Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Medyczna wojna domowa

Fizjoterapeuci i lekarze walczą o to, kto będzie miał prawo diagnozować i rehabilitować chorych. Dobro pacjenta staje się kartą przetargową w bitwie o to, komu będą służyć nowe regulacje

Fizjoterapeuci i lekarze walczą o to, kto będzie miał prawo diagnozować i rehabilitować chorych. Dobro pacjenta staje się kartą przetargową w bitwie o to, komu będą służyć nowe regulacje

W 2011 roku Fundacja Republikańska opublikowała raport dotyczący zawodów regulowanych. Jej eksperci wskazali, że Polska jest liderem Unii Europejskiej pod względem liczby zawodów regulowanych, których mamy aż 380. Jednym z celów drugiej kadencji rządu Donalda Tuska stała się daleko idąca deregulacja dostępu do zawodów, a zadanie to przypadło ówczesnemu ministrowi sprawiedliwości, Jarosławowi Gowinowi. Po długich pracach i licznych sporach udało się w trzech transzach wprowadzić ustawy liberalizujące dostęp do 247 zawodów, z czego 70 przestało być zawodami regulowanymi.

Są jednak profesje, w których dochodzi w ostatnich latach do zjawiska odwrotnego, czyli zwiększenia zakresu regulacji. Przykładem są fizjoterapeuci, czyli zawód dotychczas całkowicie otwarty. Każdy mógł otworzyć działalność gospodarczą, w ramach której udzielał usług fizjoterapeutycznych. Kwalifikacje były wymagane jedynie w przypadku fizjoterapeutów, którzy chcieli podpisać kontrakt z NFZ. Taki stan rzeczy nie podobał się organizacjom zrzeszającym wykonujących ten zawód i dążyły one do uregulowania swojej profesji, by wyeliminować z rynku osoby niemające wykształcenia fizjoterapeutycznego. Uzasadnienie postulatów wprowadzenia regulacji jest takie samo, jak przy wszystkich innych zawodach regulowanych – troska o dobro klienta (czyli w tym przypadku pacjenta), którego trzeba chronić przed niebezpieczeństwem korzystania z usług osób niekompetentnych.

Zamykanie zawodu

Argumenty zwolenników uregulowania zawodu były poważne. Choć autorzy uchwalonej pod koniec ubiegłej kadencji ustawy o zawodzie fizjoterapeuty nie podawali konkretnych danych, dotyczących skali szkodliwości wykonywania tej profesji przez osoby niekompetentne, słusznie wskazywali w uzasadnieniu, że „brak kwalifikacji przy wykonywaniu czynności fizjoterapeutycznych może spowodować nieodwracalne zmiany w organizmie pacjenta, doprowadzić pacjenta do inwalidztwa”. Jednak wystraszeni wizją utraty zdrowia lub życia, przez błędy pseudorehabilitantów, nie możemy tracić z oczu faktu, iż z perspektywy ludzi już pracujących w tym zawodzie, nowa ustawa niesie za sobą ogromne zalety, w postaci ograniczenia konkurencji na rynku pracy. Wiele przepisów, które znalazły się w ustawie, reguluje zawód w nadmiernym stopniu. Przede wszystkim każdy zaczynający kształcenie zawodowe w zakresie fizjoterapii po 1 października 2017 roku będzie musiał ukończyć jednolite studia magisterskie, odbyć 6-miesięczną praktykę zawodową oraz zdać  Państwowy Egzamin Fizjoterapeutyczny. Wśród wymogów egzaminacyjnych znaleźć można również wymóg znajomości języka polskiego na poziomie wystarczającym do wykonywania zawodu. W praktyce podołać mu będą musieli fizjoterapeuci z krajów spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego, których czekać będzie obowiązkowy egzamin z języka polskiego. Szykują się zatem dodatkowe źródła przychodu dla polonistów, którzy będą członkami komisji egzaminacyjnych.

Wystraszeni wizją utraty zdrowia lub życia, przez błędy pseudorehabilitantów, nie możemy tracić z oczu faktu, iż z perspektywy ludzi już pracujących w tym zawodzie, nowa ustawa niesie za sobą ogromne zalety, w postaci ograniczenia konkurencji na rynku pracy

Wszyscy pozostali fizjoterapeuci, którzy wykonują zawód na podstawie dotychczas uznawanych ścieżek wykształcenia, będą mogli dalej to robić, pod warunkiem jednak posiadania odpowiedniej praktyki zawodowej (3 lata dla magistrów, 6 lat dla pozostałych). Osoby nieposiadające tytułu magistra nie będą jednak miały wszystkich uprawnień, przysługujących pełnoprawnym fizjoterapeutom. Zastanawiające jest to, jak bardzo różnić będzie się sytuacja osób, które zaczęły studia przed 1 października 2017 od tych, które rozpoczną edukację po tym terminie. Ci drudzy po studiach, odbyciu 6-miesięcznej praktyki i uzyskaniu tytułu magistra mogą przystąpić do egzaminu i wkroczyć na rynek pracy, jako samodzielni fizjoterapeuci. Ci pierwsi natomiast, by móc samodzielnie wykonywać zawód, będą musieli wykazać się aż 3-letnią praktyką!

Oprócz wymogów wykształcenia, wzorem innych zawodów zaufania publicznego, utworzony zostanie samorząd zawodowy, do którego przynależność będzie obowiązkowa. Czyli podobnie jak w pozostałych profesjach, będziemy mieli monopol jednej izby, na rzecz której trzeba będzie płacić składki i której będzie się podlegać.

Awantura

Jednocześnie nowa ustawa pozwoliła fizjoterapeutom wybić się na niepodległość spod zależności od lekarzy i uzyskać statusu suwerennego zawodu medycznego. Do tej pory, jeśli chcieli oni prowadzić działalność w ramach kontraktów z NFZ, musieli występować w roli swoistych podwykonawców lekarzy. Nie mieli bowiem żadnych uprawnień diagnostycznych, w związku z czym wszelkie podejmowane przez nich czynności musiały być wcześniej zalecone przez lekarza w skierowaniu. Rodziło to liczne problemy, bo lekarze, często nie będąc praktykami rehabilitacji, gorzej znali się na tej dziedzinie i nierzadko nieprecyzyjnie określali rodzaje zabiegów. Dodatkowo konieczność uzyskiwania skierowań wydłużała czas leczenia oraz zwiększała koszty, zarówno po stronie pacjentów, jak i NFZ. Nowa ustawa ma to zmienić, zmuszając lekarzy do podzielenia się z fizjoterapeutami zmonopolizowanym dotychczas przez nich rynkiem. Nic więc dziwnego, że przedstawiciele tego właśnie regulowanego zawodu z entuzjazmem przyjęli te rozwiązania. Okazało się jednak, że radość z sukcesu była przedwczesna, bo pod wpływem środowiska lekarskiego, obecny rząd zaczął pracę nad nowelizacją świeżo uchwalonej ustawy. I zaczęła się awantura na całego.

Lekarzom w nowej ustawie nie podoba się przede wszystkim uwolnienie fizjoterapeutów spod ich kurateli. Zniknie bowiem teraz łatwy dochód, w postaci wypisywania skierowań na zabiegi

Jak nietrudno zgadnąć, lekarzom w nowej ustawie nie podoba się przede wszystkim uwolnienie fizjoterapeutów spod ich kurateli. Zniknie bowiem teraz łatwy dochód, w postaci wypisywania skierowań na zabiegi. Lekarze, jak każda grupa zawodowa, nie lubią dzielić się rynkiem i dochodami, oficjalnie jednak nikt tego nie przyzna, dlatego walka z nowymi uprawnieniami fizjoterapeutów toczona jest pod szczytnymi hasłami ochrony pacjentów, których życie i zdrowie ma być zagrożone przez niedostatecznie wyedukowanych fizjoterapeutów. Swoją drogą to zabawne, że lekarze domagają się ograniczenia uprawnień fizjoterapeutów, żeby chronić nasze zdrowie przed ich niewiedzą, podczas gdy fizjoterapeuci chcą ograniczyć dostęp do swojego zawodu, by chronić nas przed swoimi gorzej wyedukowanymi kolegami.

Głos lekarskiego lobby znalazł posłuch w kręgach obecnej partii rządzącej, która postanowiła naprawić „błędy” poprzedniego rządu. Pojawiły się propozycje likwidacji nowych uprawnień fizjoterapeutów, a wiec podtrzymania zależności od lekarzy oraz likwidacji samorządu zawodowego. Czyli krótko mówiąc, projekt nowelizacji zostawia ograniczenia zawodowe, zabierając przy tym dane w pakiecie z tymi ograniczeniami uprawnienia.  Wzbudziło to oczywiście protesty fizjoterapeutów, którzy rozpoczęli walkę o wejście w życie ustawy uchwalonej przez poprzedni rząd. Kulminacją sporu stała się kłótnia podczas posiedzenia sejmowej Komisji Zdrowia. Pojawiły się tam takie kwiatki, jak wypowiedź posłanki PiS, Józefiny Hrynkiewicz, dezawuującej wykształcenie fizjoterapeutów po akademiach wychowania fizycznego (które programem i poziomem praktycznie nie różnią się od uniwersytetów medycznych), czy też jakby żywcem wyjęta ze skeczów Monty Pythona awantura o klauzulę sumienia dla fizjoterapeutów. I ta właśnie klauzula stała się najbardziej nośnym medialnie tematem w kontekście całego sporu. Mało kogo bowiem interesują merytoryczne dyskusje, jednak kiedy tylko można wpisać jakąś kłótnię w kontekst naszej wojny plemiennej, pomiędzy rządem a opozycją, szczególnie jeśli da się ją otagować hasłem: „spór światopoglądowy”, to już mamy news dnia dla większości mediów. Dodajmy do tego powszechnie znaną grację większości przedstawicieli obozu rządowego w toczeniu tego typu sporów, i już mamy idealny temat do grillowania rządu z powodu kolejnych obyczajowych regulacji. Finalnie doszło do wstrzymania prac nad nowelizacją, w związku z czym ustawa prawdopodobnie wejdzie w życie, co jednak nie wyklucza dalszych prób majstrowania przy niej.

Jak regulować?

W tej całej wojence grup zawodowych umyka nam merytoryczna dyskusja na temat zasadności poszczególnych regulacji. Czy faktycznie konieczne jest ograniczenie dostępu do zawodu fizjoterapeuty? A jeśli tak, to jak duże? Myślę, że należałoby rozróżnić tych, którzy działają tylko na rynku prywatnych usług medycznych, a tych, których usługi refundowane są przez NFZ. W przypadku tych drugich bez wątpienia pewien zakres regulacji jest zrozumiały. Jako że publiczna służba zdrowia nie działa w pełni na zasadach rynkowych, to rynek nie jest w stanie do końca zweryfikować umiejętności fizjoterapeutów, konieczne zatem są pewne wymogi w zakresie poziomu wykształcenia, tym bardziej, że w zamian fizjoterapeuci dostają większe uprawnienia, co jest korzystne dla pacjentów. Pytanie tylko, czy te ograniczenia powinny być tak daleko idące, jak to proponuje nowa ustawa. Czy naprawdę niezbędne jest kończenie pięcioletnich studiów? Skoro chcemy wprowadzić państwowy egzamin, to przecież będzie on weryfikował wiedzę, w związku z czym, jeżeli ktoś będzie niedostatecznie wyedukowany, to go po prostu nie zda. Dajmy możliwość podejścia do tego egzaminu każdemu, a nie tylko absolwentom jednolitych studiów magisterskich. Kolejna, budząca wątpliwości kwestia to sprawa samorządu zawodowego. Samo nadanie możliwości jego utworzenia nie jest niczym złym, nie ma jednak powodu, by czynić go kolejnym monopolem z obowiązkową przynależnością. Dajmy możliwość tworzenia nieograniczonej liczby samorządów, konkurujących i dobrowolnych, do których przynależność wiązać się będzie z prestiżem i zwiększeniem zaufania.

Samo nadanie możliwości utworzenia samorządu nie jest niczym złym, nie ma jednak powodu, by czynić go kolejnym monopolem z obowiązkową przynależnością

Skoro już regulujemy zawód fizjoterapeuty, zróbmy to tak, by mogło to być wzorem dla zmian w innych zawodach zaufania publicznego, w których funkcjonują monopole izb zawodowych. I wreszcie, zostawmy możliwość działania na rynku usług prywatnych tym, którzy nie chcą podchodzić do państwowego egzaminu. Dla zapewnienia pewnego minimum bezpieczeństwa pacjentów rozważmy jedynie kwestię uregulowania nazewnictwa, tak by każdy przeciętnie rozgarnięty człowiek mógł rozróżnić, czy osoba, z której usług chce skorzystać, to wykwalifikowany fizjoterapeuta, który zdał państwowy egzamin, czy też nie. Pamiętajmy o tym, że wszelka regulacja zawodów wiąże się z ograniczaniem ich dostępności nie tylko dla zainteresowanych ich wykonywaniem, ale również dla konsumentów. Występuje tu bowiem efekt, który Milton Friedman nazwał efektem cadillaca. Polega on na tym, że dopuszczenie do obrotu tylko usług spełniających najwyższe standardy (arbitralnie ustalone na poziomie dużo wyższym niż te, które są rzeczywiście niezbędne) powoduje, że w wyniku ograniczenia konkurencji rosną ceny i wielu osób nie stać na korzystanie z danego rodzaju usług, przez co zostają pozbawieni jakiejkolwiek obsługi. Zdaniem Friedmana można to porównać do sytuacji, w której regulacje dopuściłyby do ruchu drogowego tylko luksusowe samochody. Dlatego też każda regulacja musi mieć swoje uzasadnienie, a wszelkie ograniczenia w dostępie do zawodów, w tym zawodu fizjoterapeuty, powinny być wprowadzane wyjątkowo i z dużą ostrożnością.

Prawnik, publicysta. Od 2011 roku felietonista lokalnego tygodnika „Kurier Słupecki”, pisał również dla ogólnopolskich tytułów (m.in. były felietonista ”Wprost”), współpracownik „Nowej Konfederacji”. Ukończył z wyróżnieniem kurs Polsko-Amerykańskiej Akademii Liderów. W ramach „Projektu Arizona” odbył kurs dotyczący ekonomii, polityki i historii Stanów Zjednoczonych na Arizona State University, był także stażystą w kancelarii adwokackiej w Phoenix. Od lat związany z sektorem organizacji pozarządowych, organizował lub współorganizował wiele eventów i tworzył liczne projekty ( m.in. jest jednym z pomysłodawców i twórców ogólnopolskiego projektu „Lekcje Ekonomii dla Młodzieży”). Były Prezes Stowarzyszenia KoLiber, obecnie ekspert Instytutu Przedsiębiorczości i Rozwoju, a także wykładowca Polsko-Amerykańskiej Akademii Liderów. Interesuje się myślą polityczną, prawną i ekonomiczną, historią oraz filozofią prawa i polityki.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Medyczna wojna domowa”

  1. Kamil pisze:

    Całkiem rozsądny głos w temacie regulowania zawodów medycznych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz