Newsletter

(Nie) będą nami rządzić aroganckie miasta?

PiS do wyborów parlamentarnych nie zdoła pozyskać elektoratu wielkomiejskiego. Jedyną skuteczną metodą na zachowanie władzy po 2019 roku wydaje się polaryzacja pomiędzy Polską „powiatową” a „metropolitalną”

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Latem 2010 roku na całej Słowacji pojawiły się ogromne billboardy z hasłem „Czy będzie nami rządzić arogancka Bratysława?”. Przedstawiały one kontury kraju wypełnione jednolitym kolorem za wyjątkiem niewielkiego cypla na południu, wokół stolicy. Było tuż po wyborach parlamentarnych, w których rządząca populistyczna partia SMER ówczesnego premiera Roberta Fico, pomimo arytmetycznego zwycięstwa nie uzyskała samodzielnej większości i nie znajdując koalicjanta, zmuszona była przejść do opozycji. Władzę (co prawda tylko na dwa lata) przejęły ugrupowania centroprawicowe oraz partia mniejszości węgierskiej, które pojedynczo uzyskały dwukrotnie, a nawet czterokrotnie mniejszą ilość głosów niż SMER. Bratysława gremialnie poparła wtedy opozycję, prowincja i wieś – populistów rządzących przez całą kadencję w koalicji z narodowcami i ugrupowaniem byłego, autorytarnego premiera Vladimíra Mečiara.

Bez wątpienia, piarowcy PiS-u mogliby osiem lat później dokładnie skopiować pomysł sztabowców Roberta Fico, którzy najprawdopodobniej stali za tamtą kampanią. Slogan „Czy będą nami rządzić arogancka Warszawa, Łódź, Gdańsk i Kraków?” zasadniczo pasuje nie tylko do narracji polityków rządzącej większości po obydwu turach wyborów samorządowych, ale również do szeregu publicystów od prawa do lewa, podkreślających dystans do liberalnej wielkomiejskości, inteligenckiego elitaryzmu, lub nawet rzekomego egoizmu klasowego mieszkańców metropolii.

Przykłady słowackie, węgierskie, rumuńskie czy nawet bałkańskie pokazują, że rzeczywiście można dość długo rządzić albo wbrew wielkim miastom, lub też wbrew prowincji. Obydwa rozwiązania stanowią jednak prowizorkę, i w każdej odmianie stanowią zagrożenie dla demokracji obywatelskiej i podmiotowości społecznej

Różnice w zachowaniach wyborczych pomiędzy liberalnymi stolicami i dużymi ośrodkami miejskimi a małymi miasteczkami i prowincją nie są w zasadzie niczym dziwnym. Występują nawet w dojrzałych i zakorzenionych społecznie demokracjach zachodnich, a co dopiero w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, gdzie transformacja po 1989 roku dość konsekwentnie przebiegała według słynnego już modelu „dyfuzyjno-polaryzacyjnego”, bez wątpienia promującego duże miasta jako trampolinę rozwoju i modernizacji. Czy była to świadoma i skoordynowana strategia promowania nierówności, klasizmu i rujnowania „Polski B”, czy też wynik bardziej złożonych i nie zawsze dających się ogarnąć za pomocą metod inżynierii politycznej wielowarstwowych procesów globalnych, pozostaje fascynującym tematem dyskusji publicystycznych i akademickich. Czy jednak tego chcemy, czy nie, małe miasteczka we wschodnich Węgrzech, słowackie wioski w górach, rumuńska prowincja czy województwo świętokrzyskie głosują inaczej niż Budapeszt, Bratysława, Bukareszt i Warszawa.

Przykłady słowackie, węgierskie, rumuńskie czy nawet bałkańskie pokazują, że rzeczywiście można dość długo rządzić albo wbrew wielkim miastom, lub też wbrew prowincji. Obydwa rozwiązania stanowią jednak prowizorkę i w każdej odmianie stanowią zagrożenie dla demokracji obywatelskiej i podmiotowości społecznej. Żywią się stereotypami i konfliktem kulturowym, zamykają drogi awansu społecznego „tym gorszym”, wbrew którym akurat sprawowana jest władza. Co ciekawe, pozostający przez długie lata w opozycji na szczeblu centralnym PiS lub węgierski Fidesz zdawały się to dostrzegać, postulując większe „uobywatelnienie” władzy, tworzenie oddolnych kół obywatelskich czy słynnych, promowanych swego czasu z taką pasją przez prof. Andrzeja Zybertowicza „archipelagów wolności”, składających się z niezależnych, w dużej mierze lokalnych inicjatyw społecznych. Tego rodzaju filozofia, oczywiście traktowana poważnie, a nie tylko jako narracja wyborcza, istotnie przyczyniłaby się do rozwoju społeczności powiatowych i prowincji, ale co za tym idzie, do stopniowego niwelowania różnic pomiędzy metropoliami i prowincją oraz nadaniu kraju bardziej egalitarnego i sprawiedliwego charakteru. Cóż jednak z tego, skoro po dojściu do władzy, ugrupowania krytykujące gorąco rozwój „dyfuzyjno-polaryzacyjny” i pomijanie w polityce rozwoju obszarów poza metropoliami, proponują odtworzenie starego antagonizmu pomiędzy wielkimi ośrodkami i prowincją, z tym, że w nowych kostiumach i dekoracjach?

Porażka w miastach niestety coraz mocniej spycha rządzących do utrzymywania antyelitarnej i antymiejskiej narracji

O sile i sprawczości współczesnego polityka nie decydują tylko umiejętność zmiany prawa, przejęcia mediów publicznych i tworzenia nowych pól konfliktów społecznych, ale także zdolność do stworzenia szerokiej oferty programowej, trafiającej do różnych segmentów społeczeństwa. Nie da się ukryć, że PiS nie potrafił w kampanii samorządowej stworzyć takiej przekonującej propozycji, a klęska w wielkich ośrodkach pokazała generalną słabość zakorzenienia tego ugrupowania w strukturach samorządowych, szczególnie tam gdzie głosuje się na konkretnych kandydatów z krwi i kości, a nie na partyjny szyld (jak w przypadku sejmików wojewódzkich). Nie za bardzo widać też na horyzoncie sposób, w jakim PiS miałby wrócić do dawnej narracji obywatelskiej i solidarystycznej, zakładających działania na rzecz zrównoważonego i sprawiedliwego rozwoju kraju. Porażka w miastach niestety coraz mocniej spycha rządzących do utrzymywania antyelitarnej i antymiejskiej narracji. W połączeniu z faktem, że w najbliższych latach perspektywa pomocy budżetowej i inwestycji publicznych na prowincji nie zapowiada skokowego wzrostu, PiS pozostanie tylko nie do końca pewne pod względem dalszych rezultatów wyborczych granie na polaryzację miast i prowincji. Ani „Polska metropolitalna”, ani „Polska powiatowa” na pewno na tym wiele nie zyskają.