Marcowe policzkowanie

Jak na razie, w pierwszym kwartale 2018 „marcowych” książek mamy chyba nawet więcej niż na obchodzone hucznie stulecie niepodległości. Zwycięzca pewny jest w zasadzie już za sprawą tytułu i autora, choć rzecz jasna również zawartości: to „Księga wyjścia” Mikołaja Grynberga.

 

Ten artykuł powstał dzięki hojności Darczyńców NK. Zostań jednym z nich!

 

W wigilię półwiecza Marca doświadczyliśmy wysypu nowych tytułów, jakiego nie pamiętam nawet sprzed czterech lat, z czasu stulecia wybuchu Wielkiej Wojny, ani sprzed siedmiu z hakiem (trzydziestolecie Sierpnia). Jak na razie, w pierwszym kwartale 2018 „marcowych” książek mamy chyba nawet więcej niż na obchodzone hucznie stulecie niepodległości. Spotykają się tu różne potrzeby, ambicje, finisze programów badawczych, ale nie bez znaczenia jest też ustawianie sobie przez część „opozycji totalnej” obrazu w taki sposób, by z analogii rozpaczliwie kulawej uczynić długonogą, a Polskę A.D. 2018 oglądać z perspektywy peronu Dworca Gdańskiego sprzed pół wieku.

Nie uchodzi śmiać się z przypadłości ortopedycznych, ta analogia jednak jest tak niezgrabna, że byłaby zabawna, gdyby nie była tak nieuczciwa. Przygotowanie retoryczne trwało od dłuższego czasu, Kaczyński zestawiany bywał z Gomułką przez takich mistrzów mowy polskiej jak Stefan Niesiołowski, i teraz nagle wszystko wskakuje na swoje miejsce, jak w rozmazanym dotąd stereoskopowym obrazku, tylko patrzeć, jak na wiecach zwoływanych przez PiS w zakładach pracy w miejscu sławnego transparentu „Syjoniści do Syjamu” rozkwitną nowe, równie kompetentne biblistycznie, w rodzaju „Janda jak Jezebel!”, jak pracownicy działów HR w korporacjach zaczną pytać o nazwisko panieńskie babci, a na uczelniach i w sztabach generalnych zaczną się masowe czystki.

Antysemityzm ludowo-internetowy

Bzdura; nikt nie wypunktował jej lepiej niż Irena Lasota, weteranka Marca w każdym możliwym sensie, dziś nb. ostracyzowana przez środowiska, które chcą zmonopolizować rocznicową narrację. PiSowski rząd, zgoda, namieszał potężnie z konsultowaniem, kształtem i trybem uchwalania „antydefamacyjnej” ustawy. Zarazem nie tylko ani przez chwilę nie zdradzał chęci gry haniebną kartą, ale, jak pisze pani Irena, „dał przeróżnym organizacjom i muzeom środki na wystawy, debaty i koncerty poświęcone właśnie antysemickiemu charakterowi komunistycznego marca 1968”.

„A jednak”, trzeba dodać od razu. Nie ma dymu bez ognia, nie ma skojarzenia, które rodziłoby się bez żadnych ku temu przesłanek. Problemem, mniej gorącym niż gigantyczny kryzys dyplomatyczny i wizerunkowy (ale bez wątpienia wykorzystywanym do podsycania tego kryzysu i zarazem przez ten kryzys zaognianym) pozostaje polski ludowy antysemityzm – a w dzisiejszych czasach, jak określa go Irena Lasota, „ludowo-internetowy”, a przez to jeszcze bardziej zakaźny i nieuchwytny. Ocena jego zakresu, natężenia i przypływów też była, jak niestety wszystko, przedmiotem gier politycznych ostatnich dwóch lat, a konkretnie – ustawiania sobie PiS w roli czarnego luda. Splatano postawy antysemickie z „ksenofobią Polaków” (za nic mając statystyki, pokazujące, że ze wzrostem rejestrowanych incydentów podszytych ksenofobią mamy do czynienia od blisko dekady: czy oznacza to, że winna im była również Platforma, czy raczej echa europejskiego kryzysu uchodźczego i jego konsekwencji? A może po prostu większa wykrywalność?). Nagłaśniano przypadki marginalne.

W ciągu ostatniego jednak miesiąca, w następstwie całego fatalnego splotu z ustawą antydefamacyjną i histerycznymi na nią reakcjami, mleko się rozlało – i kwaśnieje w najlepsze, szczególnie na forach internetowych. Pamiętając, jakich cudów dokonywał ongiś Propp w „Morfologii bajki” myślę, szuflując internety, że warto by dokonać podobnego zestawienia wszystkich wątków antysemickiej paranoi, prymitywizmu, ignorancji i pychy, które pojawiają się na obrzeżach dyskusji, publikacji i rozmów. Do zwyczajowych „Żydzi nie lubią walczyć”, „Dużo ich było w UB” oraz „Umieją liczyć”, doszły dawno niewidziane „Policjanci w gettach”, „Mordercy Palestyńczyków”, „Niewdzięczne plemię” oraz zawsze cieszące stężeniem absurdu „Hitler i jego najbliżsi współpracownicy byli Żydami”.

Problemem, mniej gorącym niż gigantyczny kryzys dyplomatyczny i wizerunkowy (ale bez wątpienia wykorzystywanym do podsycania tego kryzysu i zarazem przez ten kryzys zaognianym) pozostaje polski ludowy antysemityzm – a w dzisiejszych czasach, jak określa go Irena Lasota, „ludowo-internetowy”, a przez to jeszcze bardziej zakaźny i nieuchwytny

Pożółkłe, przedwojenne egzemplarze „Protokołów mędrców Syjonu” kruszą się w serdelkowatych palcach kolejnej generacji czytelniczek, które do niedawna przedkładały „Bravo Girl” nad pracę ze źródłami historycznymi, a dr Ewa Kurek pokazuje na ekranie telewizyjnym, że nie ma niegodziwości, której nie dałoby się sprzedać medialnie, jeśli tylko opatrzyć ją etykietką „dociekania wolne od cenzury”. Przydałby się epidemiolog społeczny, który zbadałby, jak to jest z tymi falami i nawrotami antysemickiego bełkotu: czy to zaraza, która nawraca cyklicznie, na mocy skomplikowanego niczym w ptolemejskim modelu kosmosu zazębiania się cyklów życiowych pierwotniaków, pcheł, szczurów i ludzi, jak działo się ongiś z dżumą i cholerą, nadciągającymi co pokolenie z Azji Środkowej, czy raczej jest to uwalnianie zapomnianych wirusów z wiecznej zmarzliny, którym straszą nas klimatolodzy?

„Nie jestem jednym z Was”

Będzie się jeszcze działo w tej sprawie: za kilka tygodni ukazać się ma praca dr. Jana Grabowskiego, traktująca o skali mordowania uciekinierów z gett przez Polaków, oparta, jak wiele zdaje się wskazywać, na błędnie lub ze złą wolą przyjętych założeniach badawczych. Joanna Tokarska-Bakir szykuje się do obalenia tezy o prowokacji UB stojącej u źródeł pogromu kieleckiego. Póki co jednak, mówmy o mniejszym skandalu: o Marcu, i o tych, którzy do dzisiaj noszą ślad po tamtym policzku. Kandydatur i tu jest kilka, m.in. zbiór rozmów Krystyny Naszkowskiej “Ani tu, ani tam. Marzec’68 – powroty” (Wielka Litera), ale zwycięzca pewny jest w zasadzie już za sprawą tytułu i autora, choć rzecz jasna również zawartości: to „Księga wyjścia” Mikołaja Grynberga (Czarne).

Ten tytuł jest świetny nie tylko na mocy gry z tradycją, oczywistego skojarzenia kulturowego, przełamanego, ale i podkręconego użyciem w tytule małej litery (złożona wersalikami okładka zachowuje przyjemną ambiwalencję). Można go odczytywać znacznie głębiej, w sposób niekoniecznie dla polskich czytelników przyjemny, ale godny uszanowania i zapamiętania. Dla trochę więcej niż połowy rozmówców Mikołaja Grynberga wygnanie z PRL, jakie dokonało się za sprawą stójkowych Moczara, okazało się, to jasne, pełne trudów – ale też stało się drogą wyprowadzającą z niewoli, w trakcie której dokonało się odnowienie Przymierza. Z drugiej jednak strony, dla innych indagowanych, wygnanie to pozostało wygnaniem właśnie – na pustynię, nie w doliny; wygnaniem z dzieciństwa i młodości, z zakorzenienia, z poczucia bezpieczeństwa; stratą, której (mówiąc tytułem „Melancholii” Marka Bieńczyka) już nigdy nie uda się odnaleźć. Przy czym uwaga – tych drugich również jest trochę więcej niż połowa.

Tak, to jest pewnie największe zdumienie tej książki: głęboka, bliska schizofrenicznemu rozszczepieniu ambiwalencja, jakiej doświadczają ofiary Marca. Mogą, jak Andrzej Krakowski (scenarzysta, producent, „nasz człowiek w Hollywood”) mówić o spełnieniu życiowym i zawodowym, żartować o fortunnym zbiegu okoliczności – a w ostatnim zdaniu rozmowy i tak powróci, jak chlaśnięcie, zdanie, szczęśliwie wypowiedziane pod adresem Waldemara Dąbrowskiego, wielkiego menago od kultury w rządach SLD: „Nie jestem jednym z was, Waldku. Wy mi zabraliście dokumenty dwadzieścia pięć lat temu, zabraliście mi kraj i zabraliście mi obywatelstwo. Mogę być wszystkim, ale na pewno nie jednym z was”. Choć tak naprawdę, pod czyim adresem padają te słowa? Tow. Dąbrowskiego, w dniach marcowego eksodusu – siedemnastoletniego, więc ponoszącego odpowiedzialność co najwyżej za formację, z którą się związał? Czy wszystkich towarzyszy z PZPR-SLD? Czy nas wszystkich?

Odrębność tragedii

No właśnie. Ta odpowiedzialność „nas wszystkich” rozkładana jest wśród rozmówców Grynberga bardzo różnie, nigdy całościowo. Zarówno wstydu, jak i ulgi jest tak dużo, że podobnie jak scharakteryzowane przeze mnie powyżej dwie postawy wobec wygnania z Polski, z trudnością sumują się do stu procent.

Dla trochę więcej niż połowy rozmówców Mikołaja Grynberga wygnanie z PRL, jakie dokonało się za sprawą stójkowych Moczara, okazało się, to jasne, pełne trudów – ale też stało się drogą wyprowadzającą z niewoli, w trakcie której dokonało się odnowienie Przymierza

W relacjach (bo, niezależnie od biblijnego tonu tytułu, od ponadczasowości tych rozmów, są to bardzo szczegółowe relacje, nawet jeśli składane w dużych emocjach,) powracają dziesiątki sytuacji, dokumentujących ludowy antysemityzm w pełnym rozkwicie i w stężeniu, w zajadłości nieznanej dzisiejszym wirtualnym pałkarzom: dla jednych czytelników najbardziej uderzającą może się okazać opowieść o nagminnym w latach 50. i 60. obrzucaniu kamieniami – fizycznymi, kanciastymi, takimi, jakimi w 20 lat później grzmociliśmy w tarcze ZOMO – dzieci z żydowskich szkół (kilka ich funkcjonowało na Dolnym Śląsku) i kolonii, organizowanych przez TSKŻ. Dla innych – skala ostracyzmu, jakiego doświadczano od „kolegów z pracy” (bezpartyjnych, poza nomenklaturą, prostych ludzi) w okolicach Marca. Zarazem – pamiętany jest każdy gest solidarności. Tych było niemało, płynących z najbardziej nieoczekiwanej strony: od celnika, od partyjnego dyrektora, od siostry dyrektor w liceum warszawskich nazaretanek. Nie ma tu wzorca i nie ma formuły o „polskich Sprawiedliwych” czy „polskim antysemityzmie”, jest kalejdoskop gestów.

Ambiwalencja, o której wspomniałem, u rozmówców Grynberga nie ogranicza się do sprzecznego nieraz wewnętrznie stosunku do kraju, z którego zostali wygnani (nie wszyscy – bo zastrzec wypada, że najciekawsze, najbardziej zaskakujące są rozmowy z tymi-którzy-zostali). Wielu z nich twierdzi niemal jednocześnie, w sąsiadujących nieraz wypowiedziach, że do Marca nie zastanawiali się nad „odmiennością urodzenia”, przyjmowali ją jako drugorzędny fakt należący do pradziejów rodziny, lekceważyli – wspominając zarazem o głębokiej, obecnej do dziś obolałości, w jaką wprawił ich był jeden niefortunny zwrot, akt odrzucenia, afront sprzed pół wieku i więcej. Ambiwalencja to – czy regresywne, sięgające wstecz odżycie obolałości, dowód na wypieranie wiedzy o głębi odmienności?

Ambiwalencja, o której wspomniałem, u rozmówców Grynberga nie ogranicza się do sprzecznego nieraz wewnętrznie stosunku do kraju, z którego zostali wygnani (nie wszyscy – bo zastrzec wypada, że najciekawsze, najbardziej zaskakujące są rozmowy z tymi-którzy-zostali)

Nie potrafię tego osądzić, jak nie będę punktował prostszych niekonsekwencji, których w tych relacjach nie brakuje: wśród rozmówców nie ma „bananowej młodzieży” rodem z paszkwilów Tadeusza Kura, dzieci pierwszego szeregu nomenklatury: standard ich życia jest jednak wyraźnie wyższy niż przeciętna w przaśno-gomułkowskiej Polsce, nie za sprawą bananów, lecz bodaj powszechnego doświadczenia wakacyjnego, nastoletniego wyjazdu do rodziny na „Zachód” (już to do Izraela, już to do Europy Zachodniej), radykalnie przecież zmieniającego perspektywę, postrzeganie PRL i swojego w Polsce Ludowej losu . W swoich relacjach pomijają tę różnicę doświadczenia z rówieśnikami z PRL – ale też przecież nie muszą. Te relacje są jak zapis rozmowy terapeutycznej – i również dlatego dobrze, że się ukazały.

Można je czytać, i pewnie przede wszystkim tak będą czytane, jako fascynujące świadectwo mikrohistorii – życia społeczności polskich Żydów w środkowym PRL, nieświadomych „baniek”, w jakich funkcjonują, zetknięcia się z mechanizmami represyjnego państwa i ludowego antysemityzmu, fascynujących rodowodów (Zosia Braun, która przeniosła przez Zagładę, ZSRS i PRL pamięć i tradycję chasydów z kręgu rebe Lubawicz!).

Każdy będzie miał swój ból, i może najwyżej próbować wychodzenia naprzeciw, ogarniania tego drugiego, współ-czucia, wiedząc, że nigdy nie uda się ono do końca.

Ja czytam Mikołaja Grynberga jako autora bliskiego pod względem wrażliwości, formacji, widzenia świata (narzuca się niemal słowo „powołanie”) Piotrowi Pazińskiemu. Grynberg wydaje się być bardziej wyrozumiały wobec świata, skromniejszy, pozbawiony „nieprzysiadalności” i cierpkości, której nie brakuje autorowi „Pensjonatu” (z drugiej strony, może częściej czytam polemiki Pazińskiego na Facebooku). Obu jednak udało się – choć nie wiem, czy to dobrze? – wyzwolić mnie od taniego sentymentalizmu lat 90., od mantrowania „Elegii miasteczek żydowskich”. Obaj uświadomili mi odrębność polskich i żydowskich tragedii ostatniego wieku: to, że każdy będzie miał swój ból, i może najwyżej próbować wychodzenia naprzeciw, ogarniania tego drugiego, współ-czucia, wiedząc, że nigdy nie uda się ono do końca.

Mikołaj Grynberg, „Księga wyjścia”, Wydawnictwo Czarne, 2018

Dr historii, o XX-wiecznych Bałkanach, Polsce i emigracji rosyjskiej pisuje od „Aspen Review” po „Teologię Polityczną”. Do stycznia 2017 r. redaktor magazynu „Plus Minus”. Lubi sielanki.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Marcowe policzkowanie”

  1. Henryk Hollender pisze:

    Autor jest sympatyczny, trudno go niesympatycznie odczytywać, ale trudno też zorientować się, o co właściwie chodzi w tym zdaniu: „PiSowski rząd, zgoda, namieszał potężnie z konsultowaniem, kształtem i trybem uchwalania ‚antydefamacyjnej’ ustawy. Zarazem nie tylko ani przez chwilę nie zdradzał chęci gry haniebną kartą, ale, jak pisze pani Irena…”. Czy wolno nam być przez chwilę złymi czytelnikami i nie wiedzieć, co pisze „pani Irena”? Pisowski rząd otóż grał haniebną kartą zanim jeszcze był pisowskim rządem, co najmniej zaś od czasu ataku kandydata Dudy na urzędującego prezedenta: dlaczego ten przepraszał za Jedwabne? Pisowski rząd grał całym swoim wstawaniem z kolan, grał wypowiedziami min. Zalewskiej, grał flirtem z dopuszczaniem/popieraniem skrajnej prawicy, grał fałszywą grą Sprawiedliwymi, no i zagrał na całego samym stworzeniem ustawy, co tam mówić o jej konsultowaniu czy uchwalaniu. Jasne, że to już nie jest robociarz Gomułka, który zgodnie ze swoim doświadczeniem życiowym peroruje o „piątej kolumnie”, ale jest to antysemityzm czystej wody, tak jak jest nim mówienie o stosunkach polsko-żydowskich jakby chodziło o irlandzko-angielskie czy pakistańsko-indyjskie. Masz ci los: zły rząd, namieszał, a mógł nie namieszać, ustawa by wyszła cacy i jeszcze by zachwyciła Izrael.
    I dalej: co to takiego „antysemityzm ludowy”? Chodzi o katolicki, tylko autor się wstydzi napisać? Czy nie ma świadomości, która by mu to napisać nakazywała? Bo o zasłonie dymnej, jaką inteligencja w naszym kraju stworzyła, żeby nie było na nią, pisało już wielu, i autorowi, który musiał chociaż o nich słyszeć, nie wypada już wszystkiego zwalać „na chama”.
    I jeszcze jedno: „Joanna Tokarska-Bakir szykuje się do obalenia tezy o prowokacji UB stojącej u źródeł pogromu kieleckiego.” Czyli jest teza, jest też dyskretny uśmieszek faceta, który zobaczy, jak ona ją obala, tak? JT-B sama powiedziała, że wierzyła w prowokację, ale nie powiedziała, że mogłaby ona dojść do skutku bez istnienia tłumu gotowego do pogromu. I ten tłum opisała we wcześniejszych książkach. Więc może nie teza, może mit polityczny, którego już nawet nikt nie podsycał; po prostu walka się skończyła i dobrze wiadomo, kto jest niewinny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz