Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Jak uczyć w domu i nie zwariować?

Co zrobić, żeby przezwyciężyć choć część trudności związanych z nauką dzieci w domu podczas epidemii? W przygotowaniu poniższych rekomendacji pomogli mi rodzice dzieci w edukacji domowej, nauczyciele i sami uczniowie

– To ile wam dziennie zajmuje czasu ta cała szkoła? – zapytałam ucznia 7 klasy szkoły podstawowej w Grudziądzu.

– A to zależy. Czasami to dwie minuty, bo tylko coś muszę kliknąć. A czasami to długo, nawet ze dwie godziny…

Naturalnie ta informacja przywodzi na myśl refleksję, że chyba nie najlepiej idzie ta nauka w domu. I w tym przypadku z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że tak właśnie jest – że ani nauczyciele, ani uczniowie tej szkoły nie wznoszą się na wyżyny swoich możliwości.

Są jednak sytuacje, w których taki stosunkowo niedługi czas poświęcony na realizację podstawy programowej nie musi oznaczać, że dziecko uczy się mało. Wielu rodziców, którzy wybrali dla swoich dzieci edukację domową zamiast tradycyjnej szkoły mówi, że na przerobienie materiału, który w szkole realizuje się w ciągu 5-6 godzin, w domu wystarczy 1,5 godziny. Jak to możliwe? W szkole na każdą 45-minutową lekcję przypada około 15 minut nicnierobienia (zajmowanie miejsc, sprawdzanie listy, zgłaszanie nieprzygotowań, sprawdzanie prac domowych), a pozostałe 30 minut wykorzystywane jest nieefektywnie (odpytywanie jednego spośród dwudziestu-trzydziestu uczniów, różnego rodzaju zakłócenia itd.). Dobra wiadomość jest więc taka, że efektywne przeprowadzenie nauki w domu, nawet przy ograniczonym czasie, nie jest niemożliwe.

Tyle wprowadzenia. Teraz konkrety ściśle związane z sytuacją, w której znaleźli się rodzice ponad 4,5 miliona uczniów w całej Polsce. Żeby dowiedzieć się, jak to w praktyce wygląda, przeprowadziłam wiele rozmów, zarówno z uczniami, jak i z rodzicami. Ograniczę się do opisania realiów szkół publicznych, prywatne pozostawiając na boku jako nie do końca reprezentatywne.

Największe problemy

Podstawowym problemem, z którym borykają się obecnie rodzice, jest brak czasu. W normalnych warunkach szkoła, oprócz edukacyjnej, pełni też w wielu przypadkach funkcję przechowalni dzieci, więc aktualna sytuacja jest dla zapracowanych ojców i matek bardzo trudna. Większość z nich musi teraz „jednocześnie” pracować i zajmować się swoimi pociechami, w tym, o zgrozo, ich edukacją.

Trzeba wprowadzić w domu jakąś formę organizacji pracy i kontroli efektów. Najlepiej, żeby „kontrolującym” nie był rodzic, ale samo dziecko

Szkoły, nawet najlepiej zorganizowane, nie są w stanie wziąć na siebie ciężaru utrzymania dyscypliny wśród uczniów siedzących w domach. Prawda jest taka, że wiele z nich nie jest też w stanie zapewnić odpowiedniego wsparcia w nauce. Nauczyciele wielu placówek zarzucili rolę wykładowców, mentorów. Ograniczają się do wysyłania rodzicom mailowo zadań z podręczników. Jedna z mam, z którymi rozmawiałam, skarżyła się, że nauczyciele jej kilkunastoletnich dzieci potrafią wysłać do niej siedemnaście wiadomości jednego dnia, większość z nich po godzinie 21. Swoją drogą treść wiadomości, w tym znajomość polszczyzny, pozostawia naprawdę wiele do życzenia. Inna rozmówczyni zwróciła mi uwagę na to, że wiadomości od nauczycieli do rodziców najczęściej zawierają kilkugodzinny termin realizacji, np. w wiadomości z 8:00 rano nauczyciele zlecają uczniom, via skrzynki mailowe ich rodziców, wykonanie wskazanych zadań do godziny 12:00. To absurd, zważywszy na to, że w warunkach domowych często niemożliwe (ale też nieefektywne, o czym za chwilę) jest utrzymywanie reżimu „dnia szkolnego”.

Dodatkowym problemem jest brak umiejętności cyfrowych nauczycieli. Gdyby byli choć trochę obyci z siecią, byliby w stanie znajdować atrakcyjne materiały do nauki. Internet jest ich pełen. Niestety, najczęściej kończy się na wspomnianym przesyłaniu stron z podręcznika do przeczytania i zadań do rozwiązania. To oczywiście skutkuje brakiem zainteresowania i motywacji ze strony dzieci i młodzieży.

A skoro uczniowie nie są zainteresowani nauką, to robią to, co robić najłatwiej: spędzają czas przed telewizorem, konsolą, ekranem smartfona, komputera czy tabletu skrolując media społecznościowe, grając w gry i prawdopodobnie, co gorsza, natrafiając na treści pornograficzne, agresywne, wulgarne.

W takim scenariuszu szczęściem w nieszczęściu może być kolejny „problem”, który dotyka wielu rodzin w Polsce – mianowicie niewystarczająca liczba komputerów w domu. Nie ma właściwie żadnego powodu, dla którego każde z dzieci w rodzinie powinno mieć własny komputer. Wręcz przeciwnie, jak pisałam kilka miesięcy temu w artykule „Ratujcie mózgi swoich dzieci”, badania amerykańskie, brytyjskie, rumuńskie i portugalskie wykazały zgodnie, że dostęp do komputerów i internetu sprawia, że uczniowie, zamiast się edukować, poświęcają swój czas na elektroniczne rozrywki, a ich wyniki w nauce się pogorszają.

Ostatni problem, jaki warto wymienić, to kwestia samodyscypliny dzieci, która jest niezbędna w sytuacji, gdy nikt nie stoi nad ich głowami, pilnując, czy na pewno zajmują się nauką.

Dobre rady

Co w takim razie robić, żeby przezwyciężyć chociaż część ze wspomnianych trudności? W przygotowaniu poniższych rekomendacji pomogli mi rodzice dzieci w edukacji domowej, nauczyciele i sami uczniowie. Podstawowym założeniem jest to, że rodzice mają chęć zainteresować się edukacją swoich dzieci.

Po pierwsze: zasady

Trzeba wprowadzić w domu jakąś formę organizacji pracy i kontroli efektów. Najlepiej, żeby „kontrolującym” nie był rodzic, ale samo dziecko.

– My mamy w domu taką tabelkę, w której każde dziecko ma zapisane zadania codzienne: angielski, hiszpański, matematyka, pisanie, czytanie i trening. Dzieci do godziny 18:00 każdego dnia mają wykonać dowolne zadanie w tym zakresie. Ja w ciągu dnia przypominam tylko, ile godzin zostało do 18:00 i co jeszcze mamy rodzinnie w planie, żeby mieli obraz sytuacji. Odkąd zrobiliśmy tabelkę i zaczęli sami zarządzać swoim czasem, współpraca jest dużo łatwiejsza – powiedziała mi mama piątki dzieci, w tym dwójki w edukacji domowej.

– Mam świadomość, że rodzice pracują w domu. Dziecku jednak potrzebny jest czas, bo nie zawsze zrozumie od razu dany temat czy zagadnienie. Dlatego dobrze jest ustalić ramy czasowe w ciągu dnia, kiedy rodzic jest do dyspozycji dziecka, kiedy dziecko może przyjść po pomoc, nie obawiając się, że będzie przeszkadzać – doradziła nauczycielka jednej z warszawskich szkół podstawowych. Takie rozwiązanie porządkuje zarówno pracę rodzica, jak i dziecka, wprowadzając pewną regularność i punkt odniesienia.

Gotowanie można wykorzystać do nauki liczb, miar, wag. Grzebanie przy rowerze – do zrozumienia niektórych praw fizyki, prace ogrodnicze – do nauki przyrody, a wspólna lektura na pozór niezrozumiałych dla dzieci treści potrafi otworzyć wiele klapek w mózgach młodzieży i połączyć naukę polskiego z historią, wiedzą o społeczeństwie czy biologią, zależnie od zawodu rodzica

Po drugie: indywidualne uwarunkowania

Jeżeli szkoła daje taką możliwość, nie wysyłając zadań na określone godziny, należy dopasować plan nauki do preferencji i możliwości dzieci i rodziców. Sen jest ważny, a fakt, że nie ma potrzeby zrywać dzieci z łóżek o świecie, może dać rodzicom większą przestrzeń do spokojnej pracy, a dzieciom do wypoczynku przed nauką. Być może nauczyciele dadzą się przekonać do racjonalizacji i zgodzą się wysyłać zadania z większym wyprzedzeniem lub bardziej elastycznym terminem, tak aby rodziny mogły niezależnie od szkoły planować swoje aktywności. Jednym z atutów edukacji domowej jest właśnie wyzwolenie się ze sztywnego gorsetu zajęć szkolnych i dopasowanie nauki do indywidualnych uwarunkowań.

Po trzecie: holistyczne podejście

Charakterystyczne dla szkoły sztywne rozgraniczenie przedmiotów nie musi bez przerwy towarzyszyć nauce w domu. Oczywiście zadania domowe trzeba zrobić, ale na co poświęci się resztę czasu – zależy już od rodziców. Klasycznym pomysłem na połączenie kilku dziedzin i rodzajów umiejętności jest wciąganie dzieci w aktywności dorosłych: gotowanie, majsterkowanie, prace w ogródku, sprzątanie, przygotowywanie balkonu na wiosnę, czy nawet czytanie „dorosłych” książek i artykułów, albo objaśnianie, czym zajmują się rodzice w pracy – to doskonałe sposoby na naukę. Dzieci nigdy nie uczą się lepiej niż podczas naśladowania rodziców.

Gotowanie można wykorzystać do nauki liczb, miar, wag. Grzebanie przy rowerze – do zrozumienia niektórych praw fizyki, prace ogrodnicze – do nauki przyrody, a wspólna lektura na pozór niezrozumiałych dla dzieci treści potrafi otworzyć wiele klapek w mózgach młodzieży i połączyć naukę polskiego z historią, wiedzą o społeczeństwie czy biologią, zależnie od zawodu rodzica. Takie zaangażowanie w rozmaite prace, zamiast ślęczenia nad zeszytem czy przed ekranem komputera ma też tę zaletę, że uwzględnia wykorzystanie innych części ciała niż jedna dłoń, a to z kolei nie tylko dobrze wpływa na zdrowie dzieci, ale też pobudza pracę mózgu, sprawiając, że informacje są przetwarzane głębiej i na kilka sposobów, a w konsekwencji są lepiej zapamiętywane. Dla naukowców zajmujących się procesem uczenia od dawna nie jest tajemnicą, że jeśli do nauki posługujemy się tylko kliknięciem myszki, to uczymy się gorzej, niż gdybyśmy dany wyraz napisali w całości na kartce, a z kolei napisanie na kartce to mniej niż dotknięcie przedmiotu, wykonanie z nim kilku czynności i przekonanie się na własnej skórze, jak coś działa. Chodzi o głębokość przetwarzania informacji. Wszystkie urządzenia, które skracają procedurę przetwarzania nowej informacji i spłycają naszą interakcję z nią, sprawiają, że gorzej ją zapamiętujemy.

Jedną z najważniejszych zasad, jeśli chcemy nie tylko przetrwać, ale i czegoś nasze dzieci nauczyć, jest zachowanie dyscypliny i higieny umysłowej wszystkich członków rodziny

Po czwarte: świat naszych dzieci nie kończy się na rodzicach i nauczycielach

Zwłaszcza w czasie, kiedy nasze kontakty społeczne są mocno ograniczone, kultywowanie więzi z rodziną i przyjaciółmi wydaje się potrzebne. I tutaj już technologia się przyda. W wyjaśnieniu zawiłości chemii może pomóc ciocia-farmaceutka, poczytać po angielsku może przysłowiowy wujek z Ameryki, o biologii chętnie opowie babcia-pielęgniarka. Jeśli uda się doprowadzić do tego, że nasi znajomi i rodzina zaangażują się choćby w najmniejszych stopniu w edukację naszych pociech, wygrywamy na trzech płaszczyznach: po pierwsze dziecko uczy się od praktyka, co zawsze jest ciekawsze, po drugie – podtrzymujemy relacje towarzyskie, po trzecie – rodzice znów zyskują czas dla siebie.

Po piąte: dajmy im trochę luzu

Wolny czas sprzyja wyobraźni. Jeśli tylko nie zostanie wykorzystany do gapienia się w telewizor albo granie na konsoli, można z dużym prawdopodobieństwem przypuszczać, że dzieci pozostawione same sobie na popołudnie z poleceniem przygotowania niespodzianki dla całej rodziny będą w stanie wymyślić coś naprawdę ciekawego. Można poprosić je np. żeby stworzyły program edukacyjny dla rodziców, grę terenową w przestrzeni domowej, specjalny posiłek albo konkurs czy zawody sportowe. Takie zadania, z pozostawieniem pełnej swobody co do tematu i sposobu realizacji (ale z możliwością otrzymania wsparcia rodzica w wyznaczonych porach) mogą mieć zbawienny wpływ na motywację dzieci i na więzi wewnątrz rodziny.

Warto spróbować

Już tych kilka bardzo prostych propozycji może znacząco wpłynąć zarówno na efektywność nauki dzieci, jak i na stan psychiczny rodziców. Niektóre z nich pewnie na pierwszy rzut oka wydają się przekombinowane czy uciążliwe, ale w praktyce, jeśli rodzice w jakimś stopniu już wcześniej interesowali się edukacją swoich pociech, nie wymagają one istotnych zmian w ilości czasu poświęconego dzieciom. Mogą też wprowadzić trochę świeżości do naszego życia w czterech ścianach, więc choćby dla urozmaicenia warto je wypróbować.

Jedną z najważniejszych zasad, jeśli chcemy nie tylko przetrwać, ale i czegoś nasze dzieci nauczyć, jest zachowanie dyscypliny i higieny umysłowej wszystkich członków rodziny. Wyobraźmy więc sobie, że utknęliśmy niczym Ernest Shackleton w 1915 roku w okolicach Antarktydy. Jest minus 30 stopni, a naszym celem jest wytrwanie przy życiu i powrót do domu, razem z całą 28-osobową załogą. Co robimy? Pilnujemy porządku dnia i utrzymujemy morale na wysokim poziomie. W naszym przypadku oznacza to na przykład, że jemy wspólnie śniadania, obiady i kolacje o wyznaczonych porach. Regularnie uprawiamy sporty, dbamy o siebie, gotujemy, zajmujemy się domem, roślinami i zwierzętami, urządzamy zabawy, koncerty, zawody, czytamy książki, komiksy, oglądamy filmy, różnicujemy sobie rozrywki, realizujemy postawione sobie zadania. I oczywiście uczymy się. Przejawy buntu i objawy demotywacji staramy się tłumić w zarodku. Inaczej nasza wyprawa transantarktyczna nie zakończy się tak szczęśliwie jak wyprawa Shackletona. Powodzenia!

Członek zespołu Nowej Konfederacji. Zawodowo zajmuje się public relations, public affairs, media relations, fundraisingiem i koordynacją projektów. Pracowała dla agencji PR, polityków, organizacji pozarządowych i szkół językowych. Ukończyła filologię polską i nauczanie języka angielskiego na Uniwersytecie Warszawskim. Kilkukrotna medalistka Mistrzostw Polski w lekkiej atletyce.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz