Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Jak partie mogą budować polską soft power na Wschodzie

Aby stworzyć skuteczną politykę regionalną, potrzebujemy zaangażowania wykraczającego poza to uprawiane oficjalnymi dyplomatycznymi kanałami

Aby stworzyć skuteczną politykę regionalną, potrzebujemy zaangażowania wykraczającego poza to uprawiane oficjalnymi dyplomatycznymi kanałami

Rok temu mogliśmy obserwować, jak wobec pogarszającej się sytuacji politycznej na Ukrainie na polskiej scenie politycznej doszło do bezprecedensowego zawieszenia broni. W czasie sejmowej debaty Jarosław Kaczyński oklaskiwał Donalda Tuska i vice versa. Z perspektywy czasu wydaje się, że tak jak wszystkie ruchy przywódców zwalczających się plemion i te gesty podyktowane były nie racją stanu, a jedynie stanowiły reakcję na krótkotrwałe oczekiwanie opinii publicznej. Tymczasem właśnie konsensus na rzecz tworzenia skutecznych narzędzi dla polskiej polityki wschodniej i regionalnej powinien być tym, co wykracza poza dychotomiczny, partyjny spór.

W niedawnym numerze „Nowej Konfederacji” rozważaliśmy warianty tworzenia „polskiej mocarstwowości”. W artykułach, z których zasadniczym kierunkiem trudno się nie zgodzić, zabrakło wyjaśnienia powodów, dlaczego polska polityka w regionie pozostaje od lat nieskuteczna. Bez tej diagnozy i wyciągnięcia z niej wniosków trudno skutecznie zrealizować choćby najsłuszniejszą koncepcję. Twierdzę, że są dwa powody zasadnicze powody nieudolności polityki wschodniej.

Brakujące narzędzia

Po pierwsze, w sensie instytucjonalnym po prostu nie stworzyliśmy narzędzi do prowadzenia skutecznej polityki. Niech uproszczonym symbolem tego, jaką rolę myślenie o tworzeniu instytucji zdolnych do rozumienia i kreowania polityki zagranicznej zajmuje w głowach polskich elit, będzie proste zestawienie budżetowe. Na Ośrodek Studiów Wschodnich im. Marka Karpia, jedną z nielicznych instytucji publicznych, o której panuje dość powszechne przekonanie, że nam się po 1989 roku udała, przeznaczono w budżecie na 2014 r. 9,1 miliona złotych. Tymczasem przykładowo na działalność Polskiej Organizacji Turystycznej wydaliśmy w 2013 r. ponad 39 milionów złotych z budżetu państwa i kolejne 52,5 miliona ze środków europejskich. Z kolei w 2014 na sejmowe partie polityczne (PO, PiS, PSL, SLD i Twój Ruch) wydaliśmy 54 miliony złotych.

Co zatrważające, w ciągu roku od EuroMajdanu, nie pojawił się żaden istotny postulat instytucjonalnego wzmocnienia narzędzi do realizowania tej polityki. Za przywołanym spektaklem wzajemnych oklasków nie poszły – choć mogły – ani postulaty dofinansowania OSW, ani pomysły na poprawę kształcenia na kierunkach wschodoznawczych czy internacjologicznych, ani wreszcie koncepcja systemowego zaangażowania ich najlepszych absolwentów na rzecz polskiej racji stanu. Uczciwość każe odnotować pozytywnie się na tym tle wyróżniające uruchomienie kilku dodatkowych rządowych konkursów grantowych dla organizacji pozarządowych na zadania w zakresie współpracy polsko-ukraińskiej i poszerzenie „polskiego Erasmusa”, pakietu stypendialnego dla Ukraińców chcących studiować w Polsce. Tyle tylko, że to doraźne działania, a nie instytucjonalna reforma.

Urządowienie

Tu dochodzimy do drugiej zasadniczej słabości naszej polityki wschodniej. Niemal w całości jest dziś ona realizowana przez czynnik rządowy: dyplomatów oraz odpowiednie departamenty innych resortów i instytucji publicznych. To oczywiste, że politykę zagraniczną prowadzi przede wszystkim rząd. Ale też – jest to stanowczo niedostateczne. By skutecznie budować pozycję Polski konieczne jest dziś zaangażowanie liderów NGO, ekspertów niezależnych think tanków i, last but not least, działaczy partii politycznych.

Rzecz w tym, że jest to dziś możliwe tylko w tym zakresie, w jakim przedstawicielom tych tytularnie pozarządowych instytucji uda się pozyskać środki bądź to od rządu polskiego, bądź pośrednio od rządu jakiegoś innego państwa. W zakresie działania na arenie międzynarodowej trudno więc nazywać organizacje trzeciego sektora „pozarządowymi”.

Co zatrważające, w ciągu roku od EuroMajdanu, nie pojawił się żaden istotny postulat instytucjonalnego wzmocnienia polskiej polityki wschodniej

Właśnie z powodu systemu finansowania nasza obecność na Wschodzie jest w najlepszym wypadku jednonurtowa, a w praktyce – często „niepolityczna”. Podejmowane inicjatywy mają najczęściej charakter charytatywny, edukacyjny czy „proeuropejski”. Na budowanie politycznych relacji, politykę historyczną czy budowanie więzów intelektualnych brakuje pieniędzy, czasu i odwagi.

Czas wykorzystać partie

Półtora roku temu na łamach portalu Eastbook Paweł Purski opublikował niezwykle cenny esej pod wiele mówiącym tytułem „To nie jest kolejny tekst o Giedroyciu”. Autor zwracał uwagę, że realizacji polskich interesów na Wschodzie nie służy ani nieustanne rozprawianie nad ideami i sporami sprzed lat, ani tym bardziej zrzeczenie się polskiej polityki wschodniej na rzecz mitycznej „unijnej polityki wschodniej”. Zwracał uwagę na fasadowość strategii grantowej polskiego rządu („W błędzie są ci, którzy twierdzą, że społeczeństwo obywatelskie powstaje dzięki szkoleniom na temat korzystania z mediów społecznościowych”) i pewną perfidię, którą kierują się Amerykanie, Niemcy czy Francuzi wspierając nasze NGO-sy w ich działaniach na Wschodzie („przyznają dofinansowanie polskim NGO, dzięki czemu przyrządzają dwie pieczenie na jednym ogniu: wychowują nad Wisłą pokolenie pozytywnie nastawionych do siebie społeczników i zapewniają widoczność i wpływy swych organizacji, w dłuższej perspektywie przejmując polskie kontakty”).

Purski zadał wówczas istotne pytanie o rolę polskich partii politycznych, które „przecież co roku pobierają subwencje z budżetu państwa, które milionami złotych zalegają potem na kontach partyjnych”.

Ograniczona, ale inspirująca debata wokół tekstu odbywała się latem 2013 roku, czyli na kilka miesięcy przed EuroMajdanem. Wówczas słuszna idea zachęcenia partii do przeznaczenia części swoich pieniędzy na działalność na Wschodzie wydawała mi się całkowitym political fiction.

Wojna na Ukrainie powinna jednak zmienić myślenie polskich elit o 180 stopni. Coraz poważniejsze zagrożenie wojną hybrydową w kolejnych państwach, nasilająca się propaganda rosyjska i wreszcie kompromitacja unijnej polityki wschodniej powinny skłonić partie do poważnej refleksji nad propozycją zaangażowania partyjnych pieniędzy na Wschodzie. Zwłaszcza, że specyfika rozpoczętego roku wyborczego sprawia, że stoimy przed wyjątkową okazją, by partie do takiego ruchu nakłonić.

Można bowiem ubolewać, że polskie elity tak chętnie realizują projekty za pieniądze podatników np. zza Odry. Dużo mądrzej byłoby jednak – idąc tokiem myślenia wyrażonym przez Michała Kuzia w znakomitym eseju z grudniowego numeru „NK” – uczyć się od Niemców i zbudować narzędzia do skutecznego oddziaływania polskich partii na elity na Wschodzie.

25 proc. partyjnego budżetu na polski wymiar Partnerstwa Wschodniego

Obszarem oddziaływania takiego programu powinny być kraje Partnerstwa Wschodniego, a więc Armenia, Azerbejdżan, Białoruś, Gruzja, Mołdawia i Ukraina. Te państwa w największym stopniu są dziś narażone na oddziaływanie rosyjskiej, antypolskiej i antyeuropejskiej propagandy. Rozpoczęcie w tych krajach działalności polskich partii i ich zaplecza byłoby znakomitym impulsem dla ożywienia zainicjowanego przez Polskę i Szwecję programu. Istnienie Partnerstwa Wschodniego jest znakomitym argumentem do prowadzenia w tych państwach działalności przez polską elitę polityczną. Wreszcie wykorzystanie tego klucza powinno uchronić nas również przed ewentualnym zarzutem „kolonizatorskiego” podejścia do tych państw, z czym z pewnością spotkalibyśmy się, inicjując analogiczne działania w państwach bałtyckich czy krajach Grupy Wyszehradzkiej.

Oczywiście modelowo byłoby znakomicie, gdyby wzorem niemieckich fundacji politycznych działalność taka nie ograniczała się jedynie do sześciu państw Partnerstwa. Realnym ograniczeniem są jednak finanse. Sensowną propozycją wydaje się postulat wydatkowania przez partie 25 proc. otrzymywanej subwencji na działalność w tych państwach. Postulat przekazywania takiej części wydatków na działalność ekspercką pojawiał się w projektach ustawy o fundacjach politycznych, ostatecznie zgłoszonej w tej kadencji przez posłów Platformy Obywatelskiej, ale do dziś niegłosowanej. W praktyce oznacza to budżet ok. 13,5 miliona złotych. To kwota, która po podzieleniu na kilka (dziś: pięć) partii i sześć państw pozwalałaby na prowadzenie przez każdą z formacji w każdym w państw może nieimponujących, ale konkretnych przedsięwzięć.

Każdej z partii należy pozostawić pewną dowolność, wynikającą choćby ze specyfiki regionu i różnych pomysłów na budowę naszej politycznej obecności w innych krajach. Od decyzji partii powinno zależeć, czy będą w państwach Partnerstwa Wschodniego otwierać partyjne instytuty wzorem niemieckich fundacji politycznych, budować w Polsce silne zaplecze ekspertów ds. wschodu, aktywnie działające „w terenie” (seminaria, szkolenia, doradztwo, uczestnictwo w grupach roboczych etc.), przyznawać granty tamtejszym NGO-som (znów: na wzór niemieckich instytucji typu Fundacja Adenauera czy Eberta), czy dofinansowywać już dziś działające na Wschodzie polskie NGO-sy.

Pić wódkę w Kijowie i Tbilisi

Nawet, gdy politycy zdecydują się jedynie mocno zaktywizować „polityczną turystykę na Wschód”, to i tak uczynimy krok w przód. Polityka to również, a być może – w postkomunistycznym kręgu kulturowym – przede wszystkim, wspólne picie wódki przez przedstawicieli elity czy przyszłej elity. Ostatecznie lepiej, by młodzieżówka partyjna PO imprezowała w Kijowie z młodzieżówkami ukraińskich, proeuropejskich partii, niżby te same pieniądze wydawano na imprezy we własnym gronie w warszawskim lokalu go-go, już bez Ukraińców. Zakładam jednak, może naiwnie, że zobligowani do wydatkowania dużych środków na politykę na Wschodzie politycy spróbują chociaż stworzyć poważne, silne instytucje i zaplecze eksperckie dla swoich formacji.

Najważniejszym argumentem na rzecz takiego systemu jest upolitycznienie naszych relacji z partnerami z Mołdawii, Gruzji czy Ukrainy i uczynienie ich realnie wielowektorowymi. Oficjalna dyplomacja na pewne działania pozwolić sobie nie może. Tymczasem, gdy prowadzić będziemy politykę także za pośrednictwem partii, to nikogo nie będzie dziwić, że przykładowo Prawo i Sprawiedliwość będzie inwestować w politykę historyczną na Ukrainie, a Twój Ruch wesprze aktywistów LGBT w Azerbejdżanie. Wówczas, maszerując w osobnych kolumnach, politycy tak różnych formacji jak partie Kaczyńskiego i Palikota – będą wspólnie zbliżać Polskę do celu, jakim jest rozwój nastawionych pozytywnie do nas elit na obszarze dawnego Związku Sowieckiego.

Gdyby partie zdecydowały się realnie budować swoją aktywność w sześciu państwach Partnerstwa, to politycznie bylibyśmy dużo lepiej przygotowani do kolejnych politycznych zawirowań w regionie.  Bez względu na to, jak bardzo niespodziewanie potoczyłyby się wydarzenia polityczne w którymś z państw, prawdopodobnie na zapleczu polskich partii będzie ktoś, kto elitę obejmującą władzę będzie znał: szkolił ją, brał udział w intelektualnych seminariach czy nawet pił z jej przedstawicielami wspomnianą wódkę. Nie trzeba chyba tłumaczyć, że takie znajomości i wiedza byłyby istotnym wsparciem dla polskich służb dyplomatycznych i jak pozytywnie wpłynęłyby na ciągłość polskiej polityki na Wschodzie.

Sprzyjające okoliczności

Dlaczego twierdzę, że ten program to dziś nie political fiction, ale scenariusz możliwy do realizacji?

Po pierwsze sądzę, że doświadczenia EuroMajdanu, radykalizacja polityki rosyjskiej i postępujący w Rosji kryzys sprawiają, że polscy politycy są gotowi podjąć działania na rzecz aktywizacji naszej obecności w państwach Partnerstwa. To nie zła wola, ale słabość intelektualna zaplecza partii sprawiła, że żadnych działań na rzecz budowy systemowych rozwiązań wzmocnienia naszego wpływu na politykę na Wschodzie nie podjęto.

Po drugie, mamy nasilający się nastrój i poparcie społeczne dla zmiany systemu finansowania polityki. Przekonanie, że system w obecnym kształcie jest nieprzejrzysty i sprzyja marnotrawstwu publicznych pieniędzy jest powszechne. Pod wpływem medialnych doniesień o „garniturach i cygarach” większość partii zadeklarowała chęć likwidacji subwencji i dotacji lub radykalnego ich ograniczenia. To pomysły szkodliwe i populistyczne, ale właśnie one mogą stać się punktem wyjścia do poważnej, eksperckiej i obywatelskiej inicjatywy zmiany. Skoro nic nie wskazuje na to, że znajdzie się większość sejmowa dla całościowej reformy budżetowego finansowania dla partii, to warto zły system zacząć naprawiać choćby na raty.

Maszerując w osobnych kolumnach, politycy tak różnych formacji jak partie Kaczyńskiego i Palikota – mogliby wspólnie zbliżać Polskę do celu, jakim jest rozwój nastawionych pozytywnie do nas elit na obszarze dawnego ZSRS

Po trzecie, sprzyja temu właśnie arytmetyka sejmowa i specyfika roku wyborczego. W tej kadencji złożono pięć projektów dotyczących zmiany systemu finansowania partii: projekt ustawy o fundacjach politycznych i cztery partyjne projekty postulujące likwidację (PO i TR) lub ograniczenie finansowania partii z budżetu (SLD i Solidarna Polska). Choćby z politycznego wyrachowania przed wyborami partie będą dążyły do głosownia w tej sprawie.

Wiemy, że na ograniczenie subwencji ani stworzenie krajowych fundacji politycznych nie ma zgody ani PiS, ani PSL. To sytuacja szczególnie niekorzystna dla PiS, bo konsekwentnie głosując „przeciw” stanie się łatwym obiektem populistycznych ataków. Paradoksalnie jest jednak także niespecjalnie wygodna dla partii rządzącej: choć po ewentualnym głosowaniu w tej sprawie uzyska nowe paliwo do podsycania ataków na PiS, to jednocześnie przyzna się, że kolejny raz nie jest w stanie przekonać do „fundamentalnych” dla tożsamości Platformy reform własnego koalicjanta. W tej sytuacji utworzenie „funduszu wschodniego” powinno być wygodnym dla wszystkich (pewnie poza PSL i SLD, których elektorat jest sprawami wschodnimi mało zainteresowany) kompromisem. Zdolność do współpracy ponad partyjnymi podziałami akurat w zakresie polityki zagranicznej jest mile widziana przez opinię publiczną, a przyjęcie projektu oznaczałoby też realne samoograniczenie się polityków poprzez redukcję ich budżetów na partyjną propagandę i przywileje o 25 proc. W kampanii wyborczej to argumenty nie do przecenienia.

Kiełbasa wyborcza może być zdrowa

Po czwarte, nie bez znaczenia pozostają zbliżające się wybory prezydenckie. Poparcie postulatu stworzenia „funduszu wschodniego” jest idealnym argumentem w przedwyborczym wyścigu. Na podjęciu inicjatywy w obszarze polityki międzynarodowej powinno zależeć każdemu z kandydatów.

W oczywisty wręcz sposób ten pomysł współgra ze sposobem sprawowania urzędu przez prezydenta Bronisława Komorowskiego. Wobec ciekawego, ale niekonkretnego dorobku eksperckiego kończącej się prezydentury przeprowadzenie takiej reformy mogłaby stać się symbolem myślenia o interesie Polski w regionie ponad, a nawet wbrew partyjnej logice. To również nie lada okazja dla Andrzeja Dudy, który mógłby Komorowskiemu „podebrać” nieco z jego znakomicie odbieranego przez Polaków stylu. Gdyby zaś udało mu się przekonać PiS do głosowania za taką inicjatywą, to mógłby w bardzo konkretny sposób udowodnić, że rzeczywiście zamierza być kontynuatorem najlepiej rozumianego dziedzictwa prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Doświadczenie uczy, że właśnie w okresie przedwyborczym trudno partiom nie zagłosować nawet wbrew swojemu interesowi – w obawie przed medialnym linczem. Tak właśnie, głosami egzotycznych koalicji, uchwalono w 2007 roku Ustawę o Karcie Polaka czy podatkową ulgę prorodzinną. Miejmy nadzieję, że w tym roku wyborczym politycy przy okazji wojny o głosy dadzą się namówić na zwiększenie podmiotowość Rzeczpospolitej w regionie.

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY MIESIĘCZNIK IDEI, NR 3 (57)/2015, 4–31 MARCA, CENA: 0 ZŁ
Prezes Klubu Jagiellońskiego, redaktor portalu klubjagiellonski.pl. Ekspert ds. społeczeństwa obywatelskiego. Pracował dla organizacji obywatelskich, instytucji publicznych, biznesu i polityków.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Jak partie mogą budować polską soft power na Wschodzie”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz