Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Na Białorusi bandytą jest państwo

Najbardziej racjonalne z punktu widzenia białoruskiego przedsiębiorcy jest znalezienie swojej niszy, ale też swojego sufitu, ponad który lepiej nie wyrastać

Kim jest Aleksander Łukaszenka i jak wygląda jego wersja ekonomicznego ładu dla Białorusi?

Aleksander Łukaszenka jest dyktatorem postradzieckim. Doszedł do władzy na fali nostalgicznego, proradzieckiego sentymentu. Głosowały na niego rzesze Białorusinów, którzy w pierwszych latach transformacji na niej stracili i chcieli przywrócić swoją uprzywilejowaną pozycję, jaką mieli w Związku Sowieckim. Człowiek, który obiecuje powrót do czasów świetności sowieckiej, musi odnowić system gospodarki sowieckiej z czasów, kiedy Białoruś była czymś na kształt zakładu, w którym zbierano produkcję i eksportowano na Zachód. I to robił Łukaszenka – ale jednocześnie nie chciał wprowadzić autarkii. Chciał odnowić i zakonserwować tę strukturę, jaką miała Białoruś będąc w Związku Sowieckim. A była wtedy przywiązana do Rosji Sowieckiej. Około 80% produkcji Białoruskiej SRR eksportowano do innych republik radzieckich lub za granicę. Jednocześnie jedynie 3,8% białoruskich towarów mogło być wyprodukowane z krajowych surowców. Głównym dostawcą była Rosja. Dla Łukaszenki było ważne, by zapewnić pełne zatrudnienie, pewne gwarancje społeczne; sprawić, aby ludzie, którzy rozczarowali się transformacją, głosowali na niego. Łukaszenka przywrócił pewność, spokój, jaki ci ludzie mieli za czasów sowieckich.

Ważne jest jednak coś jeszcze. Łukaszenka to człowiek czasów Breżniewa, w których już nikt nie wierzył w komunizm, ale elity wciąż wierzyły w redystrybucję prowadzoną przez państwo – i w autorytaryzm. Pokolenie Łukaszenki powoli wymiera. I razem z nimi wymiera ta gospodarka odziedziczona po Związku Sowieckim, bo świat się zmienia. Jest to też wymieranie tamtej idei. I to budzi konflikty. Na Białorusi doprowadziło to do rozdarcia społeczeństwa.

Jak już pan pewnie zauważył mieszkając w Polsce i obserwując naszą debatę, szczególnie internetową, wielu Polaków uważa, że Białoruś może i jest krajem autorytarnym, ale jednocześnie jest krajem przyjaznym dla biznesu. Czy to w ogóle jest prawda? I jeżeli jest przyjazna dla biznesu, to dla jakiego? Czy Białoruś to taki specyficzny gambit, w którym brak demokracji (przynajmniej takiej w zachodnim rozumieniu) i praw człowieka zazębia się z wolnym rynkiem?

Łukaszenka to człowiek, który chce korzystać z bogactw globalnego rynku – mówię o konsumpcjonizmie – ale jest też przekonany, że najlepszym rozwiązaniem jest gospodarka upaństwowiona, planowa, taka, w której państwo i urzędnik wiedzą lepiej. Jest też przekonany, że jednostka jest niczym. To absolutne przeciwieństwo idei wolności, liberalizmu i gospodarki rynkowej. Wiara w to, że Aleksander Łukaszenka buduje jakiś wolny rynek, to absolutny nonsens. Z czego to wynika? Moim zdaniem z niewiary we własną cywilizację, którą to niewiarę podziela dziś wielu ludzi na Zachodzie. Ta nieufność, zwłaszcza artykułowana przez przedstawicieli bardziej radykalnych odcieni prawicy, objawia się jako gotowość klaskania dyktatorom za bycie antymainstreamowymi.

Do dzisiaj 55% zatrudnienia na Białorusi to zatrudnienie w państwowych zakładach. To oznacza kontrolę nad 60% społeczeństwa białoruskiego

Co w takim razie charakteryzuje białoruską gospodarkę?

Łukaszenka za pomocą dotacji rosyjskiej starał się utrzymać strukturę gospodarki bardzo zbliżoną do tej, która istniała w czasach sowieckich. Jeżeli jakieś przedsiębiorstwo generuje zysk, ten zysk jest odbierany i przekierowywany do przedsiębiorstw, które generują stratę. W taki sposób subsydia krzyżowe pozwalają bilansować system i ten system staje się bardzo trwały. Nikt nie bankrutuje, zatrudnienie jest zapewnione. Do dzisiaj 55% zatrudnienia na Białorusi to zatrudnienie w państwowych zakładach. To oznacza kontrolę nad 60% społeczeństwa białoruskiego. Moja teza jest taka: kluczowym celem istnienia takiej gospodarki jest utrzymanie władzy politycznej. Żeby utrzymać tę władzę, Łukaszenka potrzebuje bezpośredniej kontroli nad ludźmi.

Jak można osiągnąć tę kontrolę?

Ta kontrola była zapewniana przez pełne zatrudnienie na modłę sowiecką. Praca w zakładach państwowych, ubezpieczenia społeczne, benefity społeczne, redystrybuowane przez przedsiębiorstwa – na przykład mieszkania. Ale państwowe zakłady pracy mają pod sobą nawet muzea, szkoły, ośrodki kultury. To wszystko jest powiązane. Przez długie lata funkcjonował system, w którym ludzie dostawali tanie mieszkania od swoich zakładów pracy. Teraz na Białorusi rynek mieszkań jest podzielony, można je kupić za gotówkę, nie ma tanich kredytów hipotecznych – mieszkanie służbowe można jednak też tanio dostać, jeśli jest się milicjantem, wojskowym, urzędnikiem, prokuratorem. Można je sprywatyzować, odchodząc na emeryturę. Mieszkanie to najważniejszy atut, który ludzie starają się uzyskać. To dla mieszkań ludzie idą do milicji albo wojska. Ale jest haczyk. Jeśli nie jesteś uległy wobec systemu, system cię wyrzuca. Tracisz pracę, mieszkanie, wszystko – i możesz też trafić do więzienia.

Jak to działa na ludzi i na gospodarkę?

Jest redystrybucja od jednych zakładów do drugich. System jest bardzo stabilny, ale jest też pozbawiony jakiejkolwiek motywacji do rozwoju. Dyrektor zakładu zastanawia się nad tym, po co ma zwiększać efektywność swojej pracy i zyski, jeśli te zyski i tak zostaną odebrane, on nie zostanie nagrodzony, a każda jego inicjatywa będzie skutkowała tylko tym, że wobec niego będą jeszcze większe wymagania. Najbardziej racjonalne jest się nie wychylać i zawsze prosić o subsydia i dotacje.

Powoli cały ten – jakby nie patrzeć – stabilny system zaczyna się pogrążać w nieefektywności. To się dzieje na Białorusi już od lat. Póki była jeszcze poduszka bezpieczeństwa ze strony Rosji, to jeszcze to jakoś funkcjonowało, ale teraz coraz ciężej to utrzymać. Niska efektywność jest cechą istotową systemu – bo po co pracować efektywniej, jeśli nie dostaniesz więcej pieniędzy, a tylko więcej pracy na swoją głowę. Ta endemiczna, wrodzona nieefektywność skutkuje tym, że płace w sektorze państwowym nie rosną już od dziesięciu lat. Ten system nie jest w stanie wygenerować średniej płacy ponad 500  dolarów miesięcznie. Po prostu nie jest w stanie. A świat się rozwija. Ludzie na Białorusi mają Internet, widzą, jak jest. Gospodarka białoruska jest otwarta, to nie są czasy Stalina czy Breżniewa, kiedy nie można było wyjeżdżać na Zachód. Ludzie chcą konsumować. Chcą też jakiegoś poziomu życia i mają swoje aspiracje. Jakie są wyjścia? Fizyczna emigracja z kraju albo znalezienie jakiejś oazy, w której da się zarobić. Nie jest taką oazą sektor małych i średnich przedsiębiorstw, bo państwo tam przychodzi i zabiera. I ma środki, aby wyciągnąć zasoby z każdego fizycznego biznesu, który coś produkuje.

Może to zrobić poprzez system podatkowy, poprzez system kar, inspekcji, grzywien, które też pełnią rolę nieformalnego opodatkowania, poprzez działania na rzecz państwa, jakie przedsiębiorstwo rzekomo ma podjąć dobrowolnie, a w rzeczywistości jest to obligatoryjna. Są to przymusowe inwestycje w cele wyznaczone przez lokalnych urzędników. Przedsiębiorca, który ma siedzibę na Białorusi i płaci tam podatki, jest zależny od państwa. W takim systemie najbardziej racjonalne z punktu widzenia przedsiębiorcy jest znalezienie swojej niszy, ale też znalezienie swojego sufitu, ponad który lepiej nie wyrastać. W latach 2015-2017, kiedy przeprowadzałem badanie socjologiczne wśród małych i średnich przedsiębiorstw, właściciele firm mówili mi, że idealny sufit wynosi 10 tys. euro miesięcznie czystego dochodu na osobę. Wtedy jeszcze nikogo nie interesujesz i możesz zapewnić sobie komfortowy poziom życia. Jeżeli nie chcesz pracować w sektorze państwowym, musisz szukać alternatywy. Może to być emigracja. Ale jest cała branża, w której do pracy wystarczy krzesło, biurko i laptop – i w której można względnie łatwo przenieść działalność do innego kraju.

Obecnie IT to na Białorusi trzecia branża pod względem wkładu w produkcję PKB, po przemyśle i po handlu. I ma względny spokój od państwa

Właśnie, działalność IT może się naprawdę swobodnie rozwijać na Białorusi. Skąd się bierze ten wyłom?

Białoruś wchodziła w lata 90. z rozwiniętym przemysłem elektronicznym, który istniał na potrzeby sowieckiego przemysłu wojennego. Miała też uczelnie wyższe, które kształciły wielu matematyków i inżynierów. Pod koniec lat 90., kiedy na Białorusi zaczął się szybki rozwój IT, cała rzesza młodych ludzi poszła studiować na te wciąż istniejące uczelnie i jednocześnie zaczęła pracować dla rynków zagranicznych – pracowali oczywiście zdalnie. Czasami na czarno, na rzecz jakiejś firmy białoruskiej, pracującej dla podmiotów zachodnich. Zbudowanie parku wysokich technologii w Mińsku miało na celu zalegalizowanie pracy informatyków białoruskich, którzy mieli odtąd płacić podatki – co prawda niskie, ale zawsze jakieś, co dla białoruskiej władzy było lepsze, niż żadne podatki.

Branża IT pełni też jednak jeszcze jedną funkcję. To oaza emigracji wewnętrznej. W dziesięć lat, od 2010 roku, eksport tej branży zwiększył się pięciokrotnie. W tej chwili Białoruś na eksporcie usług IT zarabia 2,5 mld dolarów. Jest to więcej, niż wynosi eksport ważnej i dużej branży mleczarskiej. To też tylko 1/3 mniej niż eksport nawozów potasowych i produkcji petrochemicznej, a są to dwie kluczowe białoruskie branże eksportowe i w ogóle kluczowe branże białoruskiej gospodarki. Obecnie IT to na Białorusi trzecia branża pod względem wkładu w produkcję PKB, po przemyśle i po handlu. I ma względny spokój od państwa. Ma to swoją przyczynę. Białoruś jest bardzo zadłużona i brakuje jej dewiz na spłatę długów zagranicznych. Branża IT jest jednym z głównych dostawców tych dewiz.

Łukaszenka nie bardzo rozumie, jak w ogóle działa ta branża, nienawidzi IT z powodów politycznych, bo nie umie tej branży kontrolować, trudniej też zorganizować takie transfery zysków do państwa, jak w przypadku innych sektorów. Władza Łukaszenki musi się z tym jednak pogodzić. Żeby było jeszcze ciekawiej, białoruski sektor IT 44% swoich usług dostarcza dla kontrahentów z USA. Drugi w kolejności jest Cypr (11,7%). Widać różnicę skali. Rosja to jakieś 6%.

Dla systemu to ryzyko, bo tam pracujący widzą więcej Zachodu, pracują z ludźmi z Zachodu i rosną ich oczekiwania. Jednocześnie są dość niezależni od państwa.

Zdecydowanie tak. Władze na Białorusi nienawidzą sektora IT. Widzą, że po sierpniu 2020 to ta branża wyszła na ulice i nie jest lojalna. Władza nie będzie już moim zdaniem rozwijaniem tej branży – ale nie będzie też jej niszczyć, bo to IT przynosi dewizy. Muszą ich trzymać. A ta branża to nie tylko jej pracownicy, to też ich rodziny. Oni wszyscy rozkręcają usługi i handel – w sumie pracowników IT i ich najbliższych rodzin może być nawet pół miliona. To niewiele, ale w kraju który ma 9 milionów mieszkańców to już widoczna mniejszość. Czasami to właśnie mniejszości mogą być języczkiem u wagi, który rozpoczyna całą lawinę zdarzeń. Taką, jaką obserwowaliśmy w sierpniu na Białorusi.

Ta emigracja do branży komputerowej się opłaca.

Mediana zarobków w IT jest na Białorusi czterokrotnie wyższa, niż w innych sektorach. A IT płaci niższe podatki. Koszty życia na Białorusi za to wcale nie są o wiele niższe niż w Polsce. Dobrze być pracownikiem sektora IT. Ten sektor przyciąga do pracy wszystkich aktywnych ludzi. Pracownicy o talentach odległych od tych, jakie są potrzebne w tej branży i tak do niej przychodzą, bo tam da się zarobić.

Można trochę zażartować i powiedzieć, że przypomina to stalinowską industrializację. Stalin stworzył warunki, które wypychały ludzi do pracy w przemyśle. Łukaszenka stworzył takie warunki, które wypychają ludzi do pracy w IT. Człowiek, który mógł być dobrym artystą, tłumaczem czy lekarzem, przechodzi do pracy w IT, ale inne sektory, które nie oferują normalnych zarobków, tracą jego talenty. Dlatego IT na Białorusi rozwija się w tempie 7% rocznie, a reszta gospodarki, choć to nie jedyna przyczyna, jest w stagnacji.

Gdyby miał pan określić, jaki model kapitalizmu panuje na Białorusi, to jak by go pan nazwał?

Moim zdaniem na Białorusi nie ma gospodarki rynkowej. To jest gospodarka upaństwowiona, z dość dużymi, paradoksalnymi niszami rynkowymi. Jedną z nich jest właśnie IT. Gospodarka Białorusi to gospodarka planowa – z dużym udziałem państwa. Nie ma tam wolnej konkurencji – w najlepszym razie jest, ale bardzo ograniczona. Firmy państwowe są o wiele bardziej uprzywilejowane niż pozostałe. Państwo może też niszczyć swoich konkurentów z sektora prywatnego. W gospodarce rynkowej każde przedsiębiorstwo decyduje, za ile i co ma sprzedawać. Nawet w tej części gospodarki na Białorusi, jaka nie jest wprost upaństwowiona, państwo ogranicza ceny, wpływa na to, co i jak firmy prywatne mogą sprzedawać.

Lokalne urzędniczki z inspekcji podatkowej przychodzą do przedsiębiorcy i mówią: słuchajcie, musimy nałożyć na was taką a taką grzywnę. Proszę, znajdźcie cokolwiek u siebie, powiedzcie nam co to jest, my to wpiszemy, nałożymy grzywnę i wszystko będzie dobrze. Po nałożeniu grzywny, urzędniczki przychodzą do przedsiębiorcy – i w ramach podziękowania przynoszą czekoladę i kawę

W Polsce sporo się narzeka na biurokrację. Jak to jest na Białorusi? Jak wyglądają relacje białoruskich przedsiębiorców z władzą i urzędnikami?

Relacja władzy białoruskiej do prywatnych przedsiębiorstw to swoiste love-hate relationship. Ludzie chcą żyć. A Łukaszenka chce utrzymać władzę. Czasami dochodzi do stabilnej symbiozy, kiedy przedsiębiorcy rozumieją reguły gry, a władze nienawidzące sektora prywatnego mimo wszystko muszą się z nim układać i go tolerować, bo on paradoksalnie zapewnia systemowi stabilność. Ale te konflikty czasami wychodzą na wierzch, tak jak w sierpniu zeszłego roku. To wyjście ludzi na ulice nie było inspirowane przez kogoś. To był wybuch, ale to system sam z siebie generuje takie napięcia. One czasami się detonują.

Co się zaś tyczy spraw urzędowych – z jednej strony jest bardzo łatwo zarejestrować firmę i czasami pewne urzędowe sprawy mają naprawdę szybszy bieg. W Polsce chodzenie po urzędach przyprawia o ból głowy. Ale problemem nie jest biurokracja. Problemem jest to, że często zmieniają się reguły, a państwo postrzega biznes jak krowę, którą może wydoić w każdej chwili, w której zechce.

Przewrotnie się tutaj dopytam: czym to się w takim razie różni od Polski? W Polsce też reguły zmieniają się często, a państwo ma do biznesu podejście takie, jak do krowy. Gdzie jest ta różnica?

Na Białorusi istnieją nieformalne mechanizmy ekstrakcji zasobów. Tego nie ma w Polsce. Ta ekstrakcja zniechęca do rozwoju firmy. Nie opłaca się przekształcać średniego przedsiębiorstwa w duże.

Na czym to dokładnie polega?

Prosty przykład. Załóżmy, że jest jakaś państwowa inwestycja w dzielnicy, w której mieści się firma. Albo wkrótce odbędą się duże zawody sportowe. Wówczas to do firmy przychodzą przedstawiciele władz z propozycją. Może to być propozycja wsparcia inwestycji albo zasponsorowania zawodów. Opowiadał mi to przedsiębiorca, który zatrudnia 250 osób. Najpierw firma odmówiła sponsorowania mistrzostw w tenisie w Mińsku. Po jakimś czasie w biurze prezesa pojawił się prawnik firmy, który powiedział, że jemu już władza zakomunikowała, jakie będą mieć problemy, i że bardziej opłaca się sfinansować te mistrzostwa.

Ale to samo dzieje się na wsiach. Buduje się na przykład cerkiew. Urzędnicy w ten sam sposób zbierali od przedsiębiorców pieniądze na budowę cerkwi, bo uznali, że ta budowa jest zgodna z celami państwa. Popularna forma ekstrakcji to też remonty publicznych dróg, jakimi są obarczane prywatne firmy. Kilku przedsiębiorców mówiło mi o tym, że raz na trzy miesiące uczestniczą w zebraniach, na których to zastępca administracji rejonu (to odpowiednik polskiego powiatu) odpowiedzialny za rozwój gospodarczy otwarcie mówi, ile każdy ma zapłacić, na te lub inne cele.

Nawet, jeżeli pojawiają się zmiany, które ułatwiają pracę biznesu, ograniczają możliwości nakładania kar na przedsiębiorstwa – to jest to sprzeczne z planem, jaki mają urzędnicy, a mają oni plany zebrania nie tylko podatków, ale też kar. Żeby wykonać plan, urzędnicy i tak przychodzą do biznesu i biorą pieniądze pod innym pretekstem niż ten, jaki wcześniej był rzekomo zabroniony. Jeden z przedsiębiorców opowiadał mi, jak wyglądają takie inspekcje podatkowe na Białorusi. Lokalne urzędniczki z inspekcji podatkowej przychodzą do przedsiębiorcy i mówią: słuchajcie, musimy nałożyć na was taką a taką grzywnę. Proszę, znajdźcie cokolwiek u siebie, powiedzcie nam co to jest, my to wpiszemy, nałożymy grzywnę i wszystko będzie dobrze. Przedsiębiorca przystaje na taki układ, powiedział, co wpisać jako uchybienie z jego strony. Po nałożeniu grzywny, urzędniczki przychodzą do przedsiębiorcy i w ramach podziękowania przynoszą czekoladę i kawę. Jeżeli one by nie nałożyły kary, to kara zostałaby nałożona na nie. A na przedsiębiorcę i tak by się coś znalazło. W tym zbiurokratyzowanym systemie zakładnikami są wszyscy, nikt nie jest wolny. Ale to nie jest system korupcyjny. Urzędnicy nie zbierają pieniędzy na swoje własne cele.

Historyczną rolą Łukaszenki jest i było udowodnienie, że system sowiecki jaki on usiłuje przedłużać na Białorusi nie jest możliwy do utrzymania

Tylko dla systemu.

Tak, tylko dla systemu. Ale efektywność tego systemu nie jest wyższa niż systemu korupcyjnego. Bandytą jest państwo. Możesz z tym państwem się jakoś dogadać, państwo jest nawet nieco bardziej przewidywalne niż lokalny bandyta, przed którym nie możesz się obronić. Ale to wciąż bandyta.

Na koniec pytanie nieco filozoficzne. Czy dyktatura Łukaszenki ma jakikolwiek sens?

Jakiś ma. Historyczną rolą Łukaszenki jest i było udowodnienie, że system sowiecki, który on usiłuje przedłużać na Białorusi, nie jest możliwy do utrzymania. Nawet na rosyjskiej kroplówce. Ten system umarł. Jednocześnie widać, że nowe sektory gospodarki, takie jak IT, mogą zaproponować wartości, jakich nie były w stanie proponować gospodarki industrialne, takie jak sowiecka. Może dzięki powstaniu tego nowego sektora transformacja, jaka kiedyś odbędzie się na Białorusi, nie będzie tak bolesna, jak się może wydawać. W mniejszych miejscowościach będzie oczywiście o wiele trudniej niż w Mińsku. Może jakimś ratunkiem ekonomicznym będzie praca zdalna, która otworzy nowe przestrzenie przed mniejszymi miejscowościami. To wszystko jednak wydarzy się dopiero po transformacji. A tej nie będzie, jeśli Zachód nie upomni się o Białoruś i nie będzie wywierał nacisku na Rosję.

białoruski politolog i dziennikarz. Współpracuje z Telewizją Belsat oraz ośrodkiem analitycznym EAST Center. Ukończył Wydział Dziennikarstwa i Nauk politycznych UW oraz Kolegium Europejskie w Natolinie. Stopień doktora socjologii uzyskał w Polskiej Akademii Nauk. Jest autorem artykułów na temat systemu gospodarczego i polityki zagranicznej Białorusi, białoruskich mediów oraz ideologii władz białoruskich.
politolog, doktor filozofii, absolwent podyplomowych studiów z bankowości centralnej, wiceprezes Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz