Manewry NATO i koniec geopolitycznych złudzeń

Aktualności,

Nawet minister Sikorski przyznał, że wkład (w domyśle: nikły) niektórych sojuszników w tak ważne dla nas ćwiczenia Steadfast Jazz powinien być probierzem ich zaangażowania na wypadek realnej konfrontacji.

W trakcie największych do tej pory, odbywających się na terenie Polski i Łotwy, ćwiczeń NATO Steadfast Jazz nie wydarzyło się nic fundamentalnego, co uspokoiłoby stałe obawy związane z naszym bezpieczeństwem. Przy czym jeszcze bardziej niż dysproporcja pomiędzy Steadfast Jazz a rosyjsko-białoruskim Zapadem niepokoi absencja wielu sojuszników (takich jak Turcja czy Hiszpania) i symboliczna jedynie obecność Niemiec. Oraz – last but not least – dalece niewystarczające zaangażowanie najważniejszego alianta, czyli Stanów Zjednoczonych.

Skłania to do ogólniejszej refleksji o stanie NATO i jego znaczeniu dla bezpieczeństwa Polski. Z jednej strony, nie ulega wątpliwości, że sojusz ten ze swą infrastrukturą, kulturą i procedurami współpracy pozostaje dla nas wielką wartością. Co więcej, gdybyśmy budowali go obecnie, prawdopodobnie nie stworzylibyśmy z obecnymi sojusznikami niczego lepszego niż Pakt Północnoatlantycki.

Prawdą jest również, że przynajmniej w swych formalnych aspektach NATO podążało ostatnimi czasy w pożądanym kierunku. Przyjęcie w 2010 r. nowej koncepcji strategicznej sojuszu wyrównało akcenty między działaniami poza obszarem traktatowym a kolektywną obroną terytorium jego członków.

Skorupa formalnej fasady Paktu nie może jednak, z drugiej strony, przykrywać realnych ruchów tektonicznych. Znacznie upraszczając, można je określić jako powrót geopolityki na gruzach wiary w koniec historii.

Najpoważniejszym przejawem tego procesu jest amerykański zwrot w stronę Pacyfiku. W Europie jego składową jest z kolei renacjonalizacja polityki bezpieczeństwa poszczególnych członków NATO i ich coraz bardziej zróżnicowane zainteresowanie wszelkimi zagrożeniami. A także kryzys finansowy, który bardzo mocno uderza w budżety obronne. Temu procesowi towarzyszy za wschodnią granicą Paktu kilkukrotny wzrost wydatków militarnych Rosji.

Jeszcze bardziej niż dysproporcja pomiędzy Steadfast Jazz a rosyjsko-białoruskim Zapadem niepokoi absencja wielu sojuszników (takich jak Turcja czy Hiszpania) i symboliczna jedynie obecność Niemiec. Oraz dalece niewystarczające zaangażowanie najważniejszego alianta, czyli Stanów Zjednoczonych

Najbardziej optymistyczne hasła nie przykryją również konsekwencji porozumienia madryckiego z 1997 r., w efekcie którego żadne większe jednostki sojuszu, jak i broń atomowa, nie stacjonują na terytorium nowych członków. Taka sytuacja powoduje spadek wiarygodności NATO-wskiego odstraszania w stosunku do Moskwy.

Prowadzi to do wzrostu ryzyka użycia taktycznej broni nuklearnej wobec Polski. Niebezpieczeństwo to wywodzi się z szalonej (lecz także zimno racjonalnej) rosyjskiej koncepcji „deeskalacji” konfliktu z Zachodem poprzez ostrzegawcze użycie taktycznej broni nuklearnej wobec państwa, które takiej broni nie posiada, a jest jedynie sojusznikiem mocarstw nuklearnych.

Ćwiczenia Steadfast Jazz żadnej z tych obaw nie rozwiały. Symptomatyczna w tym kontekście była poniedziałkowa (4 listopada) dyskusja Instytutu Wolności, poświęcona ocenie znaczenia manewrów NATO. Choć zaczęła się od dyplomatycznych wyrazów optymizmu Radosława Sikorskiego, zakończyła się znacznie bardziej realistycznymi konkluzjami.

Nawet minister spraw zagranicznych przyznał, że wkład (w domyśle: nikły) niektórych sojuszników w te – tak ważne dla nas – ćwiczenia powinien być probierzem ich zaangażowania na wypadek realnej konfrontacji. Z którego Polska musi wyciągnąć wnioski. To ważna wypowiedź, odchodząca od urzędowego tonu, który przez lata prezentował nasz dyplomatyczny mainstream. Istotą tej postawy było publiczne niekwestionowanie wiary w „bezpieczną przystań”, jaką miało być dla nas NATO.

Moją konkluzją, jako jednej z osób uczestniczących w panelu, było również uznanie za nieuniknione, że sojusz zmierza w stronę formuły „skrzynki z narzędziami” dla „koalicji chcących”. Dlatego obok rozwoju własnego potencjału odstraszającego, a także obrony tego wszystkiego, co jest kręgosłupem Paktu, powinniśmy się zaangażować we współpracę regionalną z państwami posiadającymi podobną do naszej optykę – w tym zwłaszcza z krajami nordyckimi.

Zarówno Pakt, jak i Polska zyskały by także na udziale naszego kraju w inicjatywie „nuklearnego współdzielenia” (nuclear sharing). Polega ona na trenowaniu i przygotowaniu do użycia amerykańskiej nuklearnej broni taktycznej przez europejskich nienuklearnych sojuszników NATO oraz na jej magazynowaniu na ich terytorium.

Istniejące zagrożenie dla naszego kraju nie uległoby wprawdzie zmianie. Znacznie za to, i to stosunkowo niewielkim kosztem, zwiększyłby się potencjał odstraszania sojuszu na wschodzie.

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY TYGODNIK IDEI, NR 5/2013, 7–13 LISTOPADA, CENA: 0 ZŁ