Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Siedem zmian w polskim dziennikarstwie. Lepiej już było

Listę niekorzystnych zmian w mediach można długo ciągnąć. Niektóre z nich są typowe dla polskiego środowiska medialnego (skrajne upartyjnienie niektórych mediów czy degrengolada mediów państwowych), inne mają charakter globalny (problemy finansowe, nacisk na szybkość działania czy skrótowość komunikatów)

Mniej ludzi robi więcej za mniej – w ten lakoniczny sposób zdarzało mi się wielokrotnie podsumowywać zmiany, które zaszły w mediach od czasu, kiedy zaczynałem swoją dziennikarską karierę. A było to już – jakkolwiek nieprawdopodobne może się to wydawać mnie samemu – blisko 25 lat temu. Lecz oczywiście zmiany w medialnym porządku nie sprowadzają się tylko do tego stwierdzenia, a i ono wymaga rozwinięcia. Co zatem zmieniło się na przestrzeni dwóch mniej więcej dekad i dlaczego jest to zmiana na gorsze (zmiany, jak wiadomo, są niemal zawsze na gorsze)?

Zmiana I: pieniądze

Pauperyzacja mediów jest widoczna dla każdego, kto ma z nimi do czynienia od środka przez dłuższy czas, lecz skutki widoczne są również na zewnątrz. Jednym z nich jest rezygnacja nawet dużych redakcji z zagranicznych biur i korespondentów. Gdy zaczynałem dziennikarską pracę, redakcja niewielkiego przecież i nieustannie walczącego o przetrwanie w niekorzystnym środowisku politycznym „Życia” miała własnych korespondentów lub przynajmniej współpracowników we wszystkich głównych stolicach świata. Mieliśmy nawet współpracowniczkę na Tajwanie. Dziś na utrzymanie korespondentów stać jedynie największych, a i to tylko w paru miejscach świata: Waszyngtonie, Brukseli, Berlinie, czasem jeszcze w Moskwie. TVN dopiero co zamknęło swoje placówki w Moskwie i w Paryżu.

Mniejsze pieniądze wpłynęły na wiele innych kwestii. Wykończyły na przykład reportaż prasowy, który z zasady jest finansowo nieefektywny: dziennikarz musi poświęcić dużo czasu i sporo pieniędzy na opracowanie jednego tematu i napisanie jednego tekstu. W dodatku zwykle dłuższego, a dłuższe teksty czytają się słabo.

Skąd wziął się finansowy krach mediów? Nie ma jednej przyczyny. Oto kilka najważniejszych.

Pierwsza to spadek zainteresowania reklamami w prasie, bo to w nią głównie uderzyły trudności. Generalnie jednak znaczna część wydatków reklamowych przeniosła się do internetu, który zarazem nie przynosi takich zysków, jakie kiedyś przynosiły tradycyjne media.

Druga przyczyna to właśnie konsumpcja informacji z internetu, co wpłynęło na spadek zainteresowania tradycyjnymi mediami. Medialne przedsiębiorstwa starają się sobie z tym radzić, każąc sobie płacić za dostęp do treści specjalnych („premium”) – to już właściwie standard – oraz próbując osiągać korzyści z synergii pomiędzy tradycyjnymi redakcjami a internetem. Rezultaty są mieszane. Wydawcy starają się również w miarę możliwości zastępować papierowe wydania gazet wydaniami elektronicznymi (odpadają koszty druku, łatwiej dotrzeć bezpośrednio do czytelnika), ale tu stosunek jednych do drugich jest ciągle niekorzystny.

Trzecia przyczyna to wejście na polski rynek dużych korporacji mediowych spoza Polski, które traktują redakcje nierzadko tak samo jak każdą firmę produkcyjną, nie uwzględniając specyfiki mediów. Ważny jest bilans w Excelu. Obecny zaskakująco ostry konflikt między zarządem Agory a redakcją „Gazety Wyborczej” pokazał zresztą, że to nie tylko domena zagranicznych korporacji, lecz po prostu korporacji w ogóle. Z korporacyjnego punktu widzenia wiele części redakcji może nie mieć uzasadnienia: dział reportażu, dział opinii, korespondenci…

Czwarta, najnowsza przyczyna, to epidemia, która negatywnie wpłynęła i na rynek reklamy, i na sprzedaż prasy.

Zmiana II: ludzie

Wiąże się to ściśle z pieniędzmi. Ograniczenia finansowe oznaczają, że można zatrudnić mniej osób albo że jeśli chce się utrzymać zatrudnienie na tym samym poziomie, trzeba obniżyć wynagrodzenia lub zatrudnić tańsze osoby. Obniżenie wynagrodzeń powoduje, że wiele doświadczonych osób z zawodu odchodzi. Z kolei pracownicy, którym można płacić mniej, to ci słabiej przygotowani i mniej kompetentni.

Już ponad dekadę temu zerwany został będący wcześniej oczywistością proces przygotowywania adeptów dziennikarstwa przez starszych kolegów w redakcjach. Tak to wyglądało jeszcze podczas mojej pracy w „Życiu”, ale również, gdy powstawały „Newsweek” i „Fakt”, a więc u progu pierwszej dekady XXI w. Dzisiaj wielopokoleniowe redakcje należą do mniejszości, a redakcje portali – odbieranych przecież często jako bezpośrednia emanacja redakcji tradycyjnych, choć w rzeczywistości są nierzadko oddzielną strukturą – szokują dramatycznym poziomem redakcyjnym, wynikającym z dyletanctwa pracujących tam bardzo młodych ludzi, których nie ma kto nauczyć zawodu. Najmłodszym adeptom zawodu brakuje nierzadko podstawowego obycia kulturowego. Nie kojarzą najważniejszych nazwisk, faktów historycznych, pozycji literatury czy sztuki – jednocześnie dostając do wykonania zadania, które takiej wiedzy wymagają, a których nikt by im jeszcze 15-20 lat temu nie zlecił.

Nakłada się na to zjawisko rekrutacji ludzi bez wiedzy, doświadczenia i obycia kulturowego, ale za to gotowych wypełniać bez sprzeciwu rolę medialnych propagandystów – czasem za nieprzyzwoicie duże i nieproporcjonalne do umiejętności pieniądze. Ten proces radykalnie wzmocniła niestety obecna władza (patrz zmiany IV i V). Wystarczy spojrzeć, kto zajmuje się publicystyką i informacją w Telewizji Polskiej.

Skoro ludzi jest mniej i pracują za mniejsze pieniądze, jasne jest, że będą zarazem obarczeni większymi obowiązkami, do których będą się mniej przykładać. To zjawisko ma różne oblicza. Wielu publicystów współpracuje z różnymi redakcjami, co nie sprzyja głębokości analiz. Coraz mniej redakcji stać na to, żeby zapłacić swoim dziennikarzom na tyle dużo, żeby nie musieli szukać dodatkowego zarobku na zewnątrz.

Zmiana III: szybkość

Do tej zmiany wybitnie przyłożyły się nowe media – powstanie informacyjnych portali internetowych oraz mediów społecznościowych. Nacisk na szybkość podawania, ale także analizowania informacji sprawia, że wiele redakcji (jak już pisałem – osłabionych pod względem finansowym i ludzkim) staje przed dylematem: albo podamy gorzej opracowaną i nie do końca sprawdzoną informację, albo wyprzedzą nas inni, co przełoży się na mniej wejść na stronę (mniejszą słuchalność bądź oglądalność), a to z kolei – na mniejsze wpływy reklamowe. Szybkość nie sprzyja staranności, nawet w najbardziej podstawowej kwestii tłumaczenia agencyjnych informacji z angielskiego.

Zmiana IV: media tożsamościowe

To określenie może wywołać konfuzję. Przecież media zawsze miały jakąś tożsamość i linię. Tak jest na całym świecie. Czym zatem mają się od nich różnić „media tożsamościowe”? Otóż różnią się, jest to bowiem na ogół elegancka nazwa dla mediów otwarcie partyjnych, czyli takich, których linię wyznaczają bieżące potrzeby tej formacji politycznej (przez formację niekoniecznie należy rozumieć konkretną partię – może to być również szerszy obóz polityczny), do której dane medium ma najbliżej lub od której jest na różne sposoby uzależnione. Jeśli linia się zmienia, dane medium zmienia również poglądy. To, co było jeszcze miesiąc wcześniej publikowane jako zgodne z poglądami redakcji, teraz może być uznane za niegodne publikacji.

Takie meandrowanie, przecież nie całkowicie wcześniej nieznane, w ciągu ostatniej półtorej dekady – czyli mniej więcej od czasu rozpoczęcia długiej wojny między PO a PiS w 2005 r. – osiągnęło całkiem nowe poziomy. Część mediów funkcjonuje w zasadzie jak biuletyny partyjne.

Nakłada się na to zmiana I, czyli kwestia pieniędzy. Uzależnienie mediów sprzyjających władzy od jej finansowej przychylności istniało zawsze i uwidaczniało się chociażby w postaci preferencji w kwestii rozdzielania reklam spółek skarbu państwa. Jednak po 2015 r. ten mechanizm stał się tak skrajnie patologiczny, jak jeszcze nigdy nie był. Dopływ pieniędzy do niektórych podmiotów medialnych był na bieżąco regulowany w zależności od tego, czy spełniały bez szemrania zamówienia władzy. Pieniądze bywały odcinane za konkretne wypowiedzi czy artykuły. (Zaznaczam: nie są to przypuszczania czy spekulacje, lecz twarda wiedza. Z oczywistych powodów nie podaję szczegółów.)

Zmiana V: degrengolada mediów „publicznych”

To kolejne osiągnięcie czasów rządów PiS. Trzeba rytualnie powtórzyć: tak, media publiczne w Polsce zawsze były poddane politycznemu naciskowi. Wynika to choćby z faktu, że przyznająca koncesje mediom elektronicznych Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji pochodzi z czysto politycznej nominacji. Miewały też jednak okresy zaskakującej niezależności. Tak było np. w TVP za prezesury Bronisława Wildsteina (maj 2006 – luty 2007), odwołanego zresztą z inicjatywy Jarosława Kaczyńskiego za zbyt dużą niezależność, czy podczas trwania w zarządzie telewizji koalicji PiS-SLD-PSL w okresie rządów PO (2007-2010).

Jednak system, który stworzył PiS, powołując całkowicie zbędną i otwarcie partyjną Radę Mediów Narodowych, przeniósł mechanizm politycznego uzależnienia na całkiem nowy poziom, a media „publiczne” (nie da się tego obecnie pisać bez cudzysłowu) zdegenerował tak drastycznie, że trudno myśleć o ich przyszłości w kategoriach jakiejś sanującej je reformy. Wydaje się, że jedynym rozwiązaniem byłaby bardzo radykalna zmiana instytucjonalna i personalna – w zasadzie zbudowanie ich wiarygodności i struktury od zera.

Sprowadzenie najbardziej widocznych elementów mediów państwowych do roli partyjnego radiowęzła władzy nie pozostaje bez wpływu na inne media. Te sprzyjające opozycji pod wpływem radykalnie propagandowego przekazu mediów „publicznych” wzmacniają element propagandowy u siebie.

Zmiana VI: sposób funkcjonowania redakcji

Dwie dekady temu wszystkie właściwie redakcje działały stacjonarnie. Z czasem zaczęło się to zmieniać, przede wszystkim w tygodnikach, które w przejściu na pracę zdalną i ograniczaniu fizycznej powierzchni redakcji upatrywały sposobu na oszczędności. Swoje dołożyła epidemia. Nie dotyczy to wszystkich redakcji, ale nawet media elektroniczne podzieliły swoje zespoły i powysyłały dziennikarzy do domów. Standardem w radiu i telewizji stały się również zdalne łączenia z gośćmi, którzy wcześniej przyjeżdżali do studia.

Brak kontaktów pomiędzy dziennikarzami to brak wymiany informacji i poglądów. A to było esencją pracy niemal każdej redakcji. Nie mogą tego zastąpić kontakty zdalne w żadnej formie. Z kolei zdalne rozmowy z gośćmi nie sprzyjają dynamice rozmowy, są technicznie trudne i sprawiają, że wymiana zdań robi się sztuczna. Z badań prowadzonych przez niektóre redakcje wynika, że odbiorcy mają dość takich programów i chcieliby powrotu gości do studia.

Trudno dzisiaj powiedzieć, które z tych zmian będą trwałe, a które po ustąpieniu epidemii zostaną cofnięte. Trzeba pamiętać, że np. zdalne wizyty gości to dla mediów pewne oszczędności (dojazdy, w przypadku telewizji – charakteryzacja, obsługa planu).

Zmiana VII: sprymitywizowanie języka i przekazu

Na to wpływ miały z pewnością media społecznościowe. I one niestety z całą swoją poetyką oraz skrótowością stały się źródłem zawartości mediów tradycyjnych. Skoro można już pisać teksty oparte jedynie na tym, co ktoś w danej sprawie napisał na Twitterze, to siłą rzeczy twitterowy prosty język staje się standardem.

W ramach oszczędności polikwidowano lub drastycznie zredukowano działy korekty – dotyczy to szczególnie portali internetowych. Redaktorzy, jeśli w ogóle mają czas na czytanie publikowanych tekstów (znów – najgorzej wygląda to w przypadku portali), nie wychwytują ewidentnych błędów, nie tylko faktograficznych czy gramatycznych, ale nawet ortograficznych (to zresztą nie powinno być ich zadanie). Elegancka, poprawna, jędrna polszczyzna staje się ewenementem i rzadkością. Język zaśmieciły niezliczone anglicyzmy, biorące się z ubóstwa językowego, niewiedzy i lenistwa: „destynacja” zamiast „cel”, „estymacja” zamiast „ocena” lub „analiza”, „resort” zamiast „kurort”, „audycja” zamiast „przesłuchanie” lub „egzamin” itd.

Teksty coraz częściej są streszczane w nagłówkach, bo badania pokazują, że odbiorca nierzadko nie czyta już niczego dalej.

Można by ciągnąć jeszcze jakiś czas tę listę niekorzystnych zmian. Niektóre z nich są endemiczne dla polskiego środowiska medialnego (skrajne upartyjnienie niektórych mediów czy degrengolada mediów państwowych), inne mają charakter globalny (problemy finansowe, nacisk na szybkość działania czy skrótowość komunikatów). Trudno znaleźć zmianę, która byłaby korzystna.

Jak w wielu innych dziedzinach – co ciekawie opisuje „Nowa Konfederacja” – tak i w sferze mediów żyjemy w czasie przełomu, który przyspieszył w związku z pandemią. Widzimy pewne kierunki zmian, dyktowane na ogół przez internet i cyfryzację, ale nie potrafimy jeszcze wskazać, w którą ostatecznie stronę media zmierzają. Wiemy natomiast, że nie sprawdziły się jak dotąd prognozy optymistyczne – ani te dotyczące monetyzowania obecności mediów w sieci, ani te mówiące o łatwiejszym i wolnym dostępie do odbiorców za pośrednictwem nowych mediów.

Autor jest publicystą tygodnika „Do Rzeczy”

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz