Jeśli chcesz przeczytać ponownie ten artykuł lub brak Ci teraz czasu aby przeczytać całość, możesz dodać go do swojej listy artykułów. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Kultura strachu i fetysz bezpieczeństwa

Kultura liberalizmu przeistacza się w kulturę strachu, która wyraża się w przekonaniu, że wystawiona na społeczne interakcje jednostka jest stale zagrożona. Dlatego tak często szukamy bezpieczeństwa – aż do granic absurdu
Obawy stoją na drodze każdego szlachetnego przedsięwzięcia ─ Publiusz Korneliusz Tacyt, Roczniki, rozdz. XV Żyjemy w wieku lęku – alarmują publicyści i eksperci. Wiele badań wskazuje na pogarszanie się kondycji psychicznej w skali globalnej, a nieustannie odczuwany niepokój czy lęk stanowi jedną z częstszych dysfunkcji. Ma to jednak swoje istotne przyczyny w kulturze, w której żyjemy, a która za wszelką cenę stawia na bezpieczeństwo. Modernistyczna obietnica uwolnienia świata od cierpienia za sprawą „rządów rozumu” znalazła swój koniec w świecie przepełnionym obsesyjnym lękiem i głęboką niewiarą w realne możliwości człowieka Lęk w płynnym świecie W drugim tomie swojej epokowej pracy „O procesie cywilizacji”, wybitny socjolog niemiecki Norbert Elias zauważa, że strach i lęk składają się na najważniejszy mechanizm kulturotwórczy, poprzez który...

Czytaj więcej bezpłatnie!

Zaloguj się lub załóż konto
Zajmie Ci to tylko kilka sekund
Zaloguj się Załóż konto
ur. 1966. W latach 1993–2010 związany z przemysłem chemicznym. Pracował jako kierownik projektów wdrożeniowych w Solvay i GE. Od 2011 związany z IT. Aktywista laicki, członek zarządu stowarzyszenia Koalicja Ateistyczna oraz członek-założyciel Kongresu Świeckości. Publicysta Post-Radia, niezależny komentator życia społeczno-politycznego.

Komentarze

7 odpowiedzi na “Kultura strachu i fetysz bezpieczeństwa”

  1. ldoktor pisze:

    Znakomity artykuł – dawno nie czytałem czegoś, co w równie przystępny i syntetyczny sposób diagnozuje współczesne trendy kulturowe. Pojęcie “grievance studies” kapitalnie oddaje dyskurs ofiary – rozmaite grupy zgłaszają wszelakiego rodzaju pretensje, domagając się w istocie daleko idących przywilejów, nie mających nic wspólnego z indywidualnymi zasługami/osiągnięciami. Co więcej, obserwujemy konkurencję o status ofiary, który ma zapewnić ofierze stosowne profity, inne traktowanie, etc. Wygrywa nie ten, kto ma większe zasługi lecz ten, kto bardziej umiejętnie zaprezentuje się jako ofiara.
    Kultura lęku ma z kolei niebywale toksyczny wpływ na relacje rodzice-dzieci, w której rodzice przekształcają pewien naturalny lęk o bezpieczeństwo dzieci w neurotyczną potrzebę zapewnienia dzieciom wszystkiego i stają się “helicopter parents”. I tutaj też trafna diagnoza autora o szczególnie szkodliwym wpływie tego na chłopców i młodych mężczyzn, pozbawiającym ich cech tradycyjnie kojarzonych z męskością. Trochę o tym pisze też Zimbardo/Coulombe.
    Na koniec pytanie do autora (trochę motywowane jego biogramem) z mojej perspektywy człowieka dość religijnego: czy nie dostrzega Pan w religii (zwłaszcza na tyle zrośniętej z kulturą jak w Polsce) pewnej siły, która broni nas przed neurotycznym lękiem, pozwala zaakceptować “wypadek” (a nawet dostrzec w nim sens), chroni przed utopijnymi zamysłami i wreszcie pozwala zachować tradycyjną męskość? Nie chodzi mi tu o obronę sojuszu ołtarza z tronem oczywiście, ale raczej o uznanie pewnego publicznego wymiaru religii i jego znaczenia dla życia społecznego. Pozdrawiam i jeszcze raz gratuluję znakomitego artykułu.

  2. ziggi pisze:

    @LDOKTOR

    Dziękuję za miłe słowa.
    Oczywiście – i piszę to jako ateista i działacz proświecki – religia właśnie dlatego tak mocno jest utwierdzona w społeczeństwie, ponieważ pełni kilka ważnych funkcji społecznych – w tym też taką, o jakiej pan tutaj wspomina. Z resztą, ja dość jednoznacznie napisałem w moim tekście, powołując się na Eliasa i Durkheima, że cały proces ma wiele wspólnego z wyparciem religijności, z nieatscheańską “śmiercią Boga”. Powiązanie integralnego “niepokoju egzystencjalnego” z wolnością doskonale wyczuł z resztą jako pierwszy Soren Kierkegaard w “Pojęciu lęku” – nie bez powodu szukając jego źródeł w grzechu pierworodnym, zatem w repertuarze pojęć religijnych.

    Z pewnością mamy problem – XIX-wieczna wiara w możliwości człowieka w znacznej mierze bazowała na micie prometejskim oraz na greckiego jeszcze monomitu legendy o Argonautach czy później – o Parsifalu. Jednak Ziemia się skurczyła, jej zasoby są bliskie wyczerpaniu a ona sama stłamszona i zdeptana. Podróże do gwiazd wydają się nam wciąż równie odległe co starożytnym. W tej sytuacji – zgadzam się – wiara religijna nadal wabi nas uwodzicielskim posmakiem eschatologicznego optymizmu.

    Ukłony!

  3. annamieszczanek pisze:

    W roku 1933 Paweł Sapieha wziął ślub z Amerykanką, córką nowojorskiego psychiatry i psychologa. I tak to Virgilia Sapieha, wychowana przez ojca w duchu ateistycznego humanitaryzmu znalazła sie w Siedliskach, niedaleko Rawy Ruskiej. Rok później Paweł i Virgilia odwiedzili Nowy Jork , gdzie ojciec młodej żony opowiedział im jak to zauważył, że wśród jego pacjentów korzystających ze spowiedzi jest zdecydowanie mniej neurotyków, co wpłynęło znacząco na zmianę jego podejścia do wiary. Virgilia odczytała to jak zdradę przesłania, które otrzymałą od niego w dzieciństwie, a on tłumaczył jak to kiedyś nie wierzył, “by ludzką osobowość mógł wytłumaczyć jakiś nadprzyrodzony czynnik”, a teraz zmienił pogląd na tę kwestię. To drobny, choć przyjemnie konkretny przykład społecznej funkcji religii, o której mowa i w tekście i w komentarzach:))

  4. ldoktor pisze:

    W tym kontekście pojawiają się (co najmniej) dwa ważne pytania:

    1. Czy do epidemii lęku przyczyniają się dziś również bardzo szybkie zmiany technologiczne, wpływające na rynek pracy, zdolność do odnalezienia się jednostki w zmiennej rzeczywistości oraz na zagrożenie kondycji człowieka przez sztuczną inteligencję? Ten problem poruszał niedawno w NK prof. Zybertowicz.
    2. Jeżeli trend sekularyzacyjny jest trwały (a to wcale nie musi być prawda, vide zmiana stanowiska przez Petera Bergera ws. związku pomiędzy modernizacją a sekularyzacją), pojawia się pytanie, w jakich formach życia zbiorowego, wyobrażeniach, rytuałach można zakorzenić jednostkę, aby – choćby pośrednio – złagodzić wszechogarniający egzystencjalny lęk? Zgadzam sie, że nowoczesny (indywidualistyczny) liberalizm spowodował osamotnienie jednostki i zwiększył jej lęk, przyjmując moim zdaniem fałszywą antropologię człowieka wyabstrahowanego ze społeczności. Jednak, wydaje mi się, że przynajmniej w Polsce nie mamy takich żywych form świeckiego uczestnictwa jednostki w zbiorowości, tym bardziej w sytuacji gdy polaryzacja polityczna rozbija społeczeństwo na dwa plemiona zamiast jednego narodu (w sensie politycznym, a nie etnicznym).
    Pozdrawiam!

  5. Wintergreen pisze:

    Artykuł i dyskusja w ciekawy sposób podejmują temat “zmierzchu Zachodu”, omijając problematykę genderową i eutanazyjną, na której skupiają się katolicy. Cóż jednak to wszystko wnosi do odwiecznego zagadnienia “słoń a sprawa polska”?
    1. Polacy co najmniej od XVIII wieku świadomie aspirują do bycia częścią Zachodu, a 45 lat komunizmu i przymusowej izolacji jeszcze te popędy zwiększyło. Trzeba sobie jednak uświadomić, że termin “wartości Zachodu” co innego oznaczał w wieku XIII, co innego w XIX, co innego w latach 50-tych, a jeszcze co innego oznacza dzisiaj. Wolność jednostki, ciekawość świata ujęta w procedury nauki, (samo)ograniczenie władzy i wzajemność w stosunkach między nią a obywatelem, równość wszystkich wobec prawa (to akurat dość późny wynalazek) – wszystko to powinniśmy pielęgnować jak rzadkie kwiaty wyrastające z pryzmy nawozu ludzkiego szaleństwa, ale sam Zachód coraz mniejszą wagę przywiązuje do tych swoich osiągnięć, zamiast tego stawiając na piedestale niczym niezakłócone samozadowolenie rozkapryszonych śnieżynek i odrazę do całej swojej historii i tradycji. Prędzej czy później przyjdzie pora na postawienie sobie pytania, czy chcemy być częścią takiego Zachodu, czy wolimy wysiąść z tego tramwaju, zanim się nie dotoczy do przystanku “obłęd” (tabliczka “aksamitny zamordyzm” już chyba za pierwszymi wagonami, ale my siedzimy w ostatnim). Tylko jaką mamy alternatywę? Chiny (o Rosji litościwie nie wspominam)? Samodzielne stworzenie jakiegoś przetrwalnika, jak Irlandczycy po upadku Rzymu? To drugie byłoby może kuszące, ale brak nam na to zasobów intelektualnych i miękkiej siły, zresztą każda taka reorientacja wymagałaby od klasy politycznej i intelektualnej całkowitej zmiany głęboko zakorzenionych schematów myślenia. Czy te klasy dałyby radę to zrobić? Popatrzcie na nie i odpowiedzcie sobie sami. Prawdopodobnie zresztą nie będzie okazji postawić sobie takiego pytania. Przesączająca się z kampusów paplanina stopniowo skolonizuje media (nie chodzi o “Krytykę Polityczną” ani nawet “Gazetę Wyborczą”, tylko o różne docu-soapy na TVN-ie, które powoli oswajają gospodynie domowe ze zjawiskami, które parę lat wcześniej owe gospodynie uznałyby za groteskowe dewiacje) i przestaniemy w ogóle dostrzegać, że zapadamy się coraz głębiej. Not with a bang but a whimper.
    2. Opadłszy z wyżyn metapolityki na poziom strategii i geopolityki, zastanówmy się, w jaki sposób kraje, w których za chwilę odwaga i inne “męskie” cechy będą traktowane jak jednostki chorobowe, będą mogły nam pomóc w razie zagrożenia, realizując swoje zobowiązania sojusznicze. Pół biedy gdyby takie przemiany zachodziły na całym świecie jednocześnie, tyle że nie wszystkie kraje pragną zamienić się w jedną wielką strefę komfortu. Na razie Zachód może brak morale do pewnego stopnia zrównoważyć przewagą technologiczną, ale jeśli w dalszym ciągu naukę będą niszczyć rozmaite glacjologie feministyczne, a głos nastoletnich dziewczynek z warkoczykami będzie zyskiwać na znaczeniu, niech Jowisz ma nas w swojej opiece.
    3. Na poziomie codziennej politycznej młócki rozmaitym nielotom w rodzaju Schetyny albo Czarzastego wydaje się, że wykorzystują lewicowych liberałów jak pożytecznych idiotów i prawdopodobnie śmieją się w kułak z ich dziwactw, ale nie jestem pewien, kto tu jest czyim pożytecznym idiotą – na plecach partyjnych matołków agenda aksamitnego zamordyzmu zostanie zaniesiona do sejmu i – w dłuższej perspektywie – rządu. PiS w gruncie rzeczy całą rewolucją się nie przejmuje – przed wyborami lubi postraszyć naród gejami, ale pewnie nawet nie zauważy, gdy MEN wprowadzi do szkół amerykańskie wytyczne, o których Pan pisał (a w razie czego ambasador Mosbacher go zdyscyplinuje). O rety, jak napisałby Kisiel w swoich dziennikach.

  6. kapitan pisze:

    Ciekawy artykuł.Powinien go napisac jakiś socjolog prof.Krzemiński albo Rychard, a jeszcze lepiej gdyby napisał prof .Staniszkis, no ale ona może niemiec juz siły.No ale napisał p. Zbigniew.I pięknie.
    Ale umrzec trzeba. I nie uchroni nas od tego żaden filozof. Lek i strach wpisany jest w biologię mózgu i tyle.Seks także

  7. HenPor pisze:

    Zwłaszcza seks, jako naczelne zadanie każdego żywego organizmu do zachowania gatunku! No bo cóż kanarkom czy finwalom błękitnym z wieszczeń demiurgów, gatunku homo zresztą? A strach przed niemożnością (impotencją) już wydaje mi się być uzasadnionym… A za artykuł warto i należy zdjąć czapkę przed Panem Autorem, co czynię!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz