Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Jak nie zatruć patriotyzmu. Storge

Szkodliwy patriotyzm rządzonych ułatwia rządzącym złą działalność, podczas gdy zdrowy patriotyzm może ją utrudniać

Ważnym elementem miłości rozumianej jako przywiązanie (storge) jest miłość do ojczyzny. Jest to także temat zaciekłych politycznych i publicystycznych sporów. Ciekawą próbą spojrzenia na różne formy polskiego patriotyzmu jest książka Marcina Napiórkowskiego Turbopatriotyzm. Semiotyk kultury z Uniwersytetu Warszawskiego  zaproponował w niej podział na softpatriotyzm reprezentowany przez lewicę i liberałów oraz turbopatriotyzm, którego wyrazicielem jest prawica (ten ostatni wariant omawiał szczegółowo). Mówiąc językiem symboli: z softpatriotyzmem łączył się czekoladowy orzeł prezydenta Bronisława Komorowskiego, z turbopatriotyzmem – morze flar na Marszu Niepodległości. Nie mam wątpliwości, że obie formy patriotyzmu mają swoje ograniczenia i problemy. Aby zrozumieć, jakie konkretnie, warto wpierw odwołać się do dwóch tekstów brytyjskiego pisarza i filozofa Clive’a Staplesa Lewisa.

Cztery składniki patriotyzmu i „narodowa skrucha”

Lewis w 1960 r. opublikował esej Cztery miłości, w którym odniósł się między innymi do problemu miłości ojczyzny. Brytyjski pisarz wyróżniał cztery składniki patriotyzmu, spośród których dwa uznawał za zdrowe, a dwa kolejne za szkodliwe. Składniki te mogły współwystępować w poglądach różnych ludzi w odmiennych proporcjach.

Pierwszym składnikiem patriotyzmu była dla niego miłość „własnego domu”, „miejsca, w których wzrastaliśmy”. Ten element patriotyzmu kojarzył się Lewisowi z sentymentem do lokalnych dźwięków, zapachów, smaków, krajobrazów, zwyczajów

Pierwszym składnikiem patriotyzmu była dla niego miłość „własnego domu”, „miejsca, w których wzrastaliśmy”. Ten element patriotyzmu kojarzył się Lewisowi z sentymentem do lokalnych dźwięków, zapachów, smaków, krajobrazów, zwyczajów. Była to również miłość do ojczystego języka oraz do ludzi, którzy nas otaczają. W najszerszym rozumieniu chodziło o miłość do Anglii, Walii czy Szkocji (ale nie do Wielkiej Brytanii!). Lewis nie widział żadnych podstaw, ażeby negować tę formę przywiązań. Ten składnik patriotyzmu nie stanowił jeszcze miłości bliźniego w chrześcijańskim rozumieniu tego słowa, lecz, będąc miłością bliźniego w rozumieniu lokalnym, był krokiem we właściwym kierunku. Lewis przestrzegał, że „ci, co nie kochają współmieszkańców swojej wsi czy miasta, ludzi, których widzą, nie zaszli prawdopodobnie daleko na drodze miłości Człowieka, którego nie widzą”. Ten składnik patriotyzmu był inkluzywny. Pozwalał na zrozumienie analogicznych zwyczajów i tradycji innych narodów i – co warto zauważyć – w znacznym stopniu pokrywał się z koncepcją ojkofilii Rogera Scrutona.

Drugim składnikiem patriotyzmu była dla Lewisa pewna specyficzna postawa wobec przeszłości własnej ojczyzny. Brytyjczyk sądził, że przeszłość nakłada na nas pewne zobowiązania, że nie możemy spaść poniżej poziomu wyznaczonego przez przodków. Aby uniknąć tego scenariusza, Lewis występował w obronie narracji o heroicznych czynach danej wspólnoty, pod warunkiem zachowania świadomości, że ta opowieść nie jest tożsama z historią jako dyscypliną naukową, lecz posiada charakter sagi. Autor Opowieści z Narnii był świadom, że historia wspólnot narodowych jest pełna czynów nędznych i haniebnych, lecz zarazem sądził, że możliwe i zasadne jest  zachowanie wzmacniającej roli historii. Innymi słowy – mityczny obraz przeszłości może stanowić realne źródło cnót, które wyschłoby w przypadku jego całkowitego zanegowania.

Patriotyzm szkodliwy zaczynał się zdaniem Lewisa w momencie, kiedy bohaterskie legendy rozpoczynano traktować jako fakty ze szkolnego podręcznika, kiedy heroiczny obraz przeszłości zastępował systematyczne badania historyczne. Prowadziło to jego zdaniem do pojawienia się przekonania, że nasz naród znacząco przewyższa wszystkie inne. Wtedy mogło rozwinąć się także przekonanie, że inne narody nie mają bohaterów.

Liberalno-lewicowe elity regularnie wylewają żale na naród z powodu niechęci do przyjęcia zachodnioeuropejskich modernizacyjnych wzorców

To stanowiło już prostą drogę do czwartego składnika patriotyzmu, czyli misjonistycznego przekonania, że nasz naród posiada specjalne prawa bądź obowiązki wobec innych narodów. Lewis nieco pozytywniej odnosił się do drugiego z podtypów, lecz w istocie obie postawy uznawał za fatalne. Każda z nich jawiła się jako ekspansywna. Obie musiały być groźne, żeby uniknąć piętna śmieszności: „Gdyby nie było zerwanych traktatów z czerwonoskórymi, wytępienia Tasmańczyków, komór gazowych i Belsen, korpusu ekspedycyjnego przeciwko irlandzkim sinnfeinistom i «apartheidu», pompatyczność tych obu postaw byłaby oczywistą farsą”.

Niemal dwie dekady wcześniej, w 1941 r., Lewis opublikował na łamach „Guardiana” krótki esej poświęcony niebezpieczeństwom związanym z narodową skruchą (Dangers of National Repetance). Pisarz odpowiadał w nim na popularną wśród młodych brytyjskich intelektualistów tendencję, aby przepraszać za zło dokonane przez Anglię w okresie I wojny światowej, stanowiące w ich przekonaniu jedną z przyczyn, jakie pozwoliły na późniejszy rozkwit nazizmu. Lewis zwracał w swoim tekście na dwie kluczowe sprawy. Po pierwsze „narodowa skrucha” (specjalnie piszę w cudzysłowie) oparta była na podmienieniu słowa „oni” zaimkiem „my” (rządzący Anglią w 1914 r. = my). Po drugie zaś, to fałszywe podmienienie pozwalało osądzać innych, a jednocześnie samemu przybierać szaty osób bardziej moralnych. W efekcie pokora przekształcała się w pychę.

Nad propozycjami Lewisa można oczywiście dyskutować. Podejrzewam, że drugi z wymienionych składników patriotyzmu (historia rozumiana jako saga) może wywołać polemikę liberałów, trzeci zaś (heroiczna narracja w edukacji) – konserwatystów. Ja jednak proponuję, aby zaproponowaną przez niego koncepcję przyjąć w całości. Aby potraktować ją jako swoisty pryzmat, przez który spróbujemy spojrzeć na formy patriotyzmu prezentowane w polskiej debacie przez dwie zasadnicze strony sporu polityczno-ideowego, które w pewnym uproszczeniu będę opisywał jako liberalną lewicę (softpatriotyzm) i prawicę (turbopatriotyzm).

Softpatriotyzm: elementy ojkofobii i skrucha za (nie)swoje winy

Spoglądając na liberalno-lewicową stronę polskiej debaty nie sposób nie zauważyć problemu z pierwszym składnikiem patriotyzmu. To tam uznanie przynależności do jednej wspólnoty z szerokimi masami Polaków bywa niekiedy kłopotliwe. Liberalno-lewicowe elity regularnie wylewają żale na naród z powodu niechęci do przyjęcia zachodnioeuropejskich modernizacyjnych wzorców. Ile to już razy czytaliśmy narzekania na beneficjentów programu „500+”? Ile to już razy widzieliśmy gołosłowne deklaracje o emigracji po kolejnych przegranych przez opozycję wyborach? Tej niechęci do pewnej formy polskości nie można zrzucić na klasizm, ani nawet na sprzeciw wobec polityki pewnych ugrupowań. Wydaje się, że to coś głębszego. W Pokocie Agnieszki Holland polska prowincja jawi się jako wylęgarnia krwiożerczych myśliwych, ściśle powiązanych z lokalnym Kościołem (w jednej z kluczowych scen podczas mszy na ołtarzu leży upolowany dzik). W Pokłosiu Władysława Pasikowskiego samotny poszukiwacz prawdy o losie pomordowanych Żydów (w tej roli Maciej Sthur), zostaje w akcie zemsty ukrzyżowany przez okolicznych mieszkańców. Scena odbywająca się w rzeczywistości imitującej lata dziewięćdziesiąte (sic!) ma oczywiście symbolizować pokłady polskiego antysemityzmu.

Polska prowincja jawi się jako narodowo-katolicki zaścianek. Czasem antysemicki, kiedy indziej wrogi wobec przyrody. Te obrazy są tak przerysowane i groteskowe, że każą przynajmniej zastanowić się nad zasadnością zaproponowanego przez Scrutona pojęcia ojkofobii rozumianego jako „wyparcie się domu”. Nie sposób przy tym zgodzić się z wygłaszanym niekiedy w dyskusjach przez liberalnych i lewicowych intelektualistów twierdzeniem, że ojkofobia nie istnieje, a realnym zjawiskiem jest jedynie patriotyzm krytyczny (nietrudno zauważyć, że przy takim założeniu liberalna lewica w każdej krytyce własnej wspólnoty zachowuje moralną słuszność). Prawdą natomiast jest, że prawica wykazuje tendencję do posługiwania się tym pojęciem, aby wykluczać pewne grupy z kategorii polskości (o tym dalej).

Liberalna lewica ma mniejszy od prawicy problem ze szkodliwymi formami patriotyzmu. Ale i tu sprawa nie jest jednoznaczna, kiedy spojrzymy na sposoby, którymi próbuje ona dążyć do „narodowej skruchy”

Softpatriotyczna strona polskiego sporu ma również problem z drugim składnikiem miłości ojczyzny. Jeżeli uznamy, że ważnym elementem umacniania obrazu historii rozumianej jako saga są pomniki (sądzę, że odbiorca jest świadomy, że te w większym stopniu tworzą mit, aniżeli opowiadają o realnej historii), to bilans jest mizerny. Widać to doskonale na przykładzie form upamiętnienia  Bitwy Warszawskiej. Nie rozminę się z prawdą, pisząc, że prezydent Bronisław Komorowski przyczynił się do budowy pomnika w dziewięćdziesiątą rocznicę starcia z bolszewikami. Mowa wszakże o monumencie pod Ossowem poświęconym… czerwonoarmistom (dla uczciwości należy przyznać, że chodzi o pomnik nagrobny). W listopadzie 2019 r. polityk Koalicji Obywatelskiej Michał Szczerba, polemizując z ideą Łuku Triumfalnego, deklarował: chciałbym, żeby symbolem stulecia Bitwy Warszawskiej stała się siedziba orkiestry Sinfonia Varsovia albo też kładka pieszo-rowerowa nad Wisłą”. Słuchając wypowiedzi czołowych polityków KO, można wręcz odnieść wrażenie, że najważniejszą rolę w zwycięstwie nad bolszewikami odegrał generał Maxime Weygand, zaś historyczne znaczenie wiktorii sprowadzało się do potwierdzenia naszej przynależności do rodziny narodów europejskich.

Liberalna lewica ma mniejszy od prawicy problem ze szkodliwymi formami patriotyzmu. Ale i tu sprawa nie jest jednoznaczna, kiedy spojrzymy na sposoby, którymi próbuje ona dążyć do „narodowej skruchy”. Pouczające może być sięgnięcie do kluczowego tekstu dla formowania się liberalnego wariantu polityki pamięci. Jan Józef Lipski w pochodzącym z 1981 r. eseju Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy (uwagi o megalomanii narodowej i ksenofobii Polaków), tłumacząc konieczność zachowania wolnego od uprzedzeń stosunku Polaków wobec Żydów, pisał: „chrześcijaństwo nie zna winy zbiorowej ani dziedziczenia winy, ani zbiorowej odpowiedzialności za winę”, równocześnie zaś grzmiał: „każde uchylenie się od uznania własnych win – jest niszczeniem etosu narodowego”.

 

Widać tu wyraźnie dwie rzeczy. Po pierwsze koncepcja „narodowej skruchy” (w polskim wariancie „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”) opiera się, jak słusznie twierdził Lewis, nie na przepraszaniu za własne grzechy, lecz na osądzaniu innych członków własnej wspólnoty (co w praktyce często oznacza wzrastanie w pychę). Po drugie zaś pokazuje, że liberalnej lewicy nieobce są podwójne standardy. Odnoszą się one zarówno do problematycznych wydarzeń z historii, jak również do polityki pamięci. Inną miarę stosuje się do „swoich”, inną do obcych. Nie przypadkiem napisałem „swoich” w cudzysłowie (choć chyba właściwsza byłaby jego połowa). Bo tak naprawdę liberalna lewica doskonale radzi sobie w osądzaniu postaci i zjawisk z imaginarium symbolicznego prawicy. Kiedy przychodzi się zmierzyć z historycznymi winami postaci z własnej tradycji ideowej, zaczynają się schody. Dość wspomnieć jak opornie przyjmowały się ustalenia historyków, rzucające cień na krystaliczny obraz Lecha Wałęsy.

Turbopatriotyzm: sporo mitotwórstwa i jeszcze więcej indolencji

Prawica ma mniejszy problem z pierwszym składnikiem patriotyzmu, przynajmniej od tego momentu, kiedy szerokie masy ludowe dają wyborcze zwycięstwa PiS. Pamiętajmy jednak, że lud nie oznacza tego samego co naród. Prawica wykazuje bowiem niepokojącą tendencję do wykluczania „wrogich” elit z polskości. Sądzę, że można zrozumieć ostrą polemikę, a nawet piętnowanie poszczególnych zachowań swoich oponentów jako ojkofobicznych. Niestety na tym się nie kończy. Jednoznaczne przypisywanie tego pojęcia (albo bliskiego znaczeniowo antypolonizmu) całym grupom społecznym nie tylko stanowi przekroczenie granic dyskusji. Nie tylko świadczy o braku chrześcijańskiego rozróżnienia na „grzech” i „grzesznika” (przy założeniu, że ten pierwszy występuje). Paradoksalnie stanowi to również odcięcie od istotnej części własnej wspólnoty.

Wydawałoby się, że prawica dobrze rozumie drugi składnik patriotyzmu. Jeszcze w 2001 roku prof. Andrzej Nowak w opublikowanym w 2001 r. w „Rzeczpospolitej” klasycznym tekście Westerplatte czy Jedwabne dokonywał wyraźnego rozróżnienia na historię heroiczną, służącą budowaniu wspólnoty; przeciwstawioną jej historię krytyczną (dzieje wstydu) i wreszcie historię akademicką. Historyk podkreślał, że w przypadku pierwszej z nich „odbiorca wie na ogół, że ma do czynienia z pewną idealizacją”. Idealizacja ta zaś służy budowaniu poczucia wspólnoty (najczęściej narodowej), „podtrzymuje odruch wierności wobec niej”. Problem polega na tym, że praktyczne działania nakierowane na wzmacnianie tego składnika patriotyzmu trudno dostrzec. Tu znów warto zwrócić się do form upamiętnienia Bitwy Warszawskiej. Rządząca prawica przez kilka lat rozważała monumentalne (żeby nie powiedzieć gargantuiczne) koncepcje Łuku Triumfalnego w nurcie Wisły. W praktyce zaś symbolami zmarnowania obchodów stały się okopy ustawione na Stadionie Narodowym i pamiątkowy balon fruwający nad Warszawą. W podobny sposób zresztą przespano stulecie odzyskania niepodległości.

Z miłością ojczyzny na poziomie elit mamy problem. Zarówno w myśleniu, jak i w działaniu

Niestety prawica dużo lepiej czuje się w tych sytuacjach, w których mit historyczny próbuje się łączyć z nauką historyczną. PiS za swojej kadencji wzmocnił i tak rozbudowaną infrastrukturę instytucji zajmujących się afirmatywną polityką pamięci powołując Instytut Solidarności i Męstwa, Ośrodek Badań nad Totalitaryzmem im. Witolda Pileckiego (później te instytucje połączono w Instytut Pileckiego), Instytut Dziedzictwa Myśli Narodowej, a także podnosząc budżet IPN. Działania te można do pewnego stopnia zrozumieć, biorąc pod uwagę obecność w debacie silnych mitów o charakterze transnarodowym, związanych często z pozornym autokrytycyzmem. Wzmacnianie podmiotów promujących afirmatywne formy patriotyzmu służy w pewnym stopniu pluralizacji. Tego zastrzeżenia nie sposób już zastosować wobec największego nieporozumienia w polityce pamięci PiS, czyli nowelizacji ustawy o IPN ze stycznia 2018 r. Próba wpisania historycznego mitu do kodeksu karnego z pewnością jest czymś znacznie bardziej toksycznym niż jego implementacja do programów szkolnych (cieszy, że póki co działalność nowego Ministra Edukacji i Nauki w znacznym stopniu sprowadza się do retoryki).

Polski ruch narodowy ma bogatą tradycję misjonistyczną, w której podkreślano zarówno prawa, jak i obowiązki wobec innych narodów. Szczęśliwie ten misjonizm nigdy nie nabrał tak drapieżnych form jak w przypadku kolonialnych imperiów Zachodu czy Rosji. Dziś otwarte odwołania do misjonistycznej tradycji Polaków wobec Ukraińców, Białorusinów czy Litwinów nie są znów tak częste. Jeżeli już się pojawiają, to głównie po prawicowej stronie debaty, przede wszystkim w kontekście ukraińskim. W środowiskach kresowo-narodowych do dziś żywa jest też spuścizna Feliksa Konecznego, zgodnie z którą Polska zalicza się do cywilizacji łacińskiej, Ukraina zaś do turańskiej (względnie bizantyńsko-turańskiej). Prowadzi to w lepszym wariancie do postulatu niesienia cywilizacji łacińskiej na Ukrainę, w gorszym – do przekonania, że do niczego to nie doprowadzi, gdyż: „w cywilizacji bizantyjsko-turańskiej cenią tylko siłę”. Jak można się domyślić, Ukraińcy nie są szczególnie zachwyceni żadnym z tych wariantów.

Z patriotyzmem mamy problem

Z miłością Ojczyzny na poziomie elit mamy problem. Zarówno w myśleniu, jak i w działaniu. Prawica lubuje się w wyszukiwaniu po liberalno-lewicowej stronie debaty argumentów świadczących o ojkofobii swoich przeciwników.  Ma w tym trochę racji, jednak w praktyce pojęcie zaproponowane przez Scrutona często służy do wykluczania całych grup  oponentów z kategorii polskości (czy to przypadkiem nie ojkofobia?). Większym problemem prawicy jest jednak indolencja w tych sprawach, w których można uznać jej rację. Za wołaniami intelektualistów o zrozumiałą dla odbiorcy idealizację, służącą budowie wspólnoty, nie idą konkretne kroki w polityce pamięci. Zamiast tego mamy do czynienia z działaniami mitotwórczymi na poziomie instytucji edukacyjno-badawczych, a co gorsza – z próbami kryminalizacji historii. Rzut okiem na liberalno-lewicową stronę debaty też nie napawa optymizmem. Znajdziemy tam sporo przeprosin za winy bohaterów prawicy i równie niewiele propozycji służących wzmacnianiu wspólnoty narodowej. Co w takim razie pozostaje? Lewis twierdził, że to szkodliwy patriotyzm rządzonych jest tym, co ułatwia rządzącym złą działalność, podczas gdy zdrowy patriotyzm może ją utrudniać. Wydaje się więc, że nim popadniemy w gnostycki pesymizm, warto dokonać swoistej autowiwisekcji i zapytać, jakie składniki patriotyzmu są obecne w mojej własnej relacji wobec ojczyzny.

stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, adiunkt w Instytucie Studiów Politycznych PAN. Pisze głównie o pamięci, polityce historycznej i nacjonalizmach w Europie Wschodniej – na Ukrainie i nie tylko. Publikował również w "Nowej Europie Wschodniej", "New Eastern Europe" i na portalu Klubu Jagiellońskiego. W wolnym czasie wędruje z aparatem fotograficznym po górach, lasach i bezdrożach.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz