Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Nadminister premierem

Dzięki nowemu stanowisku Mateusza Morawieckiego teoretycznie będzie łatwiej realizować Strategię Odpowiedzialnego Rozwoju. Jednak w niewielkim stopniu, bo szefem rządu pozostanie Jarosław Kaczyński.

Jeśli kierujemy się klasyczną logiką polityczno-partyjną, to wymiana Beaty Szydło na Mateusza Morawieckiego na stanowisku Prezesa Rady Ministrów nie ma sensu. Prawo i Sprawiedliwość bije rekordy w sondażach, dobrze oceniana jest także sama premier. Politycy PiS i prorządowi dziennikarze rozpływają się nad skutecznością „dobrej zmiany”. I wtedy zjawia się on – cały na czarno, nie licząc koszuli i krawata – i kradnie show „naszej Beatce”. Sami zwolennicy PiS przecierają oczy ze zdziwienia: jeszcze chwilę temu zdecydowana większość czytelników portalu wPolityce.pl głosowała w sondzie za tym, by Beata Szydło została na stanowisku (obecnie większość zdecydowanych uważa wymianę premiera za złą decyzję).

I ja nie wytłumaczę Państwu głębszego sensu tej decyzji. To, co przychodzi mi do głowy, to że… Prezes po prostu tak już ma. Jarosław Kaczyński uwielbia zarządzanie poprzez chaos. To, co w głębokich latach 90. XX wieku wydawało się smutną koniecznością – nieustanne wolty, niekończące się narady liderów partii i partyjek mogących liczyć po kilkadziesiąt szabli w parlamencie, dziennikarze wyczekujący pod drzwiami gabinetów na decyzję, powstanie rząd, czy nie powstanie, upadnie, czy nie upadnie – to najwyraźniej jego żywioł. Tak wyglądały też rządy w lata 2005-2007, co można było jeszcze ostatecznie zrozumieć, bo PiS nie miał wówczas samodzielnej większości, ale przecież innym jakoś się udawało rządzić dłużej bez bałaganu. To wszystko powtarza się i dziś. Kaczyński mógł zdecydować się na najbardziej oczywistą decyzję i zostać już 2 lata temu premierem – jako lider partii rządzącej nadawałby się do tego doskonale – wolał jednak rozwiązanie „naczelnikowskie”. Wygodne, bo będąc wtedy „dobrym carem” można co rusz wymieniać „złych bojarów”. Tyle, że on tego wcale nie robi; swoje stanowiska – póki co – zachowali najgorsi ministrowie w tym rządzie, stanowisko utraciła ta, która w myśl pisowskiej propagandy sukcesu wszystko tak pięknie spina.

Jakimś wytłumaczeniem mogłaby być rosnąca popularność Szydło, która miałaby rzekomo zagrozić pozycji Prezesa. Tyle że w PiS i tak nikt nie jest w stanie obalić Kaczyńskiego, wszelkie próby buntu czy wybicia się na niezależność mogą, w najlepszym wypadku, skutkować utworzeniem własnej kanapowej partyjki, zapewniającej delikwentowi lepszą pozycję w obozie władzy (casus Zbigniewa Ziobry).

Najsensowniej byłoby w obecnych warunkach przestać wreszcie udawać, że rządzi ktoś inny niż prezes PiS, i by to on przejął pałeczkę

Innym powodem może być to, że powołanie na stanowisko premiera Morawieckiego ma pokazywać, że teraz najważniejsza będzie gospodarka. Brzmi to logicznie. We wrześniu 2016 roku pisałem o Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju: „W «Strategii» brakuje narzędzi, umożliwiających jej realizację. Zacznijmy od instytucjonalnych. Minister Morawiecki zapowiada utworzenie jednolitego centrum zarządzania, które widzi w Ministerstwie Rozwoju («ośrodek zarządzania gospodarczego Rządu», którego szef byłby przewodniczącym Komitetu Rozwoju), kierunki zaś ustalałoby 12 zespołów międzyresortowych. MR musiałoby się stać nadministerstwem, któremu podlegałyby inne – w dodatku będąc jednocześnie pod kontrolą Prezesa Rady Ministrów, jego szef nie mógłby więc być ponad premierem. (…) Takie centrum może zostać realnie zbudowane tylko wokół premiera, będącego najlepiej szefem partii rządzącej samodzielnie lub przewodzącej koalicji. Tylko taka osoba (i zbudowane wokół jej stanowiska instytucje) mogłaby skutecznie łączyć sprzeczne interesy [różnych ministerstw]”. I można powiedzieć, że Mateusz Morawiecki doczekał się – został premierem i teraz jego SOR będzie realizowana gładko jak po maśle. Problem w tym, że nie został „szefem partii rządzącej”. Na boku zostawmy to, że jest jeszcze wiele innych powodów, z których Strategia się „nie klei”, ale przyjmijmy, że ich nie ma. Obecna zmiana może mu pomóc tylko w ograniczonym zakresie, ponieważ będzie on formalnie Prezesem Rady Ministrów, ale nie szefem rządu. Tym pozostanie nadal Jarosław Kaczyński i to on będzie ustalał ogólne kierunki działań, choć może zostawić Morawieckiemu wolną rękę, jeśli chodzi o konkretne posunięcia. I tylko prezes PiS będzie dysponował narzędziami do dyscyplinowania ministrów, nie zaś człowiek z zewnątrz, który do partii będącej obecnie przy władzy doszedł całkiem niedawno. Nie sądzę, by miał duży wpływ na skład „swojego” rządu. Zbyt dużo interesów różnych partyjek i frakcyjek, które się z nim niekoniecznie liczą, będzie musiał pogodzić. Najprawdopodobniej (choć nie na pewno) zwolnią się ministerstwa rozwoju i finansów – Morawiecki będzie miał ograniczony wpływ na wybór swojego następcy.

A poza gospodarką jest także sporo innych kwestii, którymi zajmuje się rząd. Jeśli na swoich stanowiskach pozostaną Witold Waszczykowski czy Antoni Macierewicz, trudno będzie sobie wyobrazić zmianę w naszej polityce zagranicznej i obronnej, zmianę, której potrzebujemy. Te kwestie, a także wymiar sprawiedliwości, to „koniki” Jarosława Kaczyńskiego, od którego będzie zależało, jak sprawy potoczą się dalej. Najsensowniej byłoby w obecnych warunkach przestać wreszcie udawać, że rządzi ktoś inny niż prezes PiS, i by to on przejął pałeczkę – to się jednak aktualnie nie dzieje, co powoduje, że trudno wymianę premiera uznać za jakąś wielką zmianę.

Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem", "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku" oraz "Mała degeneracja". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Nadminister premierem”

  1. Jakub pisze:

    Sądzę, ze z punktu widzenia JK to wcale nie jest najsensowniej – tylko z Waszego 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz