Jeśli chcesz ten artykuł przeczytać ponownie lub brak teraz czasu aby przeczytać całość, to możesz dodać go do swojej listy artykułów. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Kuchnia polska i postępowa

Naprawdę, nie jest łatwo zaproponować dania, które byłyby jednocześnie bezglutenowe, antyglobalistyczne, fair-trade’owe, z błonnikiem, prounijne, bez syropu fruktozo-glukozowego, na prawdziwym maśle, nieheteronormatywne i nietuczące

 

Ten artykuł powstał dzięki hojności Darczyńców NK. Zostań jednym z nich!

 

Dziesiątki komentatorów, setki internautów od lat zachowują się niczym doświadczeni powodzią obserwatorzy wielkiego wodowskazu w Wyszkowie, radośnie wrzucając na fora wieść, że „spadło piętnaście”, „spadło trzysta”. Komu i czego spadło, czyżby nowa dieta-cud? Nie, zazwyczaj chodzi o nakład (czasem o sprzedaż detaliczną) „Gazety Wyborczej”.

Rozumiem te emocje, sam trzymam bardzo źle o „Wyborczej”, zarówno o jej metodach polemicznych, jak o roli, jaką odegrała (mówiąc Adamem Próchnikiem) w pierwszym piętnastoleciu Polski niepodległej. Trzeba jednak rozumieć, że wszelkie tego rodzaju wiadomości spod wodowskazu po pewnym czasie przestają robić wrażenie, zwłaszcza, jeśli pojawiają się w oderwaniu od kontekstu, czyli informacji o spadkach nakładu prasy wszelkiej orientacji. „Wszak i tak skończymy w zupie” wzdychają od lat wszyscy wydawcy, ale kibice rozgrywek medialnych zbyt są zaaferowani widokiem spadających zysków Agory S.A, by dostrzec, że gdy „Wyborcza” ostatecznie upadnie, nie będzie już łamów, na których można by ów triumf ogłosić.

Jeśli nie ośmiorniczki, nie mule i nie kaczka na zimno, to co mogliby tam podawać? Czy w grę wchodziłaby kuchnia wegańska? Makrobiotyczna? Etniczna może?

Żar ten sprawia również, że są w stanie przegapić naprawdę smakowite newsy, złoto, z którego wykuć można setki memów. „Agora chce przez cztery lata uruchomić 45 restauracji” – doniosły w pierwszym tygodniu marca portale branżowe. Dowiedzieliśmy się, że lokale te mają zakwitnąć w segmencie „fast casual”, usłyszeliśmy o wchodzącej w skład grupy medialnej spółce Helios, o rozsądnej strategii dywersyfikowania działalności, ba, o tym, że współtwórcy przyszłej sieci terminowali w Hard Rock Cafe oraz w browarach rzemieślniczych – i nic?

A przecież taki news jest pożywny jak szponder, gęsty jak grochówka, soczysty jak papaja. Pomijam już zmarnowaną okazję do dziesiątków wycieczek osobistych, ale – menu! Co zaproponować mogą zapracowanym, wpadającym na lunch Polakom wydawcy „Co Jest Grane” i „Magazynu Książki”, wychowawcy półtora pokolenia warszawskich inteligentów?

Oczywiście, żeby zająć się tą kwestią na serio, trzeba by najpierw uporać się z przystawkami, czyli z całą ławicą sucharów, nadpływającą niczym śledzie w oleju, w śmietanie i w sosie musztardowym na weselu podmiejskim. Usłyszelibyśmy niejeden żarcik o podawanym w agorowych bistro carpaccio z kaczki, przysłowiowych ośmiorniczkach, ba, jakiś paleoendecki wujek nie omieszkałby zachichotać na temat czulentu i kugla, nieświadom, że dobry czulent można dostać jedynie na krakowskim Kazimierzu, a i to nie zawsze. A tymczasem z owoców morza w rzeczywistości można by liczyć najwyżej na słynne mule profesora Króla. Jak pamiętamy, cicerone warszawskiej prawicy lat 70. zdemaskował ostatnio polityków PiS jako prostaków, którzy nigdy nie jadali muli w Bretanii, diagnoza tak celna, że w gronie warszawskiego KOD zastanawiano się podobno, czy nie nosić w klapie marynarek skorup omułka. Dopiero ostatnio inicjatywa ta upadła, bo strasznie szczękają i to się źle kojarzyło.

No dobrze, ale jeśli nie ośmiorniczki, nie mule i nie kaczka na zimno, to co mogliby tam podawać? Czy w grę wchodziłaby kuchnia wegańska? Makrobiotyczna? Etniczna może? Nie, przynajmniej etniczna na pewno odpada, przecież „Wyborcza” ochoczo drukuje szkice pp. Matuszewskiego i Laskowskiego, nauczających, że „pojęcie »naród polski« i instytucje państwa polskiego (a także wszystkie inne »narody«  i inne państwa) są współodpowiedzialne za przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości i zbrodnie wojenne”. Ale jaka kuchnia jest w takim razie nienarodowa? Antoni Słonimski, wyśmiewając przed wojną popularyzatorów freudyzmu, twierdzących, że mężczyzna śniąc o szafie, marzy tak naprawdę o pożyciu z kobietą, pytał, czy zależność ta działa również w drugą stronę, tj. czy jeśli śnimy organy kobiece, oznacza to szafę. Podobne wątpliwości dopadają mnie w kwestii sieci restauracji inspirowanych refleksją p. Matuszewskiego, jeśli kuchnia etniczna mogłaby być pośrednio odpowiedzialna za zbrodnie wojenne, to co jest kuchnią nie-etniczną? Może jakieś klimaty pogranicza i mieszania się ludów, np. kreolskie? To byłoby jeszcze nie najgorzej, jedzenie cajun jest świetne, zwłaszcza na ostro, ale czy kilka kropli tabasco wystarczy, żeby wypalić przywiązanie do konkretnych krajobrazów i historii? Trzeba by raczej iść w stronę jakiegoś soft-luksemburgizmu, ale jak to przełożyć na odpowiednio zbilansowany jadłospis? Wiadomo, że odpadają jajka po benedyktyńsku czy zrazy po napoleońsku, o torciku Sachera nawet nie wspominam, ale takie np. grahamki – niby zdrowe, z mąki razowej, ale skoro wynalazł je prezbiteriański pastor?

Nie da się ukryć, wzorów jest boleśnie mało. Chciałoby się gotować jak Paulina Reiter, naczelna „Wysokich Obcasów”, promująca hasło „Aborcja jest OK”, ale – jak konkretnie? Pierwsza feministyczna książka kucharska, „The Feminist Cookbook”, autorstwa Mary Harper, ukazała się w Stanach już ładnych kilka lat temu, ale trick polegał jedynie na podmiance: poszczególnym, smutno tradycyjnym potrawom nadano nazwy najnośniejszych postulatów ruchu, i tak świat poznał „jajecznicę równopłacową” (Equal Pay Eggs: roztrzepać trzy jajka ze szczyptą soli i pieprzu, na nieprzywierającej patelni rozpuścić łyżkę masła, lekko ostudzić, dodać trzy jajka, mieszkać łopatką, podawać z tostem) oraz pizzę „Płatny urlop macierzyński”. Jest to oczywiście pomysł, spaghetti, zwłaszcza ugotowane al dente, można podawać w Polsce jako „Wieszaczek”, a sałatka „Parytet” spełni swoje zadanie równie dobrze, jak w patriarchalnych jadłodajniach gulasz, również noszący nieformalną nazwę „przeglądu tygodnia”, ale to wszystko za mało na obiad z deserem.

Rozważania nad menu to dopiero połowa jej kłopotów, dochodzą pytania, czy podawać alkohol (i jaki, szczególnie w Warszawie), spory o koncesje, o design lokali, nawet o naczynia: jednorazowe, przeznaczone do recyklingu, czy klasycznie porcelit?

Naprawdę, nie jest łatwo zaproponować dania, które byłyby jednocześnie bezglutenowe, antyglobalistyczne, fair-trade’owe, z błonnikiem, prounijne, bez syropu fruktozo-glukozowego, na prawdziwym maśle, nieheteronormatywne i nietuczące. I wcale nie pociesza myśl, że tzw. druga strona też nie miałaby łatwo. Czy w ogóle można sobie wyobrazić osławioną spółkę „Telegraf”, która próbowałaby zdywersyfikować działalność i zminimalizować straty w podobnie błyskotliwy sposób co Agora S.A.? Najpierw przez piętnaście lat spieraliby się o skład rady nadzorczej. Potem powołaliby sieć franczyzowych lokali pod pompatyczną nazwą „Srebrny półmisek”. Ale co można by znaleźć na tym półmisku? Wiadomo: drobno posiekana cebula. Do tego kanapka z jajkiem i flądra ze smażalni na Helu, a za szkolenie wykidajłów odpowiadałby poseł Tarczyński. No dzięki.

Mniejsza teraz o PiS, to Agora ma odwagę przecierać szlak jako pierwsza. Rozważania nad menu to dopiero połowa jej kłopotów, dochodzą pytania, czy podawać alkohol (i jaki, szczególnie w Warszawie), spory o koncesje, o design lokali, nawet o naczynia: jednorazowe, przeznaczone do recyklingu, czy klasycznie porcelit? Czy toalety tylko gender-neutral? Jak traktować palaczy? Czy napiwki nikomu nie będą uwłaczać? Co z jadłospisem w tzw. wigilię? czy tego dnia, raz w roku, w sieci restauracji można będzie zjeść schabowy, czy przeciwnie, Agora jak w roku 2001 zaproponuje tego dnia sianko?

Wiele niewiadomych, wiele dylematów. Nie wątpię, że czas do jesieni tego roku, kiedy to ma zostać otwarty pierwszy lokal sieci, upłynie na gorączkowych naradach. Aż wreszcie pojawi się miejsce, gdzie w spokoju ducha można będzie zamówić sałatkę, kotletkę i deserkę. I kto wie, który redaktor podejdzie do stolika – sprężyście, z notesem i w fartuszku z falbankami, które chwilami nerwowo miął będzie w palcach?

Dr historii, o XX-wiecznych Bałkanach, Polsce i emigracji rosyjskiej pisuje od „Aspen Review” po „Teologię Polityczną”. Do stycznia 2017 r. redaktor magazynu „Plus Minus”. Lubi sielanki.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz