Deklaracja czy mem wyborczy?

„Deklaracja europejska” udowodniła, że partia rządząca wciąż słabo wyczuwa puls spraw międzynarodowych. Oferta europejska PiS została kiepsko przygotowana od strony technicznej i narracyjnej, jak też merytorycznej

Doświadczenie życiowe uczy, że na osiągnięcie sukcesu w każdej dziedzinie wpływa zazwyczaj nie jeden, ale cały splot czynników. Bardzo ważnym z nich jest to, co określamy mianem pomyślnego zbiegu okoliczności, trafienia w odpowiedni, wyjątkowy moment lub wykorzystania nadarzającej się dobrej okazji, która już za chwilę może zniknąć sprzed oczu. Być może trudno uwierzyć, ale właśnie na taki moment trafiła w mijających dniach ekipa rządząca Polską.

Stracona okazja

Czy tego chcemy, czy nie, wciąż utrzymujący się na pozycji liderów politycznych Europy: prezydent Francji Emmanuel Macron i nowa szefowa niemieckiej chadecji Annegret Kramp-Karrenbauer opublikowali w ciągu kilku dni duże manifesty dotyczące ich wizji przyszłości Unii Europejskiej. Manifesty i polityczne artykuły programowe nawet jeżeli są powszechnie krytykowane, to jednak animują dalsze debaty i wymagają od innych zajęcia stanowiska. Pojawił się więc wymarzony moment intelektualnego fermentu i poruszenia. Idealny do tego, aby obóz rządzącej Zjednoczonej Prawicy zarówno włączył się w twórczą dyskusję o przyszłości politycznej Starego Kontynentu, jak również przedstawił Europejczykom – nie tylko Polakom! – samodzielną, autorską narrację europejską. Z którą można się głęboko i żarliwie nie zgadzać, ostro polemizować i wytykać nieszczęśliwe sformułowania, ale nie sposób pozostać wobec niej obojętnym. Niestety, wszystko wskazuje na to, że tą niepowtarzalną okazję obóz rządzący właśnie całkowicie przespał. Zamiast tego, na weekendowej, lokalnej konwencji przedwyborczej w Rzeszowie zaprezentował miks plakatu wyborczego z nieco poszerzonym memem, mieszącym się w ramach statusu na Facebooku. Miks skierowany już nawet nie do odbiorcy wyłącznie krajowego, ale tylko do własnego elektoratu.

Co by nie powiedzieć o posłaniach Macrona i Kramp-Karrenbauer, to Francuzi i Niemcy podeszli do sprawy na poważnie. Tekst lidera z Paryża „Na rzecz europejskiego Odrodzenia” (fr. „Pour une Renaissance européenne”) opublikowały duże dzienniki we wszystkich krajach członkowskich UE. Manifest przewodniczącej CDU „Nadać Europie właściwy kierunek” (niem. „Europa richtig machen”) ukazał się na oficjalnej stronie partii oraz był dystrybuowany poprzez jej kanały społecznościowe w kilku najważniejszych językach europejskich, w tym oczywiście po polsku. Nie jest tajemnicą, że tego rodzaju teksty nie są pisane, jak to we współczesnych mediach bywa, na chwilę przed upływem redakcyjnego deadline’u. Zazwyczaj pracuje nad nimi sztab doradców, zasięga się opinii różnych specjalistów i myślicieli. Materiał tego rodzaju siłą rzeczy operuje tezami publicystycznymi – rolą współczesnych przywódców nie jest bowiem tworzenie wielostronicowych raportów z tabelkami w Excelu. Najważniejsze, aby manifest taki przedstawiał spójną wizję i ciekawą opowieść, nie wspominając już o takim szczególe, aby… był na temat. Nie powinien zaś stanowić zapisu wystąpienia zestresowanego ucznia, który wyrwany do odpowiedzi mówi zazwyczaj o wszystkim, co luźno kojarzy mu się z pytaniami nauczyciela. Taki artykuł lub posłanie nie może w końcu być za długie, ale też nie powinno ograniczać się – jak stało się w przypadku „Deklaracji” PiS – do grafiki w mediach społecznościowych.

Trudno powiedzieć, aby plansza z dwunastoma jednozdaniowymi postulatami podpisanymi przez wszystkich kandydatów Zjednoczonej Prawicy w nadchodzących eurowyborach była w jakiś sposób konkurencyjna wobec diagnozy i analizy obecnego stanu Europy, których podejmują się w swoich manifestach Kramp-Karrenbauer i Macron

Czy rzeczywiście w PiS-ie i kręgach rządowych nie znalazł się nikt, kto uznałby, że warto chociażby odnieść się do najnowszych wizji Francuzów i Niemców? Nie mówiąc już o tak błahej kwestii, jak próba dotarcia z własnym przesłaniem i propozycjami do odbiorców zagranicznych – wszakże o Europę w „Deklaracji” z Rzeszowa miało chodzić. Długo można byłoby poszukiwać winnych tego stanu rzeczy, narzekać chociażby na powołaną między innymi do takich zadań Polską Fundację Narodową. Nie da się jednak ukryć, że zestawienie zasięgu oddziaływania manifestów prezydenta Francji i przewodniczącej CDU pokazuje przepaść pomiędzy klasą polityczną w Polsce i w Europie Zachodniej. A przecież właśnie tam widzą nas w swojej opowieści Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawiecki.

Nihil novi sub sole

Trudno powiedzieć, aby plansza z dwunastoma jednozdaniowymi postulatami podpisanymi przez wszystkich kandydatów Zjednoczonej Prawicy w nadchodzących eurowyborach była w jakiś sposób konkurencyjna wobec diagnozy i analizy obecnego stanu Europy, których podejmują się w swoich manifestach Kramp-Karrenbauer i Macron. Tylko w niektórych miejscach „dwunastka PiS” zauważa kwestie trafne, jak chociażby odmienną jakość produktów na jednolitym ponoć rynku unijnym, kryzys unijnej polityki spójności, problemy suwerenności energetycznej Europy, migracje oraz nierówne traktowanie państw unijnych przez instytucje UE. Warto jednak pamiętać, że większość z tych wyzwań nie została oryginalnie odkryta przez rządzącą w Polsce większość. Zagadnienie różnej jakości żywności i produktów codziennego użytku w „starej” i „nowej” Europie postawił po raz pierwszy na arenie unijnej rząd poprzedniego premiera Słowacji Roberta Fico. Kwestia odbudowania sprawnej polityki europejskiej spójności przyświeca bieżącej, rumuńskiej prezydencji w UE i została dość szczegółowo przedstawiona w styczniu br. podczas inauguracji przewodnictwa w Bukareszcie. Problemy energetyczne stawiają obok Polski nie tylko kraje nadbałtyckie, ale i wspomniana wyżej Słowacja, dla której projekt Nord Stream 2 jest poważnym ciosem jako dla państwa tranzytowego dla gazu płynącego z Rosji poprzez Ukrainę. PiS nie odkrywa tu więc Ameryki, a raczej wyważa otwarte drzwi.

W „Deklaracji” uderza również swoisty polonocentryzm, wskazujący, iż elita naszej władzy wciąż stoi na przystanku „obrony polskich interesów” w UE oraz „wyszarpywania” z Brukseli środków finansowych. Duża część rzeszowskich postulatów wskazuje, iż PiS nie potrafi psychologicznie postawić się w roli aktywnego uczestnika współkształtującego i twórczo zmieniającego Wspólnotę, niewątpliwie przeżywającą obecnie bardzo poważny kryzys swojej tożsamości. Stąd zgrane do niemożliwości postulaty o unijny budżet „dobry dla Polski” czy też obrony traktowania polskich firm na wspólnym europejskim rynku. Otwierający listę postulat powrotu UE do wartości głoszonych przez jej ojców-założycieli to również nic nowego – identycznie brzmiące propozycje składał już Viktor Orbán na konwencji Europejskiej Partii Ludowej w… 2002 roku oraz… Donald Tusk na zjeździe EPL z okazji 40-lecia istnienia w 2016 roku.

Zamiast budować markę silnej obecności Polski w Europie, „Deklaracja” potwierdza raczej rozpowszechnione za granicą opinie, że dla PiS polityka zagraniczna i europejska to wciąż terra incognita, a Warszawa, poza widowiskowym prężeniem muskułów wobec Komisji Europejskiej, nie ma rzeczywistych ambicji bycia ważnym, a co najważniejsze – wytyczającym nowe kierunki graczem politycznym na Starym Kontynencie

Zabrakło chociażby hasłowego odniesienia się do takich zagadnień jak przyszłość wspólnych europejskich sił zbrojnych i relacji transatlantyckich, budowy pozycji gospodarczej Starego Kontynentu w przestrzeni rosnącej rywalizacji technologicznej i gospodarczej USA z Chinami, czy odpowiedzi na wyraźnie nakreślone w manifestach Macrona i Kramp-Karrenbauer dążenie do zaangażowania się UE w Afryce Północnej. Postawiono raczej na głoszone od lat, niewiele znaczące w praktyce slogany o „skutecznym zabieganiu o bezpieczeństwo i ochronę zewnętrznych granic Unii” oraz „pomaganiu na miejscu konfliktów”.

Nie jest to więc program szyty na miarę garnituru dużego aktora europejskiego, którym ma być Polska według niemal każdego wystąpienia dotyczącego polityki zagranicznej premiera Morawieckiego i ministra Czaputowicza. Zamiast budować markę silnej obecności Polski w Europie, „Deklaracja” potwierdza raczej rozpowszechnione za granicą opinie, że dla PiS polityka zagraniczna i europejska to wciąż terra incognita, a Warszawa, poza widowiskowym prężeniem muskułów wobec Komisji Europejskiej, nie ma rzeczywistych ambicji bycia ważnym, a co najważniejsze – wytyczającym nowe kierunki graczem politycznym na Starym Kontynencie.

Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, filozof polityki, dziennikarz, publicysta. Współpracuje m. in. z „Laboratorium Więzi”, „Magazynem Kontakt”, Aleteia.pl oraz Polskim Radiem24.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz