Na złość neoliberałom odmrożę sobie uszy

Aktualności,

Dominującym poglądem w polskiej polityce jest przekonanie, że państwu nic złego stać się nie może. Myślą tak nawet ci, którzy – gdy są w opozycji – potrafią załamywać ręce nad jego stanem. Ale gdy dochodzą do władzy, bez oporów zużywają jego zasoby materialne i symboliczne, obniżają poziom zaufania do instytucji oraz reguł gry, obsadzają najwyższe stanowiska ludźmi bez kompetencji i skrupułów. Póki uchwala się budżet, póki są jeszcze jakieś łupy do zdobycia, rzesze urzędników i funkcjonariuszy, którym można wydawać polecenia – póty wydaje się, że państwo ma się dobrze. A to, że staje się mniej sprawcze, że wykonuje swoje zadania w sposób wadliwy, że społeczeństwo żyje na koszt przyszłych pokoleń – tego przecież gołym okiem nie widać, bo konsekwencje naszych zaniedbań przyjdą dopiero po latach. O tym, że przyjdą przekonaliśmy się, gdy okazało się, jak wadliwie skonstruowany jest nasz system emerytalny, gdy trzeba było ratować się likwidacją systemu OFE. Przekonaliśmy się i szybko zapomnieliśmy tę lekcję. Reformy wdrażane przez rząd „dobrej zmiany” zakwalifikowały ją jako kolejną „winę Tuska”, a zatem coś, co im na pewno się nie przytrafi. I pod hasłem „damy radę” przywróciły do łask urzędową beztroskę.

Dlatego uważam, że w debacie publicznej bardziej pożyteczni są ci, którzy dopuszczają możliwość upadku państwa, którzy wiedzą, że jest on procesem długim i trudnym do odwrócenia. Spektakularne zdarzenia towarzyszą jedynie fazie końcowej i są poprzedzone długotrwałym gniciem instytucji, osłabianiem się lojalności państwowej, zamienianej zwykle na klasową, plemienną czy religijną. Pierwszym aktem upadku jest przekonanie, że państwo nie jest żadnym dobrem wspólnym (ponad podziałami politycznymi, religijnymi, klasowymi czy etnicznymi), ale narzędziem rozprawy z przeciwnikiem. Niestety, tego momentu, który poprzedza upadek państwa, nie dostrzega ani opozycja, ani obóz rządzący.

Nowa tożsamość prawicy

Ciekawą próbkę współczesnego prawicowego myślenia o państwie przynosi ostatni numer „Nowej Konfederacji”, a w szczególności tekst Krzysztofa Raka pod nieco mylącym tytułem: „Nacjonalizm w obronie welfare state”. Tematem tekstu nie jest bowiem ideologia nacjonalistyczna, a raczej państwo narodowe, takie jakie zna dziś z własnego doświadczenia większość Europejczyków. Likwidacja państwa narodowego oznacza to samo, co zniszczenie państwa dobrobytu – zaczyna swój tekst Rak. Likwidacji tej zaś dokonują neoliberałowie walcząc z nacjonalizmem. Co więcej, podejmując tę walkę nie wiedzą, co czynią. Ich zwycięstwo oznaczałoby bowiem zniszczenie fundamentów naszego społecznego życia. To przesłanie łatwo z pewnością przekona zwolenników prawicy, gdyż odwołuje się do rdzenia jej nowej tożsamości, jakim jest walka z liberalnym establishmentem.

Postawienie znaku równości między narodem i państwem narodowym, a nacjonalizmem jest wygodnym dla budowania argumentacji, ale poważnym nadużyciem

Jednak założenie to prowadzi myśl prawicową, a także – co w tym momencie ważniejsze – myśl obozu rządzącego na manowce. Gdyby Autor powiedział, że elity liberalne walkę tę toczą z narodem, można by z tak postawioną tezą dyskutować. Ale postawienie znaku równości między narodem i państwem narodowym, a nacjonalizmem jest wygodnym dla budowania argumentacji, ale poważnym nadużyciem. By tezę taką uzasadnić, Rak musi stwierdzić, iż nacjonalizm to ideologia (…) która stworzyła państwo narodowe i naród państwowy. By tak było, trzeba by albo bardzo rozszerzyć pojęcie nacjonalizmu, albo zapomnieć o historii wielu europejskich państw. Sam Autor chyba czuje, że teza jest nieco na wyrost, ponieważ dodaje: Abstrahując od rozważań nad ich historyczną genezą, można stwierdzić, iż osiągnęły one swoją obecną, dojrzałą formę wskutek wzajemnych i ciągłych interakcji, między narodem, nacjonalizmem i państwem narodowym.

Rak miałby rację, gdyby stwierdził, że tożsamość narodowa sprzyjała jednoczeniu się państw (Niemcy, Włochy) lub ich rozpadowi (Austro-Węgry, a pod koniec XX w. ZSRR, Czechosłowacja czy Jugosławia). Z tego nie wynika jednak fakt, że nacjonalizm stawał się dobrą przesłanką dla rozwiązywania ich problemów, w momencie gdy już powstały. Nawet na gruncie polskim – Narodowa Demokracja, która ma liczne zasługi w dziele budzenia świadomości narodowej i odzyskiwania państwa, nie stała się czynnikiem integrującym je po 1918 roku.

Budując tezy ostrożniej oraz bliżej historycznych faktów, trzeba by też przyznać, iż zwolennikami państwa narodowego w XIX i XX wieku nie byli bowiem jedynie nacjonaliści. Z pewnością Rak wie, że spór na ten temat podzielił także konserwatystów, liberałów i lewicę. Zresztą większość europejskich socjalistów opowiedziała się za państwami narodowymi, potwierdzając to szczególnie w czasie I wojny światowej. Wie też z pewnością, że nacjonalizm, któremu sprzeciwiają się „neoliberałowie”, to nie zamiar tworzenia własnego państwa (wszak część z nich sympatyzuje z dążeniami Katalończyków czy Szkotów), ale chęć pozbycia się z niego części obcych. W tej polemice z nacjonalizmem nie chodzi o to, że Francja, Niemcy czy Stany Zjednoczone kierują się własnym interesem, ale o to, że istnieje ideologia, która interes ten pojmuje w sposób, który mógłby uniemożliwić współpracę gospodarczą i solidarność Zachodu oraz odebrać ich państwom „uniwersalny”, to znaczy ślepy na etniczne korzenie obywateli, charakter.

Realia i utopie

Rak uważa takie „uniwersalne” państwa za utopijny projekt, który musi przyznawać uznanie wszystkim obywatelom ze względu na ich człowieczeństwo, a nie ze względu na ich członkostwo w jakiejś grupie narodowościowej, etnicznej lub rasowej. Prawdę mówiąc, wolę funkcjonować w państwie opartym na takim wzorcu niż na jego „etnicznej” lub „rasowej” odwrotności, ale nie o osobisty wybór tu chodzi. Ten sam rodzaj uniwersalizmu można spotkać w ważnych dla prawicy tekstach nauczania społecznego Kościoła, do tego samego uniwersalizmu odwołuje się wiele współczesnych apologii Pierwszej Rzeczpospolitej. Co więcej, próba skonstruowania państwa opartego o zasadę etniczną wymagałaby znacznie większej konfrontacji z realiami współczesnej Europy niż rozszerzanie sensu pojęcia państwa uniwersalnego, choć opartego o kulturę i dziedzictwo konkretnego narodu czy narodów (innych państw prawdę mówiąc nie znam).

Zdaniem Raka utopijności idei państwa uniwersalnego dowodzi choćby klęska projektu homogenicznego państwa europejskiego, bo tak w Gellnerowskim języku należałoby nazwać wszelkie projekty centralizacji władzy i federalizacji Unii Europejskiej. Spaliły one na panewce w zetknięciu z rzeczywistością, ponieważ nie istnieje jedna homogeniczna kultura, która łączyłaby ludzi zamieszkujących między wybrzeżem Atlantyku a rzeką Bug. Dodałbym, że spaliły na panewce właśnie dlatego, że były przeciwne idei Unii Europejskiej jako związku państw. Co więcej, uznaniu, że Unia jako taka jest jednym z najciekawszych wytworów państwa narodowego, pomyślanym jako forma wspólnej, negocjowanej obrony interesów, a nie samozagłady.

Prawica woli dziś wroga ideologicznego, abstrakcyjne „singlizmy i genderyzmy”, niż spór dotyczący realnych postaw, który mógłby odebrać jej zwolenników

Czy Niemcy, Francja, kraje Beneluksu i Włochy postąpiły wbrew swoim interesom, kładąc fundament pod integrację europejską? Czy błędem w tych rachubach było utworzenie Unii Europejskiej? A może to my, w Polsce, popełniliśmy błąd, angażując nasze świetnie zorganizowane i bezbłędnie broniące narodowego interesu państwo w tak podejrzane przedsięwzięcie? Zasadniczym błędem tej kalkulacji jest utożsamienie idealizowanego „państwa narodowego” z interesem narodowym (rozumianym oczywiście jako interes wspólnoty obywatelskiej, a nie etnicznej). Pomijam już fakt, że agregacja tego ostatniego na gruncie polskim pozostawia wiele do życzenia i że państwo w tej sferze wielokrotnie zawodziło, lekceważąc potrzeby grup społecznych czy nawet całych regionów kraju. Można zapytać, jak szybko rozwijałyby się województwa Polski Wschodniej, gdyby Polska zaniechała akcesu do Unii Europejskiej. Wszak plany rozwojowe budowane przed akcesją stwierdzały np., że nie warto na tych terenach inwestować w transport drogowy (autostrady, drogi szybkiego ruchu). Jakie fundusze wspierające rolnictwo uruchomiłoby „państwo narodowe” po 2004 roku? Nie pytam przy tym o bilans naszego członkostwa w UE – to całkiem inna sprawa – ale próbuję wskazać, że kalkulacja interesu narodowego przez państwo narodowe nie jest sprawą tak oczywistą, jak to się na pierwszy rzut oka wydaje.

Państwo narodowe i jego wrogowie

Rak doskonale zna słabości państwa narodowego. Pisze bowiem, iż katastrofa demograficzna powoduje, że zawodowo czynni nie będą w stanie utrzymać tych, którzy przeszli na renty i emerytury. To zachwieje europejskim społeczeństwem dobrobytu i doprowadzi do upadku instytucję państwa narodowego (…). Jest więc bardzo prawdopodobne, że industrializacja pożre swoje własne dziecko – państwo narodowe. Zgadzam się, że taki scenariusz opisuje jeden z najbardziej prawdopodobnych kryzysów, jakie mogą nas dotknąć w najbliższych dekadach. Jednak zagrożenie to nijak ma się do neoliberalnych elit zwalczających nacjonalizm. Przeciwnie – można się zastanowić nad polityką państw narodowych, która może demolować systemy emerytalne lub lekceważyć problem dzietności rodzin, nie wprowadzając żadnych programów wsparcia dla rodziców.

Czy Niemcy, Francja, kraje Beneluksu i Włochy postąpiły wbrew swoim interesom, kładąc fundament pod integrację europejską?

Chyba że uwierzymy w to, że za problemy demograficzne odpowiada lansowana przez neoliberałów ideologia „singlizmu”. Rak relacjonuje ją zgodnie z dominującymi na prawicy regułami obyczajowej prowokacji, w której chodzi nie tyle o opis zjawiska, ale jego stygmatyzację – a singiel jest nie tylko bezpłciowy, ale i nie wchodzi w żadne głębsze interakcje społeczne, nie jest w żaden istotny sposób związany z innymi członkami społeczeństwa. Jest więc figurą człowieka wyobcowanego, którego nadejście przepowiadali filozofowie XIX wieku. Autorowi przypomnę nieśmiało, że singlem był twórca polskiego nacjonalizmu, Roman Dmowski, a i wśród współczesnych polityków prawicy znajdą się przecież nieżonaci mężczyźni i niezamężne kobiety. Jednak pojedynczy singiel to jeszcze nic strasznego, groźniejsza jest „ideologia singlizmu” – to z niej bowiem wynika wiara w możliwość kulturowego przezwyciężenia biologicznego podziału na płcie, której zwiastunem jest tak popularny dziś genderyzm. To wszystko, wypowiedziane w kontekście bronionego przez Raka państwa narodowego, stanowi coś, co można nazwać już chyba „syndromem Waszczykowskiego”, czyli jest mieszaniem własnych dziwacznych uprzedzeń z tezami poważnymi i zasługującymi na poważną dyskusję.

Warto bowiem pytać o narzędzia, jakimi dysponuje państwo – rządzone dziś przez prawicę – by kobietom, które chcą urodzić dziecko, umożliwić powrót do wykonywanego przed urodzeniem dziecka zajęcia, o pełne pogardy zachowania pracodawców wobec młodych matek, jako tych „które na pewno będą ciągle na zwolnieniu, bo bachory chorują”, itp. Wiem, że prawica woli dziś wroga ideologicznego, abstrakcyjne „singlizmy i genderyzmy”, niż spór dotyczący realnych postaw, który mógłby odebrać jej zwolenników. Będę jednak obstawał przy tezie, że największymi wrogami państwa są dziś politycy, budujący systemy emerytalne kosztem przyszłych pokoleń, rozbijający poczucie wspólnoty państwowej, pozbawiający instytucje państwa wiarygodności. Nie są zaś nimi mężczyźni i kobiety, którzy – z różnych względów, zwykle dalekich od wymyślonych ideologii – nie wchodzą w stałe związki. Wojna kulturowa, w którą tak aktywnie od ponad dekady zaangażowała się polska prawica, nie powinna stać się jedynym dostępnym sposobem objaśniania świata.

Co więcej, właśnie w tym kontekście warto przemyśleć inną z tez autora, który stwierdza, iż naród posługuje się ujednoliconą aparaturą pojęciową, pozwalającą jego członkom w taki sam sposób postrzegać świat. Wystarczy włączyć dwie największe telewizje informacyjne, posłuchać zaproszonych do studia ekspertów, poczytać wpisy w Internecie, by wiedzieć, że taka wizja narodu jest utopią – nie tylko w Polsce. A realne jest państwo brytyjskie, od którego oczekujemy, że z szeroko otwartymi ramionami będzie przyjmować Polaków, pragnących się osiedlić na Wyspach, wbrew postulatom etnicznej homogeniczności.

Establishment nie jest głównym przeciwnikiem

Gdybym nie znał innych tekstów Krzysztofa Raka, być może mógłbym przypuścić, że się pogubił, że próbował zmieścić w jednym tekście kilka nieuzgodnionych ze sobą tez i w pośpiechu – który nam, publicystom często się zdarza – nie poradził sobie z konstrukcją całości. Bardziej prawdopodobna wydaje mi się jednak inna przyczyna. Jest nią próba przedstawienia czytelnikowi całkiem nowej – jeszcze niedopracowanej w detalach – opowieści o istocie współczesnej polityki, która jest konfliktem między chcącymi źle neoliberałami, a dającą im odpór narodowo-religijno-cywilizacyjną prawicą. Bardzo chciałbym się mylić, ale jeżeli „obrona idei państwa narodowego” jest jedynie kolejnym sposobem symbolicznego robienia na złość „neoliberałom”, umacniania jednolitego frontu walki z globalistycznym establishmentem, to pierwszą jej ofiarą będzie to realne państwo polskie.

Myślę tak nie tylko obserwując poczynania obecnego rządu, który podkreśla na każdym kroku akty zerwania, negując kontynuację. Który w oficjalnych komunikatach MON pisze o zastępowaniu „oficerów dobranych przez Platformę Obywatelską oficerami o dużym doświadczeniu bojowym”, który przejmując media – zwane nomen omen narodowymi –uczynił z nich narzędzie propagandy partyjnej, w stopniu wcześniej w Trzeciej Rzeczpospolitej niespotykanym. Problem jest poważniejszy i dotyczy nie taktyki takiej czy innej partii, nie zachowań tej, czy innej władzy. Prawica, wyposażona w taką diagnozę sytuacji, jaką prezentuje w swym tekście Krzysztof Rak, nie będzie potrafiła nigdy przystąpić do naprawy państwa, do rekonstrukcji jego miękkich zasobów – takich jak zdolność budowania zaufania, kompromisu wokół spraw najważniejszych, w tym międzynarodowych i ustrojowych, lojalności obywatelskiej i urzędniczej.

Trzy mechanizmy – partyjnej eksploatacji państwa, wzmacniania podziałów politycznych i zużywania miękkich zasobów państwa oraz rosnącego uzależnienia od nieefektywnych systemów społecznych – będą przyczyniały się do erozji państwa

Zgodziłbym się raczej ze Stefanem Sękowskim, który tekst w ostatnim numerze „NK” zaczyna inaczej niż jego koledzy. Stwierdza, że dzisiaj już nie robią takich państw, jak kiedyś. To prawda, tym boleśniejsza, że Polska nie „załapała się” na najważniejszą epokę państwotwórczą w dziejach Europy. Dodałbym jednak, że nie tylko „nie robią”, lecz niszczą je w sposób niezwykle pomysłowy. Nie tylko przerabiając podziały polityczne na niemal plemienne, ale także pogłębiając systemowe słabości administracji. Państwo stało się bowiem w znacznym stopniu zakładnikiem systemów, które powołało do życia. Może wraz z ich kryzysem tracić nie tylko wiarygodność, ale wręcz zdolność efektywnego działania. W chwili ich tworzenia państwo wydawało się niebywale wręcz sprawcze, dziś staje się narzędziem inżynierii społecznej na wielką skalę. Ale – wbrew pozorom – nie może tego czynić nieustannie.

Trzy mechanizmy, partyjnej eksploatacji państwa, wzmacniania podziałów politycznych i zużywania jego miękkich zasobów oraz rosnącego uzależnienia od nieefektywnych systemów społecznych, będą przyczyniały się do erozji państwa. Bardziej ufam prawicy, która powtarzałaby za Sękowskim, iż Państwowe instytucje – trzymane w ryzach, traktowane jako narzędzia, nie jako cel sam w sobie – mogą być skutecznym zabezpieczeniem naszej wolności, choć wymagają nieustannej kontroli i przycinania, by nie rozrosły się ponad miarę niż tej, która widzi wroga wyłącznie w liberalnym establishmencie i w walce z nim gotowa jest poświęcić nawet długofalowe interesy tego państwa.