zaczął się dopiero w wyniku buntu z 1968 roku? Oczywiście ojcowie założyciele zjednoczonej Europy pragnęli budowy tej konstrukcji na wartościach chrześcijańskich, ale czyż nie była to reakcja na masowy proces apostazji europejskich chrześcijan rozpoczęty po I wojnie światowej i ich akcesu do ruchów totalitarnych? Czy pomimo pewnej zewnętrznej fasady Europa była tak bardzo chrześcijańska już w XIX wieku?

Polscy duszpasterze i wierni nie przyczynili się jak do tej pory do masowego odnowienia chrześcijańskiego ducha wśród Anglików, Szkotów, Irlandczyków lub Belgów, a polskie parafie nie przyciągają mieszkańców tych krajów poszukujących sacrum w chaosie ponowoczesności

Podobnie rzecz się ma ze zgłaszanym w książce pomysłem reewangelizacji Europy poprzez obecność Polski w politycznych strukturach europejskich, a nawet wykorzystanie w tym celu polskiej emigracji zarobkowej w krajach Zachodu. Patrząc z perspektywy czasu, można stwierdzić, że oczekiwania, iż Polacy dokonają poprzez wejście do UE chrześcijańskiej rewolucji w Europie, zgłaszane w  trakcie akcesji do wspólnoty, okazały się przesadzone i nierealistyczne. Podobnie dzieje się z obecnością Polaków w krajach starej UE – polscy duszpasterze i wierni nie przyczynili się, jak do tej pory, do masowego odnowienia chrześcijańskiego ducha wśród Anglików, Szkotów, Irlandczyków lub Belgów, a polskie parafie nie przyciągają mieszkańców tych krajów poszukujących sacrum w chaosie ponowoczesności. Wydaje się, że w dziedzinie religijnej coraz większą rolę w społeczeństwach europejskich odgrywają wybory, świadectwa i losy indywidualne, a nie sama działalność Kościołów o nawet najsilniejszej tożsamości i bogatej historii.

Książka Krzysztofa Szczerskiego w dobie powierzchownych i publicystycznych dyskusji o przyszłości Europy jest głosem wartym wysłuchania i dyskusji, pomimo że jej konkretne propozycje jawią się w wielu miejscach jako ogólnikowe lub nazbyt teoretyczne.

Krzysztof Szczerski, Utopia europejska. Kryzys integracji i polska inicjatywa naprawy, Biały Kruk, Kraków 2017, ss. 255.