Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

„Kochajmy się!” nie wystarczy

Prezydent Andrzej Duda w swoim orędziu wezwał polityków do zakończenia wojny polsko-polskiej. Jego własna postawa jest jednak nadal zbyt chwiejna, by ktoś potraktował to wezwanie poważnie

Odnoszę wrażenie, że orędzie prezydenta Andrzeja Dudy przed Zgromadzeniem Narodowym z okazji 150. rocznicy urodzin Józefa Piłsudskiego przegrywa w mediach nierówną walkę z 4563. odcinkiem telenoweli pt. „rekonstrukcja rządu”. I, prawdę mówiąc, trudno się dziwić, bo przemówienie to składa się w większości z gładkich, okolicznościowych sformułowań. Gorycz budzą słowa, z którymi można się zgodzić, choć trudno do końca brać je za dobrą monetę w sytuacji, w której się znajdujemy. Kontrowersje wzbudzają także okoliczności, w których padają.

Zacznijmy od tych okoliczności. Prezydent wybrał właśnie tę rocznicę do inauguracji obchodów roku poprzedzającego stulecie odzyskania niepodległości. Niby wszystko się zgadza – Marszałek jest jednym z twórców odrodzenia naszej państwowości, był naczelnikiem państwa, gdy decydowało się jego „być albo nie być”. I był wówczas właściwym człowiekiem na właściwym miejscu, bez jego ówczesnej – podkreślam, ówczesnej – umiejętności godzenia różnych sił politycznych mogłaby w kraju wybuchnąć komunistyczna rewolucja lub wojna domowa między siłami lewicy i prawicy. Dobrze też, że Andrzej Duda wspomniał o innych ojcach niepodległości, takich jak Roman Dmowski, Wincenty Witos czy Ignacy Jan Paderewski. Bez nich też nie byłoby II RP.

To wszystko w dziwaczny sposób splata się jednak z głównym przesłaniem orędzia, jakie można streścić w słowach: „kochajmy się”. Prezydent mówi, że „nikt już nie pamięta nazwisk parlamentarzystów z okresu międzywojnia, którzy tu, w tym gmachu, dopuszczali się gorszących ekscesów i wypowiedzi nielicujących z powagą sprawowanej przez nich funkcji”. Zapewne pamięta je mniej osób niż niezgodne z prawem spacyfikowanie przez policję posłów przeszkadzających w przemówieniu J. Piłsudskiego z okazji inauguracji Sejmu w 1928 roku – podobnie jak wyzywanie przez samego Marszałka posłów od „zafajdanych istot” czy „złośliwych małp”, które z pewnością także nie licowało z powagą byłego naczelnika państwa i premiera. Józef Piłsudski jest jedną z ostatnich osób, która mogłaby patronować zgodzie narodowej w wolnym już państwie.

Głoszenie morałów parlamentarzystom nadal bardziej przypomina czytanie górnolotnego wypracowania na forum klasy niż głos autentycznego autorytetu

Andrzej Duda także do takich osób nie należy – z powodu swojej chwiejności. Gdy mówi, że „nadeszła pora, aby istotą naszego życia publicznego przestało być nieustanne, wyniszczające starcie wrogich plemion”, że „czas na rzeczową debatę w gronie rodaków” lub że „Polska nie jest niczyją własnością. Polska nie jest nawet naszą własnością, naszego pokolenia. My tylko jesteśmy jej wybrańcami, jej sługami i opiekunami”, nie mogę zapomnieć, że jest w końcu częścią obozu obecnie rządzącego. Obozu, który działa, jakby uważał Polskę za swoją własność i realizuje swoją agendę, nie oglądając się na obowiązujące prawo i zdanie krytyków. O „bezwzględnym respektowaniu swobód obywatelskich” mówi człowiek, który brał udział w rozbrajaniu Trybunału Konstytucyjnego, bez którego obrona tych swobód jest o wiele trudniejsza. Z jednej strony apeluje o rozwagę, z drugiej nie widać, by szczególnie przejmował się tym, co robi PiS z jego projektami ustaw sądowych (nb. niezmieniającymi co do zasady wiele w stosunku do zawetowanych przez niego ustaw o KRS i SN).

Można zaobserwować pewną ewolucję w pełnieniu przez Andrzeja Dudę swojego urzędu – od notariusza swojej partii po człowieka, który przynajmniej próbuje prowadzić własną politykę. Ale głoszenie morałów parlamentarzystom nadal bardziej przypomina czytanie górnolotnego wypracowania na forum klasy niż głos autentycznego autorytetu. Chciałbym, by w końcu tak właśnie zabrzmiał, bo wojna polsko-polska jest jałowa i wyniszczająca. Ale do tego potrzeba jeszcze więcej czynów ze strony prezydenta, które pokazałyby, że głoszone przez niego ideały mają potwierdzenie w praktyce.

Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem", "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku" oraz "Mała degeneracja". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “„Kochajmy się!” nie wystarczy”

  1. Trrrrr pisze:

    Bardzo mi przykro, że redaktor naczelny “Nowej Konfederacji” wykazuje ignorancję, podobną innym komentatorom życia politycznego. Po tym piśmie spodziewałbym się jednak wyższego poziomu i więcej rozwagi. Cytując:

    “Jestem prawnikiem z 34 letnim stażem zawodowym.

    Wykonuję zawód, którego motto brzmi: lex est quod notamus – to co piszemy, stanowi prawo.

    Jestem notariuszem Rzeczypospolitej i jestem z tego dumny.

    Dlatego też nie mogę przejść obojętnie obok od miesięcy słyszanych słów, wypowiadanych przez różne osoby, z różnych partii politycznych, używających pojęcia “NOTARIUSZ” jako odpowiadającego określeniu kogoś jako bezwolnego, działającego bez przemyślenia, wykonującego decyzje osób trzecich i pozbawionego własnego zdania.

    Tak często wypowiadane słowa: “Pan Prezydent jest NOTARIUSZEM Prawa i Sprawiedliwości…”

    I nie dotykam tutaj kwestii, czy faktycznie Pan Prezydent, jak pragną to wyrazić osoby wypowiadające te słowa, faktycznie wykonuje decyzje innych osób, nie analizując skutków swoich decyzji, bo nie to jest przedmiotem moich rozważań.

    Istotnym dla mnie jest, że słowo “notariusz” używane jest wręcz jako obelga, dla podkreślenia umniejszenia wartości osoby, która tak się określa.

    I na to nie mogę się zgodzić.

    Pojęcie notariusz, zakorzenione w systemie ochrony prawa w naszym kraju, przez lata stało się synonimem rzetelności, kompetencji i profesjonalizmu osób, ten zawód wykonujących.

    Taki jest właśnie powszechny odbiór tego zawodu i jego pozycji pośród zawodów prawniczych. Od lat również ten właśnie prawniczy zawód cieszy się największym zaufaniem obywateli Rzeczpospolitej. I na marginesie tylko należy wspomnieć, że właśnie polski notariat cieszy się chyba najmniejszą w Europie ilością uchylonych aktów notarialnych, wyrażającą się w promilach, co wskazuje na najwyższy profesjonalizm osób go wykonujących. I z tego też jesteśmy dumni.

    Wyrażam zatem stanowczy protest i oburzenie, że określenie “notariusz” staje się w ustach prominentnych polityków synonimem kogoś, kto bezwolnie wykonuje czyjeś polecenia.

    Apeluję do wszystkich tych, którym na myśl przyjdzie używać w jakimkolwiek kontekście, w dyskursie politycznym, terminu “notariusz”, o chwilę refleksji zanim wypowiedzą to słowo.

    Język polski jest bardzo bogaty i zawiera nadzwyczaj wiele słów, którymi można oddać swoje myśli. Szukajcie zatem innych określeń którymi będziecie potrafili je oddać, bo z pewnością nie jest to termin “notariusz”, który w odczuciu obywateli naszego kraju kojarzy się z bezstronnością i rzetelnością.

    O to proszę.”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz