Dalsze pozorowanie mocy czy dobra zmiana?

Aktualności,

PiS stoi przed wielką szansą na przekształcenie się w partię zarządzaną bardziej delegatywnie i partycypacyjnie. Zamiast monopolu słabej kontroli – policentryzm władzy silnej. To oznaczałoby radykalny wzrost jakości rządzenia krajem

Paradoksem kryzysu, w którym znalazł się obóz władzy po nieudanej próbie znaczącego podporządkowania sobie sądownictwa, jest to, że mógłby wyjść z niego znacznie wzmocniony. Byłoby to jednak niezwykle trudne ze względu na wewnętrzne sprzeczności „dobrej zmiany”.

Wetując najbrutalniejsze ustawy dotyczące sądów, prezydent Andrzej Duda nie tylko spektakularnie pokazał, że potrafi być podmiotowy. Nie tylko wysadził w powietrze znaczną część paliwa do protestów w chwili, gdy zaczynały się robić dla rządu niebezpieczne (część strategicznie najważniejszą, bo mobilizującą przeciwko PiS młode pokolenie i obywateli nieutożsamiających się z głównym nurtem opozycji). Duda – co z punktu widzenia dynamiki w obozie władzy najciekawsze – odblokował sobie zarazem na nowo drogę do politycznego centrum. Nie tylko w sensie wyborczym, ale też zdolności do elementarnego dialogu z opozycją i z establishmentem.

Wyemancypowany notariusz

Taki, wychylony w stronę centrum prezydent, jest zwykle nie do przecenienia dla macierzystej formacji. Może bowiem łagodzić najtrudniejsze kryzysy i przechylać szalę (lub zwiększać skalę) zwycięstwa w wyborach parlamentarnych i samorządowych, o pomniejszych korzyściach nie wspominając. A więc z punktu widzenia Jarosława Kaczyńskiego akceptacja wyemancypowanego z przypisanej mu roli notariusza rządu Andrzeja Dudy otwiera nowe polityczne możliwości, zwiększając szanse w nadchodzącym wyborczym czwórskoku (2018-20) i umożliwiając zepchnięcie opozycji do jeszcze głębszej defensywy, być może aż po rok 2025.

Olśniewające korzyści. Jest jednak zasadniczy problem: oznaczałoby to konieczność odwrócenia strategii politycznej i filozofii rządzenia PiS.

Prezydent Duda był długo i ostentacyjnie poniżany i pomijany jako potencjalnie niebezpieczny i, co gorsza, zdolny

Komentatorzy często podnoszą fakt, że podwójne zwycięstwo wyborcze z 2015 r. zawdzięcza PiS pokazaniu bardziej umiarkowanej twarzy i zwróceniu się do wyborcy centrowego. Tak było. Równie często pomijane jest jednak to, że dzisiejsze 38 proc. wyborców tej partii składa się już z innych ludzi niż ówczesne. Jedynym znanym mi wyjątkiem jest artykuł prof. Andrzeja Waśkiewicza z „Przeglądu Politycznego”, w którym autor, nieskrywający zbieżnej z linią liberalnego mainstreamu niechęci do Kaczyńskiego, zauważa jednak rzecz ważną: „Elektorat PiS okrążać więc będzie niejako elektorat centrowy, łącząc w sobie ludzi deklarujących się jako prawica i lewica” („Rewolucja bez podmiotu rewolucyjnego”, „PP”, nr 135/2016). Rozumowanie historyka idei z UW jest niezbicie proste: partia rządząca porzuciła po wyborach centrum, sięgając – głównie za pomocą agendy redystrybucyjnej – po wyborcę lewicowo-socjalnego. Sondaże dowodzą, że rachunek się bilansuje. To jedna z tych tez, które post factum jawią się jako oczywiste (i często „własne”), choć wcześniej nikt ich nie głosił.

Zszywanie plemion

To nie jest polski folklor polityczny. Jak dowodził z kolei na łamach „Nowej Konfederacji” Michał Kuź, ekspansja nowych mediów powoduje, w połączeniu z opisaną przez Michela Maffesoliego neotrybalizacją współczesnych społeczeństw, marginalizację centrum. Odpowiedzią jest strategia „zszywania plemion”: zbierania w wyborczą całość rozmaitych, zróżnicowanych grup, poprzez mocny przekaz generalny z jednej strony i docieranie do poszczególnych grup z drugiej. Tak wygrywał Obama, jeszcze bardziej – Trump. Ale przecież także Macron, do pewnego stopnia Tusk i wielu innych.

Nie wdając się w szczegóły tej strategii, takie jak wykorzystanie tzw. cyfrowych danych politycznych czy mikrotargetingu (odsyłam w ich sprawie do wspomnianej analizy Michała Kuzia, a także artykułu Błażeja Sajduka z tego wydania „NK”), poprzestańmy na spostrzeżeniu, że Kaczyński szyje dziś właśnie w ten sposób. Kokietowanie poszczególnych grup zawodowych czy wiekowych miłymi dla nich postulatami i decyzjami nie jest oczywiście niczym nowym, ale łączenie prawicy z lewicą z pominięciem centrum – już tak. W przypadku PiS głównym spoiwem jest hiperdemokratyczne przeciwstawienie „woli ludu” liberalnym „łże-elitom”, wzmocnione agendą antyimigracyjną i, w mniejszym stopniu, retoryką oblężonej twierdzy w sprawach międzynarodowych. Do tego, jak słusznie zauważa Waśkiewicz, lewicowo-prawicowa kombinacja hojnej polityki socjalnej z konserwatyzmem obyczajowym i – dodajmy – fantomowym antykomunizmem.

Wychylony w stronę centrum prezydent jest zwykle nie do przecenienia dla macierzystej formacji. Może łagodzić najtrudniejsze kryzysy i przechylać szalę zwycięstwa w wyborach

Ta strategia pozwalała dotychczas PiS utrzymywać przewagę nad opozycją. Wysokie poparcie prawie dwa lata po wyborach może imponować, ale nigdy nie było wyższe niż 40 proc. (podczas gdy Platforma Obywatelska w najlepszym okresie notowała poparcie bliskie 50 proc., z wynikiem 44 proc. w eurowyborach w 2009 r.). Przypomnijmy, że w elekcji parlamentarnej z 2015 r. połączone siły dzisiejszej opozycji uzyskały zaledwie 0,76 pkt. proc. i niespełna 115 tys. głosów mniej niż PiS. Dziś także ich zsumowane poparcie jest zbliżone do adwersarza. Siła partii Kaczyńskiego bierze się z premii dla największego ugrupowania wynikającej z ordynacji wyborczej, co wobec rozdrobnienia opozycji daje strategiczną przewagę.

To zaś oznacza zasadniczy problem dla Andrzeja Dudy, który do reelekcji potrzebuje 50 proc. plus jeden. Nie widać dziś, jak inaczej, niż ogniskując wybory wokół kwestii uchodźców (co byłoby ryzykowne i trudne w wielowątkowej kampanii prezydenckiej) lub sięgając do centrum, miałby on uzyskać taki wynik przeciwko silnemu kandydatowi połączonych sił opozycji. Do rozegrania pozostanie jeszcze karta antyestablishmentowa, ale po 5 latach u władzy będzie już raczej zużyta i niewiarygodna. Dlatego ukłon Dudy w stronę wyborców umiarkowanych jest w pełni racjonalny. A zarazem kolizyjny ze strategią PiS.

Nowogrodzka śpi

To sprzeczność bardzo trudna do przełamania. Oszczędźmy sobie dłuższych wywodów: centryści zwykle nie lubią się z radykałami. Pokonanie tej naturalnej niechęci wymagałoby wymyślenia i wdrożenia zupełnie nowej wizji politycznej.

Druga niespójność sięga jeszcze głębiej – do samego wnętrza formacji. Jak słusznie zauważył w niedawnym komentarzu dla „NK” Rafał Matyja, weta Dudy „do ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa unicestwiają dotychczasową metodę rządzenia opartą na pełnej kontroli procesu legislacyjnego przez Nowogrodzką”, wprowadzając trwałą „niepewność dotyczącą podpisu prezydenckiego”. Autor „Konserwatyzmu po komunizmie” prognozuje w związku z tym narastający konflikt między dwoma ośrodkami władzy.

Warto odwrócić tę logikę. Co musiałoby się stać, żeby prezydent Duda zaczął być po prostu podmiotowo przez Kaczyńskiego traktowany, a więc konsultowany przy każdej ważniejszej inicjatywie ustawodawczej? Musiałaby się zmienić nie tylko metoda rządzenia państwem, ale i formacją.

Fikcję Kaczyńskiego jako wielkiego stratega i kontrolującego każdy szczegół dyktatora walnie podtrzymuje główny nurt jego przeciwników

Kaczyński wykształcił model zarządzania stricte dyrektywnego: decyzje powstają w wąskim gronie, a podwładni mają je ściśle wykonywać. To sposób kierowania najbardziej właściwy niewielkim organizacjom z wąską lub jednoosobową kadrą przywódczą i brakami personelu średniego szczebla. Przeniesiony na poziom dużej partii i sporego państwa oznacza monopol słabej kontroli. Innymi słowy, można w ten sposób skutecznie rządzić jedynie drobnymi wycinkami rzeczywistości, na resztę nie starcza bowiem energii i czasu – pozostaje więc pozorowanie siły i reagowanie antykryzysowe. I tak właśnie Kaczyński postępuje: w sprawach takich jak batalia o Trybunał Konstytucyjny czy układ sił między frakcjami jest decyzyjnym monopolistą. Nie jest jednak w stanie przeciwdziałać samowoli ambitnych „książąt”, takich jak Dawid Jackiewicz, Antoni Macierewicz czy Zbigniew Ziobro. Dopiero gdy sytuacja wymyka się spod kontroli, zagrażając jego przywództwu lub najżywotniejszym interesom partii, przystępuje do karania i przywracania równowagi. Pewna była posłanka PiS opisała go nieoficjalnie jako wielkiego niedźwiedzia, który przez większość czasu śpi, od czasu do czasu zrywając się, głośno rycząc i przewracając drzewa, by przypomnieć harcującym mieszkańcom lasu, kto tu rządzi. Po czym sytuacja wraca do normy, która w oczach większości insiderów jest stanem nieobecności „króla”.

Fikcję wielkiego stratega i kontrolującego każdy szczegół dyktatora walnie podtrzymuje główny nurt jego przeciwników, nie wahający się ogłaszać „końca demokracji” lub przynajmniej marszu ku niemu przy każdym raptowniejszym ruchu prezesa. Kaczyński nie ma w tym większego, funkcjonalnego sojusznika od Adama Michnika i jego akolitów.

Szansa na nowy model

Monopol słabej kontroli ma szereg nietypowych konsekwencji. Do bardziej widocznych należą na przykład karne wolty partyjnych działaczy i satelickich dziennikarzy wraz z kolejnymi „mądrościami etapu”. Jednego dnia „głęboka reforma sądownictwa” oznacza wybór KRS przez wszystkich sędziów, drugiego przez wszystkich posłów PiS, jednego dnia Antoni Macierewicz nie może być ministrem obrony, drugiego musi, i tym podobne. Skutki mniej oczywiste to: wspomniane już pozorowanie mocy, nadreprezentacja partyjnego aparatu w hierarchii władzy, (sub)kultura upokarzania ludzi faktycznie lub potencjalnie krytycznych, silna tendencja do powstawania „udzielnych księstw”.

Prezydent Duda był długo i ostentacyjnie poniżany i pomijany – jako (z mocy urzędu) potencjalnie niebezpieczny i, co gorsza, zdolny. Teraz zdobył się na podmiotowość, kwestionując zarazem sam model zarządzania obozem „dobrej zmiany”. Pół biedy on sam, gorzej, że podzielił formację, ośmielając niezliczoną rzeszę tłamszonych i niezadowolonych.

Jednego dnia „głęboka reforma sądownictwa” oznacza wybór KRS przez wszystkich sędziów, drugiego przez wszystkich posłów PiS; jednego dnia Antoni Macierewicz nie może być ministrem obrony, drugiego musi

To dla PiS wielka szansa. Na przekształcenie się w partię zarządzaną bardziej delegatywnie i partycypacyjnie: z większą samodzielnością niższych szczebli, ale bez jednolitego kierownictwa. Ujmując rzecz modelowo: zamiast monopolu słabej kontroli – policentryzm władzy silnej. Mniejsza o korzyści dla PiS, to oznaczałoby radykalny wzrost jakości rządzenia krajem.

Taka metamorfoza oznaczałaby też jednak dotkliwe podziały i wstrząsy wewnętrzne, z potencjałem rozsadzenia formacji. Nie najmniejszym problemem byłby opór utrwalonych grup interesów. W słynnym „Postkomunizmie” prof. Jadwiga Staniszkis opisała, jak Stalin próbował zmodernizować sowiecki aparat – i przegrał. „Czerwony car”, eurazjatycki despota, ludobójca poległ w starciu z aparatczykami! Czy Kaczyński może wygrać ze swoimi? Toutes proportions gardees, musiałby najpierw chcieć. A są dziś – on i aparatczycy – największymi wzajemnymi gwarantami nienaruszalności swoich pozycji. Raczej wystąpią wspólnie przeciwko Dudzie, niż skoczą sobie do gardeł. Chyba że Kaczyński zdecyduje się na ruch w polityce nietypowy: poświęcenie krótkofalowego interesu na rzecz – obarczonego wysokim ryzykiem – miejsca w historii.

Cicha wojna pozycyjna

Patrząc realistycznie, można stwierdzić, że najbardziej prawdopodobna jest cicha wojna pozycyjna między Nowogrodzką a Belwederem. Kaczyński będzie dążył do sprowadzenie Dudy do dawnej roli. Prezydent – do utrzymania świeżo zdobytej podmiotowości. W lęku przed wyniesieniem opozycji będą się wzdragać przed ostentacją w tej walce. Ale mogą w trakcie tej przepychanki uwolnić siły, których nie będą w stanie kontrolować: na zapleczu, w mediach, w otoczeniu opiniotwórczym. Sam fakt tej walki będzie obóz władzy pluralizował i zmieniał. Czy go rozsadzi, czy wystrzeli do wyższej ligi, czy też zatrzyma w jednym z wielu możliwych stadiów pośrednich – trudno przewidzieć.