Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Kultura strachu i fetysz bezpieczeństwa

Kultura liberalizmu przeistacza się w kulturę strachu, która wyraża się w przekonaniu, że wystawiona na społeczne interakcje jednostka jest stale zagrożona. Dlatego tak często szukamy bezpieczeństwa – aż do granic absurdu

Obawy stoją na drodze każdego szlachetnego przedsięwzięcia

─ Publiusz Korneliusz Tacyt, Roczniki, rozdz. XV

Żyjemy w wieku lęku – alarmują publicyści i eksperci. Wiele badań wskazuje na pogarszanie się kondycji psychicznej w skali globalnej, a nieustannie odczuwany niepokój czy lęk stanowi jedną z częstszych dysfunkcji. Ma to jednak swoje istotne przyczyny w kulturze, w której żyjemy, a która za wszelką cenę stawia na bezpieczeństwo.

Modernistyczna obietnica uwolnienia świata od cierpienia za sprawą „rządów rozumu” znalazła swój koniec w świecie przepełnionym obsesyjnym lękiem i głęboką niewiarą w realne możliwości człowieka

Lęk w płynnym świecie

W drugim tomie swojej epokowej pracy „O procesie cywilizacji”, wybitny socjolog niemiecki Norbert Elias zauważa, że strach i lęk składają się na najważniejszy mechanizm kulturotwórczy, poprzez który „społecznie funkcjonujące kategorie i struktury pojęciowe przekładają się na psychologiczne funkcjonowanie jednostek (…), które przyswajają i odczuwają bodźce lękowe w sposób niedający się wyjaśnić wyłącznie ich własnym doświadczeniem (…), a raczej przede wszystkim będący odzwierciedleniem ich relacji z resztą społeczeństwa”. Takie umocowanie lęku nadaje mu szczególny potencjał polityczny, tworząc szeroki pomost między siłą osobistej wyobraźni a skoncentrowaną w mitach i kodach kulturowych pamięcią pokoleń. Niedookreślony egzystencjalny niepokój z łatwością wkrada się w nasze życie, jeśli nie znajduje ono silnego, wielowymiarowego oparcia w utrwalonych rytuałach, instytucjach i procedurach, które wiele razy wykazały się sprawdzoną skutecznością w walce z dręczącymi nas zagrożeniami.

Jeszcze w XIX wieku Emil Durkheim wskazywał na szczególne znaczenie procesów indywidualizacji, które w społeczeństwie poddanym procesom modernizacyjnym prowadzą często do alienacji jednostek, narastającego poczucia zagubienia i utraty sensu życia. Z kolei Erich Fromm, analizując psychologiczne źródła nazizmu, zwraca uwagę na głębokie zaburzenie poczucia bezpieczeństwa, wywołane „lękiem przed wolnością”, a dotykające w szczególności przedstawicieli niższej klasy średniej w społeczeństwie kapitalistycznym. Wspólną cechą tych analiz jest dostrzeżenie wzrastającej roli oświeceniowego liberalizmu jako ideologicznego fundamentu kapitalizmu, który poddawał systematycznej dekonstrukcji wszystkie kluczowe elementy tradycyjnego ładu społecznego umocowanego w porządku chrześcijańskim.

Jednak dopiero powojenna epoka postmodernizmu, zwłaszcza w fazie narastającej globalizacji, ujawniła w pełni niepokojący charakter liberalizmu, który zyskał sobie miano kultury lęku (culture of fear). W fundamentalnej dla zrozumienia tego fenomenu książce „Culture of Fear: Risk taking and the morality of low expectation” z 1997 r. Frank Furedi – socjolog i filozof pochodzenia węgierskiego, wykładający na uniwersytecie w Kent w Wielkiej Brytanii – rysuje obraz załamania się oświeceniowego optymizmu w kulturze późnego kapitalizmu i wytworzenie się w latach 80-tych minionego wieku dominującej dziś formacji socjopsychologicznej. Kultura strachu wyraża się w przekonaniu, że wystawiona na społeczne interakcje jednostka jest stale zagrożona, narażona na niebezpieczeństwo (ang. vulnerable). Charakterystyczne, zdaniem Furediego jest, że stan ten nie daje się w żaden sposób trwale poprawić. Ciągłe zagrożenie jest zasadniczo nieukierunkowane i wynika z samej złożoności współczesnego świata, który jest chaotyczny, a zarazem podlega nieustannej destrukcji, spowodowanej uwolnionymi przez liberalizm popędami. Niepewna, „płynna” (Bauman) postnowoczesność nie daje jednostce w niczym oparcia i kanalizuje wytworzoną tak dezorientację w kompulsywnym poszukiwaniu maksymalnego bezpieczeństwa, przekształcając całą kulturę Zachodu na modłę „neurotycznej osobowości naszych czasów”, opisanej w słynnej książce przez Karen Horney w 1937 r. Jest czymś niebywale uderzającym, że modernistyczna obietnica uwolnienia świata od cierpienia za sprawą „rządów rozumu” znalazła swój koniec w świecie przepełnionym obsesyjnym lękiem i głęboką niewiarą w realne możliwości człowieka.

Ciężar dowiedzenia, że „coś nie szkodzi” spoczywa na podmiocie starającym się o wprowadzenie danej technologii. Jak łatwo zauważyć, jest to zadanie zasadniczo niemożliwe

Nie wiemy, że nie wiemy

Paradoksem współczesności jest enigmatyczna struktura tego nieustanego niepokoju – z jednej bowiem strony jest on uogólniony i istnieje w rejestrach wymykających się wszelkiej racjonalizacji. Najlepszą egzemplifikacją lęku o takiej charakterystyce była wypowiedź amerykańskiego sekretarza obrony Donalda Rumsfelda, która padła podczas konferencji prasowej 12 lutego 2002 r. w Pentagonie: „Zawsze wydają mi się interesujące te raporty wywiadu, z których wynika, że jakoby nic szczególnego się nie wydarzyło. Jest bowiem tak, że są rzeczy, o których dobrze wiemy, że są. Są też rzeczy, o których wiemy, że nic o nich nie wiemy, ale potrafimy to jakoś uwzględnić. Jednak są także rzeczy, o których nie wiemy, że o nich nie wiemy – i jeśli zastanowimy się nad historią naszego kraju oraz nad historią innych krajów, to możemy zauważyć, że właśnie te rzeczy bywają szczególnie kłopotliwe”.

Właśnie owe „unknown unknowns” zdają się być kluczem do zrozumienia szeregu zjawisk widocznych w otaczającej nas rzeczywistości. Już w 1982 r. Organizacja Narodów Zjednoczonych uchwaliła „Światową kartę ochrony przyrody” (World Charter for Nature), w ramach której sygnatariusze opowiedzieli się za tzw. mocną formułą zasady ostrożnościowej (ang. precautionary principle): „Działalność, co do której zachodzi ryzyko spowodowania znaczących szkód w środowisku naturalnym powinna być zawsze poprzedzona wyczerpującą analizą jej skutków. Proponenci powinni wykazać, że spodziewane korzyści z danej działalności przekraczają szacowane szkody w środowisku przyrodniczym a w przypadku, kiedy możliwe efekty uboczne prowadzonej działalności nie są w pełni możliwe do przewidzenia – powinno się jej zaniechać”.

Tak skrajnie pesymistycznie zakreślona „zasada ostrożnościowa” uzyskała potwierdzenie na poświęconej zagadnieniom ochrony środowiska Konferencji w Wingspread w 1998, a następnie w podobny sposób zdefiniowana przez Komisję Europejską w r. 2000 oraz w tzw. Protokole z Kartaginy z tego samego roku.

Od tej pory ciężar dowiedzenia, że „coś nie szkodzi” spoczywa na podmiocie starającym się o wprowadzenie danej technologii. Jak łatwo zauważyć, jest to zadanie zasadniczo niemożliwe. Nauka może jedynie wykazać, że w ramach posiadanej przez nas wiedzy poważnie szkodliwych skutków danej technologii nie zauważono. Nie jest jednak w stanie stwierdzić, że takie szkodliwe skutki nie ujawnią się nigdy w przyszłości. Tymczasem silne sformułowanie zasady ostrożnościowej pozwala w nieskończoność domagać się przedstawienia kolejnych wyników wykazujących „brak zagrożenia” ze strony takich technologii jak inżynieria genetyczna, energetyka jądrowa, czy chemia rolna.

Wszystko może być krzywdą

Z drugiej strony – wszechobecne zagrożenie, z jakim spotyka się jednostka w postmodernistycznej płynnej rzeczywistości zawsze jest skutkiem czyiś zaniedbań lub czynnej agresji. Oznacza to, że ze sfery publicznej zaczyna znikać kategoria „wypadku” jako zdarzenia losowego, które wystąpiło niejako samo z siebie, jako skutek splotu niemożliwych do przewidzenia okoliczności. Jeśli bowiem czegoś nie można z całą pewnością określić, to nie powinno w ogóle mieć miejsca – w szczególności wszelka działalność, której skutki mogą być dla nas groźne powinna być zakazana lub powinniśmy o danym ryzyku być wyraźnie uprzedzeni, nawet wówczas, jeśli jest to ryzyko zupełnie banalne. W świecie, z którego wyeliminowano pojęcie „wypadku” za „narażenie nas” na dowolne ryzyko grozi bowiem odpowiedzialność karna, a jeśli mimo wszystko coś złego się wydarzy, to winni jesteśmy sobie sami, nie zachowując dostatecznych środków ostrożności – najlepiej odstępując od „ryzykownej” czynności. Nie powinny nas zatem dziwić coraz częściej pojawiające się w otoczeniu znaki ostrzegawcze w rodzaju „Uwaga – w ciemności niektóre przedmioty mogą nie być dobrze widoczne!”.

W skrajnie indywidualistycznym społeczeństwie Zachodu stałemu poszerzaniu ulega również kategoria dóbr podlegających owej szczególnej ochronie przed narażeniem. W szczególności, poszerzeniu ulega leżąca u podstaw ryzyka kategoria „krzywdy”. Możemy bowiem być „krzywdzeni” na bardzo wiele sposobów. Właściwie każdy subiektywnie odczuwany przez jednostkę dyskomfort staje się w ramach neurotycznie usposobionej kultury postmodernizmu „krzywdą”, i jest przez kogoś „zawiniony”. Dominujące dziś w refleksji światopoglądowej nurty postmarksistowskiej teorii krytycznej są zasadniczo rozległymi i niesłychanie szczegółowymi teoriami „opresji”, które operując wszechogarniającym językiem skargi, dyskursem ofiary, starają się wykazać, iż dosłownie każda obserwowana w świecie nierówność jest właśnie wynikiem jakiejś niesprawiedliwej opresji ze strony uprzywilejowanych podmiotów gry społecznej. Amerykański filozof i badacz procesów społecznych Peter Boghossian określa tak określony kierunek lewicowej krytyki kultury zbiorczym terminem „grievance studies” (w wolnym tłumaczeniu: badania motywowane pretensjami). Poszerzanie kategorii opresji obejmuje wszystkie dziedziny życia bez wyjątków. Opresja może bowiem dotyczyć nawet tak skrajnie wydawałoby się subiektywnych doznań, jak szeroko rozumiane samopoczucie. Nasze samopoczucie może bowiem ulec znaczącemu obniżeniu np. za sprawą czyiś niezgodnych z naszymi poglądów – mamy wówczas, zdaniem rzeczników tak umocowanego przekonania, prawo domagać się od zarządców przestrzeni publicznej wyznaczenia „bezpiecznych stref” (ang. safe zones) wolnych od takiej opresji. W skrajnym przypadku – np. cały teren kampusu akademickiego może zostać ogłoszony taką „bezpieczną strefą”, w której liberalnie usposobieni studenci nie będą narażeni na zagrażające integralności ich światopoglądu opinie konserwatystów.  Co więcej – doznawany dyskomfort może wcale nie być związany z konkretną wypowiedzią lub działaniem. Zdaniem psychologa Deralda Wing Sue z Uniwersytetu Columbia, „destrukcyjne sygnały mogą napływać z otoczenia za sprawą codziennych banalnych interakcji, które wydają się członkom określonych mniejszości upokarzające właśnie za sprawą ich mniejszościowej przynależności grupowej”. To właśnie dyskomfort tak odczuwanej „mikroagresji” był przyczyną zamieszek na Uniwersytecie Stanowym Evergreen w USA, gdzie przedstawiciele kolorowych mniejszości studenckich domagali się w maju 2017 r. od władz uczelni ustanowienia „dnia wolnego od białych” – znajdując w tym ogromne poparcie ze strony lewicującej części administracji i wykładowców.

Silne sformułowanie zasady ostrożnościowej pozwala w nieskończoność domagać się przedstawienia kolejnych wyników wykazujących „brak zagrożenia” ze strony takich technologii jak inżynieria genetyczna, energetyka jądrowa, czy chemia rolna

Poszukiwanie bezpieczeństwa za wszelką cenę ma swój wyraz także w innych dziedzinach życia. Chętnie wykorzystują je politycy do swoich celów, podsycając strach i tworząc złudne poczucie ochrony przed zagrożeniem. Efekt jest często odwrotny do zamierzonego. W praktyce polskiej można tu wskazać na pośpieszne akcje rządu Donalda Tuska przeciwko dopalaczom. W wyniku zakazów handel tymi substancjami przejęły gangi, a liczba zatruć dopalaczami utrzymuje się ciągle na wysokim poziomie. Dodatkowo z rozpędu zakazano w Polsce posiadania i sprzedaży rośliny kava kava (pieprzu metystynowego), z której tradycyjnie w rejonie Fidżi i Samoa przygotowuje się napój o lekko relaksującym działaniu. Przez lata ta bezpieczna i korzystna dla zdrowia substancja traktowana była niemal jak heroina, podczas gdy w zdecydowanej większości państw świata była dozwolona (na szczęście w sierpniu 2018 r. zmieniono ten absurdalny przepis).

Innym przykładem jest prawna nagonka na e-papierosy. Ustawa o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych, która miała wdrażać unijną „dyrektywę tytoniową”, de facto wykracza poza jej ramy, utrudniając życie sprzedawcom i nabywcom papierosów elektronicznych. Na przykład art. 5 ustawy zrównuje parę pochodzącą z papierosów elektronicznych z dymem tytoniowym. W efekcie użytkownicy bezpieczniejszych papierosów elektronicznych muszą przebywać w palarniach wraz z palącymi papierosy tradycyjne. Także szereg innych ograniczeń, włącznie z ograniczeniem prawa do informacji (art. 8 ustawy uniemożliwia używanie w punkcie sprzedaży wizualnej komunikacji o e-papierosach oraz płynach) wywołuje „nacisk behawioralny” w stronę tradycyjnych wyrobów tytoniowych, dużo bardziej niebezpiecznych. To jednak najwyraźniej ustawodawcy już nie interesuje.

Hiperbezpieczny świat

W ramach hiperbezpiecznego świata coraz trudniej jest bronić elementarnych obywatelskich wolności. Narażanie kogoś na nieuzasadnione ryzyko w ramach tak skonstruowanej kultury jest wyjątkowo ciężkim występkiem. Rodzice pozwalający swoim dorastającym dzieciom na zabawę bez odpowiedniej kontroli ryzykują uznanie ich za skrajnie nieodpowiedzialnych i muszą liczyć się z interwencją odpowiednich służb państwa. Osoby podejmujące „nieuzasadnione” ryzyko spotykają się ze społecznym ostracyzmem. Jak napisał Zygmunt Bauman w wydanej w 1992 r. książce „Intimations of Postmodernity”: „Kiedy lęk ulega uwewnętrznieniu, kiedy właściwie ulega prywatyzacji, ludzki rozum traci wszelką nadzieję i nie ma już możliwości, aby gdziekolwiek udać się bez przewodnika, a jedynym punktem docelowym każdej podróży może być jedynie w pełni bezpieczne schronisko”.

Nie powinny nas zatem dziwić coraz częściej pojawiające się w otoczeniu znaki ostrzegawcze w rodzaju „Uwaga – w ciemności niektóre przedmioty mogą nie być dobrze widoczne!”

Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne w niedawnej publikacji pt. „Wskazania praktyki terapeutycznej wobec chłopców i mężczyzn” uznało niektóre cechy charakterystyczne męskiej osobowości – w tym, m.in. skłonność do podejmowania ryzyka – za problem medyczny, który wymaga odpowiedniego korekcyjnego zaadresowania. Skłonność mężczyzn do podejmowania ryzyka została uznana za predyspozycję wyjątkowo niekorzystną, wraz z takimi innymi cechami osobowości jak: dążność do osiągania celów, opanowanie emocji, upodobanie do współzawodnictwa i przygody. Jak zauważył jeden z autorów tej publikacji, Ryon McDermott: „Jeśli będziemy potrafili zmienić mężczyzn, to będziemy w stanie zmienić świat”. Można w tym niewątpliwie dostrzec niebywałą zmianę w zakresie pojmowania rzeczywistości: męskość, okraszona dodatkiem “toksyczna”, doczekała się statusu niebezpiecznej przypadłości, której dla dobra świata należy jak najpilniej się pozbyć. To właśnie charakterystycznie męska niezgoda na samookreślenie siebie w kategoriach „vulnerable”, poszukiwanie wewnętrznej motywacji do samoopanowania, wytrwałości i dyscypliny, dzięki którym możliwe jest osiągnięcie życiowego sukcesu, niepokoją będących w awangardzie współczesności amerykańskich psychologów. Takie cechy charakteru jak odwaga, psychiczna samowystarczalność, niechęć do łatwych kompromisów są w ich oczach szczególnie naganne, a opowiadający się za nimi w głośnej książce „12 reguł życia – antidotum na chaos” kanadyjski psycholog kliniczny Jordan Peterson został przez światową lewicę liberalną uznany nieomal za „faszystę”.

Ewolucja liberalnej kultury Zachodu postępuje niepokojąco szybko i w trudny do przewidzenia sposób. Zaskakujące jest przy tym, jak bardzo niechętni wszelkiemu ryzyku, przekonani do silnego sformułowania zasady ostrożnościowej ideolodzy „zmiany społecznej” wydają się zarazem obojętni wobec zagrożeń wynikających właśnie z tak szybkiego tempa zmian. Naciski liberalnych elit na jak najszybszy „postęp” w zakresie zasad funkcjonowania społeczeństwa – czego przykładem jest wyżej wspomniany poradnik Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego, który będzie przecież podstawą dla tworzenia „nowoczesnych” programów edukacyjnych zapewne nie tylko w USA – zdają się nie mieć żadnych granic. Jesteśmy świadkami przeobrażania się liberalizmu w kulturę lękową. Czy czeka nas czas duchowego zniewolenia?

ur. 1966. W latach 1993–2010 związany z przemysłem chemicznym. Pracował jako kierownik projektów wdrożeniowych w Solvay i GE. Od 2011 związany z IT. Aktywista laicki, członek zarządu stowarzyszenia Koalicja Ateistyczna oraz członek-założyciel Kongresu Świeckości. Publicysta Post-Radia, niezależny komentator życia społeczno-politycznego.

Komentarze

7 odpowiedzi na “Kultura strachu i fetysz bezpieczeństwa”

  1. ldoktor pisze:

    Znakomity artykuł – dawno nie czytałem czegoś, co w równie przystępny i syntetyczny sposób diagnozuje współczesne trendy kulturowe. Pojęcie “grievance studies” kapitalnie oddaje dyskurs ofiary – rozmaite grupy zgłaszają wszelakiego rodzaju pretensje, domagając się w istocie daleko idących przywilejów, nie mających nic wspólnego z indywidualnymi zasługami/osiągnięciami. Co więcej, obserwujemy konkurencję o status ofiary, który ma zapewnić ofierze stosowne profity, inne traktowanie, etc. Wygrywa nie ten, kto ma większe zasługi lecz ten, kto bardziej umiejętnie zaprezentuje się jako ofiara.
    Kultura lęku ma z kolei niebywale toksyczny wpływ na relacje rodzice-dzieci, w której rodzice przekształcają pewien naturalny lęk o bezpieczeństwo dzieci w neurotyczną potrzebę zapewnienia dzieciom wszystkiego i stają się “helicopter parents”. I tutaj też trafna diagnoza autora o szczególnie szkodliwym wpływie tego na chłopców i młodych mężczyzn, pozbawiającym ich cech tradycyjnie kojarzonych z męskością. Trochę o tym pisze też Zimbardo/Coulombe.
    Na koniec pytanie do autora (trochę motywowane jego biogramem) z mojej perspektywy człowieka dość religijnego: czy nie dostrzega Pan w religii (zwłaszcza na tyle zrośniętej z kulturą jak w Polsce) pewnej siły, która broni nas przed neurotycznym lękiem, pozwala zaakceptować “wypadek” (a nawet dostrzec w nim sens), chroni przed utopijnymi zamysłami i wreszcie pozwala zachować tradycyjną męskość? Nie chodzi mi tu o obronę sojuszu ołtarza z tronem oczywiście, ale raczej o uznanie pewnego publicznego wymiaru religii i jego znaczenia dla życia społecznego. Pozdrawiam i jeszcze raz gratuluję znakomitego artykułu.

  2. ziggi pisze:

    @LDOKTOR

    Dziękuję za miłe słowa.
    Oczywiście – i piszę to jako ateista i działacz proświecki – religia właśnie dlatego tak mocno jest utwierdzona w społeczeństwie, ponieważ pełni kilka ważnych funkcji społecznych – w tym też taką, o jakiej pan tutaj wspomina. Z resztą, ja dość jednoznacznie napisałem w moim tekście, powołując się na Eliasa i Durkheima, że cały proces ma wiele wspólnego z wyparciem religijności, z nieatscheańską “śmiercią Boga”. Powiązanie integralnego “niepokoju egzystencjalnego” z wolnością doskonale wyczuł z resztą jako pierwszy Soren Kierkegaard w “Pojęciu lęku” – nie bez powodu szukając jego źródeł w grzechu pierworodnym, zatem w repertuarze pojęć religijnych.

    Z pewnością mamy problem – XIX-wieczna wiara w możliwości człowieka w znacznej mierze bazowała na micie prometejskim oraz na greckiego jeszcze monomitu legendy o Argonautach czy później – o Parsifalu. Jednak Ziemia się skurczyła, jej zasoby są bliskie wyczerpaniu a ona sama stłamszona i zdeptana. Podróże do gwiazd wydają się nam wciąż równie odległe co starożytnym. W tej sytuacji – zgadzam się – wiara religijna nadal wabi nas uwodzicielskim posmakiem eschatologicznego optymizmu.

    Ukłony!

  3. annamieszczanek pisze:

    W roku 1933 Paweł Sapieha wziął ślub z Amerykanką, córką nowojorskiego psychiatry i psychologa. I tak to Virgilia Sapieha, wychowana przez ojca w duchu ateistycznego humanitaryzmu znalazła sie w Siedliskach, niedaleko Rawy Ruskiej. Rok później Paweł i Virgilia odwiedzili Nowy Jork , gdzie ojciec młodej żony opowiedział im jak to zauważył, że wśród jego pacjentów korzystających ze spowiedzi jest zdecydowanie mniej neurotyków, co wpłynęło znacząco na zmianę jego podejścia do wiary. Virgilia odczytała to jak zdradę przesłania, które otrzymałą od niego w dzieciństwie, a on tłumaczył jak to kiedyś nie wierzył, “by ludzką osobowość mógł wytłumaczyć jakiś nadprzyrodzony czynnik”, a teraz zmienił pogląd na tę kwestię. To drobny, choć przyjemnie konkretny przykład społecznej funkcji religii, o której mowa i w tekście i w komentarzach:))

  4. ldoktor pisze:

    W tym kontekście pojawiają się (co najmniej) dwa ważne pytania:

    1. Czy do epidemii lęku przyczyniają się dziś również bardzo szybkie zmiany technologiczne, wpływające na rynek pracy, zdolność do odnalezienia się jednostki w zmiennej rzeczywistości oraz na zagrożenie kondycji człowieka przez sztuczną inteligencję? Ten problem poruszał niedawno w NK prof. Zybertowicz.
    2. Jeżeli trend sekularyzacyjny jest trwały (a to wcale nie musi być prawda, vide zmiana stanowiska przez Petera Bergera ws. związku pomiędzy modernizacją a sekularyzacją), pojawia się pytanie, w jakich formach życia zbiorowego, wyobrażeniach, rytuałach można zakorzenić jednostkę, aby – choćby pośrednio – złagodzić wszechogarniający egzystencjalny lęk? Zgadzam sie, że nowoczesny (indywidualistyczny) liberalizm spowodował osamotnienie jednostki i zwiększył jej lęk, przyjmując moim zdaniem fałszywą antropologię człowieka wyabstrahowanego ze społeczności. Jednak, wydaje mi się, że przynajmniej w Polsce nie mamy takich żywych form świeckiego uczestnictwa jednostki w zbiorowości, tym bardziej w sytuacji gdy polaryzacja polityczna rozbija społeczeństwo na dwa plemiona zamiast jednego narodu (w sensie politycznym, a nie etnicznym).
    Pozdrawiam!

  5. Wintergreen pisze:

    Artykuł i dyskusja w ciekawy sposób podejmują temat “zmierzchu Zachodu”, omijając problematykę genderową i eutanazyjną, na której skupiają się katolicy. Cóż jednak to wszystko wnosi do odwiecznego zagadnienia “słoń a sprawa polska”?
    1. Polacy co najmniej od XVIII wieku świadomie aspirują do bycia częścią Zachodu, a 45 lat komunizmu i przymusowej izolacji jeszcze te popędy zwiększyło. Trzeba sobie jednak uświadomić, że termin “wartości Zachodu” co innego oznaczał w wieku XIII, co innego w XIX, co innego w latach 50-tych, a jeszcze co innego oznacza dzisiaj. Wolność jednostki, ciekawość świata ujęta w procedury nauki, (samo)ograniczenie władzy i wzajemność w stosunkach między nią a obywatelem, równość wszystkich wobec prawa (to akurat dość późny wynalazek) – wszystko to powinniśmy pielęgnować jak rzadkie kwiaty wyrastające z pryzmy nawozu ludzkiego szaleństwa, ale sam Zachód coraz mniejszą wagę przywiązuje do tych swoich osiągnięć, zamiast tego stawiając na piedestale niczym niezakłócone samozadowolenie rozkapryszonych śnieżynek i odrazę do całej swojej historii i tradycji. Prędzej czy później przyjdzie pora na postawienie sobie pytania, czy chcemy być częścią takiego Zachodu, czy wolimy wysiąść z tego tramwaju, zanim się nie dotoczy do przystanku “obłęd” (tabliczka “aksamitny zamordyzm” już chyba za pierwszymi wagonami, ale my siedzimy w ostatnim). Tylko jaką mamy alternatywę? Chiny (o Rosji litościwie nie wspominam)? Samodzielne stworzenie jakiegoś przetrwalnika, jak Irlandczycy po upadku Rzymu? To drugie byłoby może kuszące, ale brak nam na to zasobów intelektualnych i miękkiej siły, zresztą każda taka reorientacja wymagałaby od klasy politycznej i intelektualnej całkowitej zmiany głęboko zakorzenionych schematów myślenia. Czy te klasy dałyby radę to zrobić? Popatrzcie na nie i odpowiedzcie sobie sami. Prawdopodobnie zresztą nie będzie okazji postawić sobie takiego pytania. Przesączająca się z kampusów paplanina stopniowo skolonizuje media (nie chodzi o “Krytykę Polityczną” ani nawet “Gazetę Wyborczą”, tylko o różne docu-soapy na TVN-ie, które powoli oswajają gospodynie domowe ze zjawiskami, które parę lat wcześniej owe gospodynie uznałyby za groteskowe dewiacje) i przestaniemy w ogóle dostrzegać, że zapadamy się coraz głębiej. Not with a bang but a whimper.
    2. Opadłszy z wyżyn metapolityki na poziom strategii i geopolityki, zastanówmy się, w jaki sposób kraje, w których za chwilę odwaga i inne “męskie” cechy będą traktowane jak jednostki chorobowe, będą mogły nam pomóc w razie zagrożenia, realizując swoje zobowiązania sojusznicze. Pół biedy gdyby takie przemiany zachodziły na całym świecie jednocześnie, tyle że nie wszystkie kraje pragną zamienić się w jedną wielką strefę komfortu. Na razie Zachód może brak morale do pewnego stopnia zrównoważyć przewagą technologiczną, ale jeśli w dalszym ciągu naukę będą niszczyć rozmaite glacjologie feministyczne, a głos nastoletnich dziewczynek z warkoczykami będzie zyskiwać na znaczeniu, niech Jowisz ma nas w swojej opiece.
    3. Na poziomie codziennej politycznej młócki rozmaitym nielotom w rodzaju Schetyny albo Czarzastego wydaje się, że wykorzystują lewicowych liberałów jak pożytecznych idiotów i prawdopodobnie śmieją się w kułak z ich dziwactw, ale nie jestem pewien, kto tu jest czyim pożytecznym idiotą – na plecach partyjnych matołków agenda aksamitnego zamordyzmu zostanie zaniesiona do sejmu i – w dłuższej perspektywie – rządu. PiS w gruncie rzeczy całą rewolucją się nie przejmuje – przed wyborami lubi postraszyć naród gejami, ale pewnie nawet nie zauważy, gdy MEN wprowadzi do szkół amerykańskie wytyczne, o których Pan pisał (a w razie czego ambasador Mosbacher go zdyscyplinuje). O rety, jak napisałby Kisiel w swoich dziennikach.

  6. kapitan pisze:

    Ciekawy artykuł.Powinien go napisac jakiś socjolog prof.Krzemiński albo Rychard, a jeszcze lepiej gdyby napisał prof .Staniszkis, no ale ona może niemiec juz siły.No ale napisał p. Zbigniew.I pięknie.
    Ale umrzec trzeba. I nie uchroni nas od tego żaden filozof. Lek i strach wpisany jest w biologię mózgu i tyle.Seks także

  7. HenPor pisze:

    Zwłaszcza seks, jako naczelne zadanie każdego żywego organizmu do zachowania gatunku! No bo cóż kanarkom czy finwalom błękitnym z wieszczeń demiurgów, gatunku homo zresztą? A strach przed niemożnością (impotencją) już wydaje mi się być uzasadnionym… A za artykuł warto i należy zdjąć czapkę przed Panem Autorem, co czynię!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz